Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : trauma

Uwznioślenie traumy wg LaCapry

izakow2

Przywołałam w ostatnim wpisie Ricoeura, który pisze m.in. o obowiązku pamiętania, jak i o manipulacjach pamięcią i wiążącym się z tym zapomnieniem.

To ostatnie w przypadku tak dramatycznych doświadczeń jest raczej nieuniknione, ale sądzę, że warto być świadomym pewnych mechanizmów tworzenia się i funkcjonowania pamięci oficjalnej (ale i w szerszym znaczeniu - pamięci zbiorowej).


Warto odwołać się do rozważań Dominicka LaCapry z jego książki "Pisanie historii, pisanie traumy", gdzie przestrzega przed popadnięciem w melancholię oraz przed niechęcią do przepracowania żałoby, wynikającą niekiedy z lojalności wobec ofiar oraz wobec samej traumy.


Największym niebezpieczeństwem jest uwznioślenie traumy, przekształcenie jej w niesamowite (freudowskie das unheimlich), stanowiące źródło uniesienia.


Dzieje się niekiedy tak, że wydarzenia destrukcyjne i szokujące - powiada LaCapra - mogą stać się źródłem negatywnej wzniosłości, lub obiektem przemieszczonej sakralizacji.


"Mogą też przerodzić się w zjawisko, które można określić mianem traumy założycielskiej - traumy, która paradoksalnie staje się silnie wartościowaną i mocno obsadzoną podstawą tożsamości jednostki lub zbiorowości, a nie zdarzeniem, które czyniłoby tożsamość czymś problematycznym".


Szokiem jest tyle niepotrzebnych śmierci, jak napisała moja przyjaciółka, Czeszka, dlatego potrzebny jest spokój, szacunek dla wszystkich ofiar katastrofy oraz głębsze analizy odnoszące się do samego zjawiska, a nie spektakularyzacja, uwznioślenie, sakralizacja czy romantyzacja, o jakiej pisze Ala w komentarzu na swoim blogu.  


Do prowadzonych przez nas rozmów doszedł już nowy kontekst - pomysł pochowania pary prezydenckiej na Wawelu. Można to określić jako próbę wpisania tej prezydentury (a może tego wydarzenia?) w historię monumentalną, dzięki której trwa wielkości. Jednakże ta historia, jak ostrzegał Nietzsche, szkodzi przeszłości (najbardziej opiera się właśnie na zapomnieniu), szkodzi również teraźniejszości... 

Koszmary historii i inne paradoksy

izakow2

Słysząc różne relacje o filmie Yael BartanyMary Koszmary”, wydawał mi się jednoznaczny, ideologiczny, może zbyt prosty. A z drugiej strony bardzo ciekawie o tym filmie napisała Kasia Bojarska.


Ale trudno mieć opinię w oparciu o to, co się zasłyszało.


Dzisiaj obejrzałam „Mary Koszmary” na pokazie w poznańskim Zamku organizowanym przez „Krytykę Polityczną”. To chyba jakiś maraton. W zeszłym tygodniu przez kolejne dni były wyświetlane filmy Żmijewskiego.


No i dobrze, bo to miasto jest dość nudne i wreszcie coś się dzieje!


Ale wracając do filmu, jest bardzo interesujący, ale i przedziwny. Niejednoznaczny, a nawet denerwujący.


W pierwszym momencie wydaje się, że Sierakowski woła do Żydów wyrzuconych z Polski w 1968 roku: „Wracajcie!”. Ale zaraz mowa jest o 3 milionach Żydów.


„Żydzi! Rodacy! Ludzie! Luuudzieee!!!!! Myślicie, że ta stara kobieta, która wciąż śpi pod pierzyną Ryfki, nie chce was widzieć? Zapomniała o was? Mylicie się. Ona śni o was każdej nocy. Śni i drży ze strachu. Od tej nocy, kiedy was już nie było, a jej matka sięgnęła po waszą pierzynę, nawiedzają ją mary. Mary - koszmary. Tylko wy możecie je przegnać. Niech przy jej łóżku staną trzy miliony Żydów, których zabrakło w Polsce, i przegonią w końcu te zmory”.


Chodzi więc o duchy – duchy ludzi, którzy nie doczekali się godziwego pochówku. To właśnie prochy tworzą napis, że 3 miliony Żydów może uratować Polaków.


 


A wszystko odbywa się w niemal socrealistycznej konwencji. Sierakowski jako młody działacz lewicy, otoczony przez harcerzy z czerwonymi chustami, wygłasza z przejęciem swą mowę, a dzieje się to na opustoszałym, smutnym Stadionie Dziesięciolecia, stadionie, który przypomina cmentarz, a gdzieś do góry toczy się normalne (handlowe) życie.


Wszystko jest tu jakieś nieadekwatne, porządki i czasy są pozamieniane.


Dla mnie to utopijna opowieść o przeszłości (utopia dotycząca utopii?).


Cofamy się wraz z tym filmem w przeszłość, ale przeszłość zmienioną, przeszłość, która wydarza się teraz.


Film mówi o tym, co mogło się wydarzyć, a się nie wydarzyło, o tym, że lewica mogła być niewinna, a nie była, o tym, że można było przepracować traumatyczną przeszłość, a nie udawać, że jej nie było, że można było odmienić myślenie, odejść od rachunków narodowych krzywd, zamiast zaostrzać konflikty i wyrzucać z Polski Żydów.


A teraz my, jeśli nie przepracujemy tej przeszłości, nie będziemy mogli budować przyszłości.


Przeszłość wciąż się za nami ciągnie, wciąż uwiera, z szafy wyskakują szkielety, a spod dywanu wyłażą brudy.


Jak np. antysemityzm. Ktoś mi tu wmawiał niedawno na blogu, ze w Polsce nie ma antysemityzmu. Nie ma? Jest tylko odwieczna mowa, ile to polski naród wycierpiał krzywd, jak bardzo realizowane są żydowskie interesy, że wszyscy uwzięli się na biedną Polskę i czego to się teraz młodzież uczy. Młodzież nie powinna takich filmów oglądać! – stwierdził pan obecny na widowni otoczony przez grupkę młodych narodowców. Jedna z dziewczyn obecnych na widowni trzeźwo zauważyła, że my nie ma za bardzo możliwości, by z takimi argumentami w ogóle dyskutować. Że jesteśmy wobec nich bezradni.


Ja miałam coś takiego na blogu, przy okazji pracy „Po Jedwabnem” Zofii Lipeckiej. Będąc bezradna wobec swego rodzaju „mowy nienawiści”, którą reprezentował jeden z komentatorów na blogu, grzecznie przeprosiłam, że nie będę rozmawiać. Może i głupio zrobiłam, co zarzucał mi jeden artysta.


Ostatnio ukazał się Manifest Archiwum Etnograficznego, odbyła się dyskusja w CSW, o której też ostatnio pisałam.


Pojawił się tam argument, że sztuka ma bezpośredni wpływ na rzeczywistość społeczną. Film „Polak w szafie” Artura Żmijewskiego opowiadający o traumie etnografów w związku z mieszczącym się w katedrze sandomierskiej obrazem ukazującym rytualny mord dokonywany przez Żydów.


W manifeście stwierdzono, że film miał same dobre skutki, m.in. „realny wpływ na sytuację w mieście, wyrażający się m.in. w kościelnej decyzji o zasłonięciu obrazów w Katedrze (pod pozorem ich konserwacji)”.


No i tu jest pies pogrzebany. Bo mam wątpliwości, czy to zasłonięcie ma same dobre skutki. Czy ulecza sytuację w Polsce związaną z, może nawet nie antysemityzmem, ale ze swego rodzaju Żydo-fobią? Czy rzeczywiście leczy i kogo leczy? Nas (odbiorców) pewnie tak, oto mamy uspokojone sumienie, że wreszcie zakryto ten wstrętny obraz. Jesteśmy uspokojeni. Prawda jest po naszej stronie, ona zwyciężyła. Tylko, czy czasem, nie okazujemy w ten sposób poczucia moralnej wyższości? Ci, inni są nieważni, nieistotne, co myślą i co mówią. Ich problem rozwiązujemy w ten sposób, że skazujemy ich na milczenie.


Tak, ja też wykopałam tego antysemitę z mojego bloga. Ale wychodzę z założenia, że mój blog jest miejscem prywatnym. Ale, co dzieje się wtedy, gdy ucina się dyskusję w miejscu publicznym, bo dyskutować nie ma sensu? Bo nie ma!


Jesteśmy kompletnie bezradni, nie chcemy tego słuchać, w tych wypowiedziach jest mnóstwo przemocy. No, ale znowu, na pewno nie raz to słyszeliśmy, od starszych wujków, znajomych dziadków. Ale, czy można tych starych ludzi zmienić? Pewnie i nie. Wyjść? Ja raz wyszłam z imienin, mówiąc, że nie będę siedziała przy jednym stole z osobą o faszystowskich poglądach. Niepotrzebne emocje. Nie ma dobrego rozwiązania. Ale niekiedy, podsycamy jeszcze ich fobię.


Bo wiem dobrze, jako historyk sztuki (tudzież historyczka), że zasłonięty obraz ma jeszcze większą siłę oddziaływania, niż niezasłonięty. Więc ten rzekomo dobry skutek, a więc akt zasłonięcia obrazu jest tak naprawdę zamieceniem brudów pod dywan jeszcze głębiej, a nie – ich wymieceniem. Bez jakiegokolwiek przepracowania problemu wśród miejscowych ludzi, ich fobia będzie jeszcze większa. Oczywiście pytanie, kto miałby przepracować? Wydaje się, że najwięcej miałby tu do powiedzenia Kościół, który woli przemilczeć, niż przepracować. Bo, czy właściwie Kościół rozliczył się z podsycania antysemityzmu, co myśleli jego przedstawiciele o tych obrazach, o legendach o krwi, o ukradzionych przez Żydów hostiach (tu akurat przeskakuję z Sandomierza do Poznania). Gdzie właściwie kryje się ten diabeł?


Ludzie są dość mocno poranieni. Inny, obcy jest często łatwym wytłumaczeniem dla naszych krzywd, bo inaczej ciężko jest żyć.


Ale, należy uważać, bo strasznie łatwo jest napiętnować tego, kto sam piętnuje i wpaść w błędne koło wykluczeń i nienawiści do Innego, tudzież jego uciszania, odmawianie mu prawa głosu i możliwości reprezentacji.


Nie wiem, czy jest jakieś wyjście z sytuacji. Chyba jedynie wejść (symbolicznie) w przeszłość, by ją uleczyć dla przyszłości. Ale to znowu jest ogólnik, albo i wręcz złudzenie.


A może film Bartany ukazuje przede wszystkim utopijność naszej wiary w to, że przepracowanie historii wszystko załatwi. Że zaleczy nasze rany. Że wymiecie kurze spod dywanów. Podczas, gdy tak naprawdę będą one wciąż zamiatane coraz głębiej...


A zatem nie wiara w utopie, które wiemy jak się skończyły (tu najbardziej znaczącym symbolem jest właśnie pusty Stadion Dziesięciolecia), ale czujność wobec siebie, odrzucenie pychy, ale i pogodzenie się z duchami we własnym domu, tudzież ze swoim własnym Innym.


P.S. A życie dopisało do tego wpisu obrzydliwy komentarz. Chodzi mi o koszulkę jednego z łódzkich piłkarzy z wulgarnym antysemickim napisem. Polski antysemityzm jest tym, o czym wreszcie trzeba zacząć rozmawiać!

Druty kolczaste, cz. 2, Rodde i Cantor

izakow2

Pisałam jakiś czas temu o wystawie Christopha Roddego w Galerii Wozownia w Toruni. Teraz Rodde pokazuje swoje prace w galerii Szyperskiej w Poznaniu. Wystawa znowu niezwykła, poetycka, efemeryczna. Takie haiku o historii miasta (jest tu ratusz, jest mykwa i inne wodne odwołania naprowadzające na znaczenia poznańskiej synagogi-pływalni).


Ale nie będę pisać teraz o tej wystawie. Jakiś czas temu jechałam pociągiem z jej kuratorem, Tadeuszem Żuchowskim, który opowiadał mi o innej pracy Roddego – drucie kolczastym zrobionym z jedwabiu, o misternie zaplecionych poszczególnych fragmentach drutu...



 

Miałam wrażenie, że musiałam już to wcześniej widzieć, a jednak nie. Niemożliwe.


Może to ze względu na temat, przecież też jakiś czas temu pisałam tu o drutach kolczastych.


Bo w jakimś sensie weszły one do ikonografii. Stały się łatwo rozpoznawalnym emblematem. Z jednej strony są symbolem zła, odsyłającym do najgorszych wyobrażeń, do tragedii Zagłady, ale z drugiej – są elementem estetycznym. Są jednym z elementów kultury.


Przy okazji tamtego wpisu, zastanawiałam się jak traktować to, że w zasadzie Zagłada stała się jednym z elementów kultury. Co to znaczy? Jak to się ma do przypominanych zwykle przy tym temacie (i chyba za często) rozważań Adorna o etycznym obowiązku poezji (sztuki) oddania sprawiedliwości ofiarom Zagłady? Ale może Adorno, który ujął to w formie pytania: ‘czy możliwe jest pisanie wierszy po Auschwitz?’ sam się zapętlił? Może dostrzegł paradoksalność tego problemu.


Przedstawienie wymusza odrealnienie i przyjęcie pewnej estetycznej konwencji. Jak dalece sięga to odrealnienie? Czy możliwe jest odrzucenie złowrogich skojarzeń? Czy można oswoić zło? Czy można wyleczyć się z własnej posttraumy? Czy można uciec od konieczności ciągłego wracania do tego tematu? Do wracania, które można określić jak wręcz neurotyczne?


Może sposobem jest medytacja, może przepracowanie? Wydaje mi się, że Rodde, w jakimś sensie neurotyk właśnie, który wciąż powraca do tematu Zagłady, próbuje dokonać takiego przepracowania.


Ale czy to możliwe, żeby druty kolczaste, były, jak w jego pracy, miękkie, przyjemne w dotyku, wręcz pieszczotliwe?


W końcu przypomniałam sobie, dlaczego myślałam, że widziałam już tę pracę. Widziałam podobną na blogu u Magdy Ujmy. Magda opisywała swoją niezwykłą włoską podróż. O pracach Mircei Cantora, które oglądała w Galerii Magazino w Rzymie, nie napisała zbyt pochlebnie.



 

Jedna wydała jej się ciekawa. To "Chaplet" (2007): namalowany na ścianie jednego pomieszczenia drut kolczasty, jakby przecinający to pomieszczenie, realistyczny z daleka, z bliska odrealniony, ale, w jakimś sensie, zindywidualizowany, uczłowieczony, bo stworzony z odcisków palców wykonanych tuszem na ścianie.



 

To znowu jakieś niemożliwe połączenie. Próba oswojenia? Udźwignięcia tematu? A może jednak tylko element estetyczny? Artystyczna symulacja?

 

 

Jacy jesteśmy (w) "Po Jedwabnem"?

izakow2

Byłam wczoraj na wystawie „History Will Repeat Itself” w CSW. Wychodząc stamtąd, czułam się przytłoczona jakimś dziwnym szumem informacyjnym, rozczarowana tym, że część prac zapowiadało się o wiele ciekawiej w przeczytanych wcześniej opisach, a przede wszystkim czułam się przez prezentowane tam prace zagadana.


Prosto z CSW pojechałam do Zachęty. Oglądając instalację „Po JedwabnemZofii Lipeckiej wszystko inne wydało mi się nieważne.



 

Tu oglądamy siebie, musimy pytać o swój stosunek do ludobójstwa, którego dokonali na Żydach Polacy, słuchając bodaj najbardziej poruszającego i przerażającego fragmentu „Sąsiadów” Jana Tomasza Grossa - świadectwa Szmula Wasersztajna o wydarzeniach w Jedwabnem. Głos czytającego ten fragment Andrzeja Seweryna przedziera się przez trudny do zidentyfikowania, ale drażniący szum (dźwięk samolotu?, odgłos silników?, szum informacyjny?), ale po pewnym czasie w zasadzie już tego szumu nie słyszymy.


Czytając już dość dawno relację Wasersztajna, moja wyobraźnia wytworzyła obrazy nie do zniesienia. To jest tak silne, że nawet po zamknięciu książki, te słowa i obrazy wciąż wracają. Wciąż bolą. I teraz ten obraz wrócił ze zwielokrotnioną siłą. To wytwarzanie obrazów przez naszą wyobraźnię, Elżbieta Janicka w pięknym i poruszającym tekście dotyczącym instalacji Lipeckiej, określa „projekcją mentalną”. Bo te obrazy wydają się całkowicie nieprzedstawialne.


Ale można ustawić lustro, by zobaczyć ich odbicie, reakcję, którą te słowa wywołują w słuchających je osobach, w czytelnikach, w nas. W myśl tej pracy, to my jesteśmy ekranem, na który rzutuje swój obraz nieprzepracowana historia. W pracy Lipeckiej funkcję takiego lustra, ekranu pełni projekcja wideo przedstawiająca twarze różnych osób skonfrontowanych ze świadectwem Wasersztajna.


Filmy wideo wyświetlane są na przeciwległych ścianach (po dwie projekcje na każdej ścianie), wizerunki tych osób co jakiś czas się zmieniają, by wrócić w innym miejscu. Ukazanie emocji odbitych na twarzach kojarzy się z projekcjami Billa Violi.


 

Dwie pozostałe ściany pokryte są lustrami, które zwielokrotniają obrazy, ale także zmuszają nas do porzucenia bezpiecznej pozycji obserwatora. Jesteśmy wciągnięci do środka pracy, wciągnięci w nieskończenie powielające się wizerunki i w ten sposób sami stajemy się kolejnym ekranem.


Przepracowanie problemu rozpoczyna się od jego wysłuchania. Musimy stanąć z nim twarzą w twarz, a zarazem zapytać o swój stosunek do niego, o to, czy chcemy w ogóle uleczenia. Widziałam osoby w Zachęcie, które wchodziły do tego pomieszczenia na krótko, niektórzy rozmawiali ze sobą, śmiali się... Wydało mi się do dziwne. Jakby reakcja obronna, niechęć do otwarcia się na tę pracę? Niechęć wysłuchania?


Powtarzający ten traumatyczny fragment głos słychać było jeszcze długo po opuszczeniu tego pomieszczenia. A swoją drogą zupełną dezynwolturą wystawienniczą wydało mi się umieszczenie wystawy polskich dokumentalistek tuż przy pracy Lipeckiej.


Bo w zasadzie nie da się oglądać tej drugiej wystawy, gdy zza ściany dochodzi wciąż głos Seweryna czytającego to przerażające świadectwo. Wytworzone w wyobraźni obrazy są o wiele silniejsze niż mnóstwo rozdrobnionych przekazów z wystawy o dokumentalistkach. Ich zdjęcia wydają się zupełnie nijakie, miałkie, nieznaczące, co oczywiście jest krzywdzące dla dokumentalistek, ale po prostu sąsiedztwo tej wystawy jest dla nich zbyt przytłaczające. Przekaz pracy Lipeckiej jest tak silny, że powinna być prezentowana w Zachęcie sama.


Ale w gruncie rzeczy ta praca, którą można określić jako podjęcie pracy żałoby, wydała mi się dużo bardziej optymistyczna niż prace przedstawione na wystawie w CSW. Bo tamte mówią, że jesteśmy skazani na symulacje i powtórzenia, ta zaś pokazuje, że historia nie jest tylko medialnym obrazem, że jest także niezagojoną raną, ale tym samym daje szanse na uzdrowienie.



Druty kolczaste jako element estetyczny?

izakow2


Mamy w Poznaniu intensywny tydzień pod znakiem seminariów prowadzonych przez Zbyszka Liberę. Odbywają się w Instytucie Historii, artysta mówi o tym, jak sztuka może uczyć myślenia (m.in. o historii).



Było burzliwie, kiedy Zbyszek omawiał "Lego. Obóz Koncentracyjny". Odsyłam do swojego wcześniejszego wpisu o "Lego". Wyszło na to, że ta praca wciąż coś ludziom robi. "Po co się tym zajmować?, Dość już tego tematu! Polska przez takie prace będzie wciąż postrzegana w kontekście Holokaustu" - takie opinie wypowiadali młodzi ludzie.



A ja się ostatnio zastanawiam nad czymś innym. Prace, takie jak "Lego" w zasadzie nie mówią o Holokauście, mówią raczej o kulturze po Holokauście. I są odpowiedzią na wyzwanie, z którym chyba dość ciężko sobie poradzić, a mianowicie, nie tyle jak żyć w kulturze po Holokauście, ale jak żyć w kulturze, w kórej Holokaust jest jednym z elementów (symboli, odniesień, tematów trawestowanych w filmach fabularnych, literaturze, ale też w kulturze popularnej, np. w reklamach).



Eleonora Jedlińska napisała w swojej książce o sztuce po Holokauście, że tory kolejowe nigdy nie będa już tylko znaczyły tory kolejowe. To samo wagony towarowe, baraki obozowe, druty kolczaste.



No i własnie o te druty kolczaste mi chodzi. Natknęłam się ostatnio w domu na pocztówkę reklamówkę, którą kiedyś tam znalazłam.



Wyglada to tak:





Skojarzenie jest chyba dość jednoznaczne. Zabawiłam się jeszcze z tą pocztówką odcinając napis. W tym momencie znaczący staje się sam kolor niebieski. Proszę zobaczyć:





Dziwne, prawda? Niewiadomo, czy zamierzone czy nie (sądzę, że nie), ale skojarzenia wywołuje.



Podobnie było z pracą Jakubowicza "Arbeitsdisziplin", gdzie skojarzenia z obozem były wywołane między innymi przez fragment drutów kolczastych znajdujących się na pierwszym planie:





 

Żeby było ciekawiej, firma Volkswagen krótko po aferze związanej z tą pracą, wspomniane druty okalające fabrykę w Antoninku pod Poznaniem zlikwidowała.



Artystka, Elżbieta Janicka kupiła jakiś czas temu pocztówki w sklepie z pamiątkami w Brzezince, lub Oświęcimiu. Przedstawiają "ładne widoki" z Oświęcimia:







I nie są to żadne stare pocztówki, ale wyprodukowane w latach 90. XX wieku (wydawnictwo BE-PE, fot. L. Piotrowski, S. Momot). Tu z kolei druty kolczaste stają się elementem estetycznym, dynamizującym przedstawienie. Mnie takie produkty prowokują do pytań o naszą fascynację złem, tym, co groźne, potworne, niebezpieczne (ale to już temat na osobne omówienie).



Wracając do tematu, czy chcemy tego, czy nie Holokaust stał się elementem naszej zbiorowej wyobraźni, stał się kulturowym symbolem. Pamiętam kiedyś kolekcję mody, która stylizowana była na obozowe pasiaki. Itp. Itd.
No więc to jest pytanie, jak radzić sobie z kulturą, której jednym z elementów jest Zagłada.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci