Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : Poznan

Zwrot konserwatywny C.D. - głównie na przykładzie Poznania

izakow2

 

W 2009 roku pisałam na blogu o konserwatywnym zwrocie w sztuce. W międzyczasie temat ten pojawił się też na sesji w MSN-ie w 2014 roku, ale rzadko zdarza mi się bywać na warszawskich salonach, a z peryferyjnej perspektywy niektóre rzeczy widać ostrzej. Dzisiaj warto zapytać o dalsze losy konserwatywnego zwrotu.

W 2009 starałam się go scharakteryzować w ten sposób:

Jedni twierdzą, że panują tu tendencje lewicowe, co jest jakąś totalną pomyłką. Bo to, co oni określają „lewicowością”, jest zwyczajnym neoliberalizmem. Ten z kolei, jak sądzę nałożył się na konserwatyzm, który zawsze miał się w tym światku dobrze. Ten konserwatyzm prezentowali ci, którzy atakowali sztukę krytyczną – i prawicowcy, i gamoniowaci krytycy, którzy jakoś nic z niej zrozumieć nie mogli. A do tego cała rzesza artystów i krytyków, którzy twierdzą, że ze sztuką wiążą się uniwersalne wartości, albo najważniejszy jest warsztat i jakość wykonania (jakby to zresztą ktoś odrzucał!).

Aktualne? Raczej obecnie jest gorzej, polityczne podziały przekładają się na świat sztuki, mowa już nie o układzie, ale o mafii. Niektórzy są przekonani, że „trzeba rozbić ten układ”, choć tak naprawdę każdy, kto zachowuje odrobinę zdrowego rozsądku, a ma coś wspólnego z polskim światem sztuki, nie wie, czym niby ten układ jest. Środowisko nie jest jednolite, jedni są bardziej lewicowi, inni bardziej neoliberalni (w tej chwili nie nakłada się to już na siebie tak, jak wówczas sądziłam, zaś opcje te ulegają coraz większej polaryzacji). Toczą się zażarte dyskusje i polemiki (to choćby casus książki Karola Sienkiewicza, a obecnie na FB Iwo Zmyślony występuje jako obrońca rynku przeciwko, niczemu niewinnej, bo jedynie rzetelnej recenzentce książki „Skuteczność sztuki” – Agacie Pyzik). Momentami można odnieść wrażenie, że wszyscy ze wszystkimi toczą wojnę (szczególnie w Warszawie), a niektórzy nawet nie są wpuszczani do galerii (opisany ostatnio przypadek Karoliny Plinty). Wspomniany podział na centrum i peryferie bywa dotkliwy, zaś strategie wykluczania dotykają sporą grupę artystów i artystek, również tych lewicowych. Oto ów mityczny układ…

Tymczasem prawicowy, coraz bardziej brutalny, język przenika do publicznych galerii oraz wybrzmiewa podczas dyskusji. W tej wizji istnieją tylko dwa obozy: czarny i biały.

 

Weźmy na przykład Poznań i aktualną wystawę „Strategie buntu” w galerii „Arsenał”, na której pojawiają się takie oto hasła: „III RP śmierdzi od łba”, „Feministko, użyj mózgu przed stosunkiem. Nie pieprz bez sensu!”, „Jesteś wredna, brzydka i leniwa - zostań feministką”, „Jesteś homo? OK. Ale nie spedalaj nieletnich”, „Kobiety palą się lepiej”.

 

To nic innego, jak użycie raniących słów, jak powiedziałaby Judith Butler, słów, ustawiających określone podmioty w pozycji podporządkowanej, słów, których nawet przytaczanie w celu krytyki, jest podwajaniem raniącej mowy.

 

Zadziwia uparte eksponowanie przez Piotra Bernatowicza, dyrektora "Arsenału" i kuratora wystawy, prac The Krasnals. Popieranie tej grupy jest bowiem niczym innym jak popieraniem słownej agresji, chamstwa, a także znieważania innych (co samo w sobie jest czynem karalnym, art. 216 KK). Grupa ta ujawniła w pełni swoją „kulturę” w odpowiedzi na ostatni ranking „Obiegu”, gdzie pod adresem jego współpracowników padły takie określenia jak: „lizofiut”, „nomenklaturczyk”, „stara menda”, „powinien siedzieć w psychiatryku”, „pierdziel”, „cuchnący ferment” itp. Warto postawić pytanie, czy tego rodzaju język powinien być wspierany przez publiczną galerię sztuki?

 

Bernatowicz, skrytykowany przez dziennikarza lokalnej „Gazety Wyborczej”, poczuł się od razu wywołany do odpowiedzi. 

 

Kończąc swój przewrotny tekst, Bernatowicz, nie pierwszy raz zresztą, był łaskaw powołać się na mnie (prawdopodobnie robi to specjalnie, na zasadzie „uderz w stół”, a oczywiście ja nie będę milczeć, jak milczy obecnie większość poznańskiego środowiska, udając, że tej galerii nie ma. Ale galeria jest publiczna, poznańska, należy do nas wszystkich jako mieszkańców i mieszkanek tego miasta, a nie jest czyimś prywatnym folwarkiem!).

 

Pisze on:

 

„Na koniec chciałbym zaakcentować, że zrobiłem tę wystawę właśnie dlatego, że kieruję publiczną galerią i tak postrzegam swoją misję, aby korzystając z autonomii instytucji kultury, dotykać spraw ważnych, wytrącać z kolein myślowych, choć czasem może to wywoływać kontrowersje. Pobudzić do myślenia poprzez wykorzystanie wyjątkowości mediów wizualnych i sztuki. Przede wszystkim wywołać dyskusję, która jest w interesie publicznym, w interesie polskiej demokracji, która - jak mówi historyczka sztuki i feministka, prof. Izabela Kowalczyk - "nie jest dla obrażalskich"”.

 

Proszę! Wytrącaniem z kolein myślowych, pobudzaniem do myślenia nazywa on nawoływanie do nienawiści? Pełen samozadowolenia zadaje też pytanie, czy redaktor Nyczka słyszał kiedykolwiek o sztuce krytycznej.

 

Widać niestety, że Piotr Bernatowicz, który na początku mojej kariery uniwersyteckiej był moim studentem, zajęcia ze sztuki krytycznej musiał chyba przespać. Bo może warto mu przypomnieć – sztuka krytyczna w polskim wydaniu burzyła stereotypy i przyzwyczajenia, ujawniała brak tolerancji i wykluczenie innych. Nie zaś, jak chciałby Bernatowicz, wspierała ksenofobię, seksizm czy homofobię! Tym samym mamy raczej do czynienia z żałosną karykaturą sztuki krytycznej czy raczej myślenia o niej. Pokazuje to zresztą, że Bernatowicz nie ma żadnych narzędzi teoretycznych w obronie własnej wystawy, skoro musi „zgapiać” narzędzia wrogiego sobie obozu. Ujawnia się tu słabość zarówno intelektualna, jak i twórcza, o której mówił jakiś czas temu Stach Szabłowski:

 

„Myślę, że kłopot środowiska konserwatywnego polega na problemie z tworzeniem [i myśleniem – IK]. Dlatego dyskusja o tym, co robić samemu, tak często zbacza w dygresję o tym, czego by tu zabronić robić innym. Podejrzewam, że w tym rzekomo zepchniętym do podziemia świecie sztuki tradycyjnej panuje nie kontrrewolucyjny ferment, lecz niemoc. I dlatego krytyka konserwatywna tak łatwo wyradza się w krytykę spiskową”.

O bezwładzie intelektualnym tej opcji zaświadczają też setki bełkotliwych komentarzy na tym blogu, które już dawno przestałam czytać.

 

Wracając do sztuki krytycznej – nie była ona jednoznaczna, ani nie zawierała prostych przekazów. Jakoś trudno mi przypomnieć sobie prace, w których pojawiałyby się np. takie hasła: „Kościół śmierdzi od łba”, „Mężczyzno, użyj mózgu przed stosunkiem. Nie pieprz bez sensu!”, tudzież: „Jesteś wredny, brzydki i leniwy – wstąp do partii prawicowej”, „Jesteś księdzem? OK. Ale nie spedalaj nieletnich”, „Mężczyźni palą się lepiej”. Może w tej wersji będzie niektórym łatwiej zrozumieć, że w Arsenale prezentowana jest mowa nienawiści! A gdyby ktoś poczuł się urażony, niech zgłosi się do Piotra Bernatowicza, to w końcu tylko delikatna trawestacja haseł z jego wystawy. Gdyby jednak taki język pojawił się w sztuce krytycznej, nie byłaby to już sztuka, ale tania i głupia propaganda! Czy naprawdę Bernatowicz myśli, że ktoś nabierze się na ten bełkot, że sztuka prezentowana w Arsenale jest krytyczna?

 

Istotną częścią sztuki krytycznej lat 90. była twórczość feministyczna, natomiast feminizm w poznańskim Arsenale jest obecnie wybitnie nielubiany. Ujawniła to już wystawa „Bez różu” (a więc sztuka kobiet bez feminizmu), „Strategie buntu” zaś to potwierdzają. Za co Bernatowicz tak bardzo nie lubi feministek, trudno stwierdzić. Sama zwykle pytam studentki, które mówią, że nie lubią feminizmu, komu właściwie zawdzięczają możliwość studiowania, pracy, robienia kariery? Może „sprawiedliwe” byłoby więc, gdyby kobitki zamknąć w domu, przy garach, a jak się nie dadzą – to je spalić?

 

 

gust_arsenal

 Izabella Gustowska, frahment instalacji "She - Ona", wystawa "Uroki władzy", Galeria Arsenał, Poznań 2009

 

  

Ale żarty na bok, Poznań ostatnio chyba zaczął zmieniać się na lepsze, staje się bardziej otwarty, co potwierdził tegoroczny Marsz Równości. Trudno niestety powiedzieć to samo o poznańskich publicznych instytucjach sztuki. Chlubnym wyjątkiem na tym tle pozostaje Centrum Kultury Zamek, gdzie organizowane są ciekawe wystawy, ale nie jest to przecież instytucja zorientowana wyłącznie na sztuki plastyczne.

 

„Arsenał”, podobnie zresztą jak Muzeum Narodowe, wydają się natomiast przeciwieństwem otwarcia, zasklepiając się w swoim konserwatyzmie. Co się stało z moimi kolegami po fachu – poznańskimi historykami sztuki, między innymi tymi, którzy zarządzają wspomnianymi instytucjami publicznymi? Czy nie dopadł ich syndrom „końca sztuki”, o którym pisze Georges Didi-Huberman? Wskazuje on na „krzyk rozpaczy tych, których sztuka współczesna w całości przeraża”. A pewnie jeszcze bardziej przerażają ich pojawiające się w tej sztuce odniesienia społeczne, choćby wspomniany feminizm. Paradoksem jest to, że pierwszy raz o feministycznej historii sztuki słyszałam na wykładach u moich starszych kolegów w Instytucie Historii Sztuki. Nie wyszydzali feminizmu, nie wyśmiewali, traktowali z dużym zainteresowaniem… Dziś natomiast sztuka feministyczna, krytyczna, społeczna, jak się wydaje, zostały przez nich skreślona jako nie-sztuka.

 

Następny paradoks polega na tym, że jeśli w Poznaniu pojawia się sztuka feministyczna, to w prywatnych galeriach (choćby aktualna jeszcze ekspozycja „Fotografowie i feministki”, zapowiadają się interesujące wystawy Izabelli Gustowskiej i Oli Ska). Dobrze, że są, ale dlaczego nie w galerii miejskiej albo w Muzeum? (tu osiem lat temu miała miejsce świetna ekspozycja Gustowskiej, ale to już kawał czasu…).

 

Nie chodzi bowiem tylko o niedostrzeganie sztuki zaangażowanej. Jak to jest możliwe, że „Koło Klipsa” nie miało w Poznaniu wystawy monograficznej, jak ta, którą zorganizowało łódzkie Muzeum Sztuki? Dlaczego wystawa Leszka Knaflewskiego odbywa się jedynie w warszawskim CSW? Dlaczego nie dostrzegany jest w poznańskich instytucjach potencjał naszych intermediów? A wielki nieobecny w poznańskich publicznych instytucjach – Jarosław Kozłowski? Dlaczego nie było zainteresowania w Muzeum Narodowym Andrzejem Matuszewskim, ani wystawą, która byłaby dyskusją z kontekstualizmem Jana Świdzińskiego?  Dlaczego Muzeum nie dopuściło do prezentacji w tym roku wystawy „Projekt Ulotka”, będącej integralną częścią tournée ekspozycji „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda”? Brali w niej udział między innymi świetni poznańscy graficy, jak choćby Stefan Ficner. Cenzura, przeszła jak zwykle niemal bez echa, zauważona jedynie przez poznańskich anarchistów. Pytania o to, czego nie ma, można by mnożyć w nieskończoność, ale nie o to chodzi. Chodzi bowiem o to, co stało się z Muzeum Narodowym, które przeistoczyło się w miejsce mało interesujące i niemal zupełnie niezainteresowane współczesnością (jedna jaskółka – Joanna Przybyła wiosny jeszcze nie czyni…)?

 

A problem doskwiera, mamy przecież w Poznaniu świetnych artystów i artystki, zarówno tych starszych, jak i znakomicie zapowiadających się studentów i studentki. Dość wspomnieć, że tegoroczne Rybie Oko wygrał Adrian Kolarczyk, absolwent studiów licencjackich (owszem, przyłożyłam się do tego, ale nawet go nie znam). W swej realizacji podejmuje on problem pracy, fachu, rzemiosła, pytając zarazem o status artysty dzisiaj.

 

To jeden z najbardziej nurtujących obecnie problemów i mogę zaręczyć, że w sztuce będzie wracał coraz częściej. Nawet, jeśli Karolina Staszak, redaktorka „Arteonu”, współpracująca z poznańskim „Arsenałem”, powiedziała niedawno na dyskusji „Młodzi w polu sztuki” towarzyszącej wystawie najlepszych dyplomów w gdańskiej ASP, że kondycja prekarna artystów nie jest ciekawym tematem do dyskusji i jej zupełnie nie interesuje, bo w sztuce szuka ona znaczeń metafizycznych…

 

To tak, jakby za wszelką cenę zapominać o tym, o czym napisała Ewelina Jarosz w odniesieniu do gdańskiej wystawy:  „To, z czym często spotykają się młodzi artyści i artystki zaraz po wyjściu z uczelni to nie Hollywood, ale brak perspektyw, brak nabywców ich wytworów, mozolne przedzieranie się do świata sztuki, problemy z utrzymaniem pracowni, konieczność godzenia pracy artystycznej z zarobkową, a nierzadko także porzucenia sztuki i wyjazdu na Zachód w roli rzemieślników lub pracujących ‘na zmywaku’”.

 

Wracając zaś do sytuacji w Poznaniu, brakuje tu tego, co integrowałoby środowisko artystyczne, a taką funkcję powinny przecież pełnić instytucje publiczne. Galeria ON odeszła już prawie w niepamięć, komercyjne galerie takie jak Starter, Stereo, Pies, nastawione na młodych twórców, uciekły do Warszawy. W Poznaniu jest więc tak: artyści – sobie, instytucje publiczne – sobie. Przykre tylko, że tak świetni artyści i artystki, nagradzani, biorący udział w prestiżowych wystawach, nie mają w zasadzie czego tutaj szukać. Jeszcze gorsze perspektywy mają studenci i studentki, bo marne są szanse, aby wspierana była tu – w sposób instytucjonalny – ich kariera.

 

W innych miastach nie jest zresztą wcale lepiej. Oburza choćby to, co dzieje się obecnie wokół konkursu na dyrektora Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu. Konkurs wygrał Stach Ruksza, jeden z najbardziej profesjonalnych i interesujących kuratorów w Polsce, jednakże, oprócz niego, komisja zarekomendowała prezydentowi Torunia dwóch innych kandydatów, w tym Wacława Kuczmę, obecnego dyrektora Galerii BWA w Bydgoszczy i to właśnie on miałby zostać powołany na stanowisko dyrektora CSW. Miałam okazję posłuchać tego pana podczas wspominanej dyskusji na ASP w Gdańsku. On również, jak Karolina Staszak, uważał, że prekarna sytuacja artystów nie jest interesującym tematem. Zwłaszcza, że artyści są, według niego, coraz bardziej roszczeniowi. Podał też przykład niemiecki, gdzie, według niego, artyści sami płacą za udział w wystawie. Można sobie wyobrazić próbę wprowadzenia takiego wzorca w toruńskim CSW… Najbardziej jednak dziwi mnie to, że Kuczma jako dyrektor publicznej galerii i osoba starająca się o stanowisko w publicznym Centrum Sztuki, w czasie dyskusji wspomniał, że publiczne galerie powinny zostać zlikwidowane!

 

Ludzie prezentujący podobne poglądy, stający po prawej stronie sceny artystycznej nie chcą wiedzieć o tym, że sztuka jest dobrem publicznym, a nie tylko przedmiotem handlu czy przedmiotem politycznych manipulacji.

 

Obawiam się, że w przypadku Poznania ziściło się to, o czym pisałam na blogu w 2013:

 

Kandydatura Bernatowicza pociąga za sobą niebezpieczeństwo polityzacji sztuki. W jednej ze swych wypowiedzi mówi on wyraźnie: „prawdziwa sztuka w swej istocie jest konserwatywna – potrzebuje czasu by wybrzmieć. Opiera się o tradycję”. Sprzeciwia się on również tradycji kontrkultury, wiążąc ją w przedziwny sposób z ideologiami totalitarnymi.

 

Oby nie ziściło się to w Toruniu czy gdziekolwiek indziej. Ale trzeba wciąż przypominać, że sztuka jest sprawą publiczną, a instytucjami publicznymi powinni zarządzać ludzie, którzy zdają sobie z tego sprawę!

 

Bez różu ani rusz!

izakow2

 

W ostatni piątek wybrałam się wraz z moimi studentkami z krytyki artystycznej na wystawę „Bez różu” w poznańskim Arsenale oraz na towarzyszące jej spotkanie.

 

Zastanawiałyśmy się wcześniej nad założeniami wystawy, dlaczego tak istotne stało się odrzucenie różu – koloru tradycyjnie przypisanego kobietom, ale też przywłaszczonego przez artystki, takie jak choćby klasyczna już Maria Pinińska-Bereś czy młodsza Basia Bańda, a także przez feministki, zwłaszcza te, które identyfikują się z tzw. trzecią falą i nie chcą rezygnować z dobrej zabawy („Jeżeli nie mogę, tańczyć, to nie moja rewolucja!”, jak pisała Naomi Wolf). „Bez różu”, według kuratorki wystawy, Karoliny Staszak, to: „bez infantylizacji kobiecej ekspresji, bez epatowania fizjologią i seksualnością”. A może bez radości?

 

Jaki jest sens organizowania wystawy kobiet-artystek, których nie łączy nic, oprócz ich płci? To pytanie zawsze mnie nurtowało. Czy stoi za tym wiara w przypisaną kobietom – inną wrażliwość oraz „kobiecą” estetykę? Możliwe, że tak, ale sama sztuka bywa tak różnorodna, że wiele prac wykonanych przez mężczyzn można z powodzeniem określić jako kobiece i na odwrót. „Kobieca” estetyka jest więc tylko i wyłącznie kulturowym konstruktem.  Jeśli wpada się w taką pułapkę myślenia o kobiecości, wpada się zarazem w kategorie esencjalistyczne, gdzie kobiecość określona jest w gruncie rzeczy właśnie przez cielesność oraz fizjologię (a więc to wszystko od czego Staszak chciała uciec. Ot, taki paradoks).

 

Co więc można powiedzieć o „kobiecości” na przykładzie wystawy „Bez różu”? Jest przede wszystkim dojmująco smutna i przygnębiająca, i… szara. Wystawa ukazuje m.in. depresyjną bezdzietność (Magdalena Kopytiuk), smutek menopauzy i przemijania (Aldona Mickiewicz), przedstawia beznamiętne kobiety wstawione w ikonograficzne pozy ze sztuki chrześcijańskiej (Beata Ewa Białecka) oraz mgliste zarysy kobiecych ciał (Justyna Respondek). Ekspozycja pokazuje też, że kobiety kochają rękodzieło oraz zwierzęta: psy, rybki i gołębie (w pracy NeSpoon). Pracy z gołębiami w kontekście wystawy sztuki kobiet nie rozumiem zupełnie, może dlatego, że sama tych stworzeń nie darzę sympatią. Czy chodzi może o ukazanie „kobiecej” łagodności, stadnego działania czy o przypisywaną kobietom – etykę troski i karmienia? – trudno to rozstrzygnąć. A może chodzi jedynie o ukazanie pięknych form miseczek do karmienia gołębi? Bo trzeba przyznać, że mandalowe street-artowe kształty NeSpoon mogą wzbudzać podziw.

 

Zupełnie niejasne są też zestawienia prac, które nie mają ze sobą kompletnie nic wspólnego, jak w przypadku łączenia parareligijnych obrazów Ewy Białeckiej z obrazami-mapami Anny Kruszak. Nic nie mówi też zestawienie cielesnych prac Respondek z pracami ukazującymi bodaj komety Katarzyny Wiesiołek, bardzo słabymi zresztą.  A przecież powieszenie obok siebie obrazów, zbyt ciasno zresztą, nie czyni jeszcze wystawy… Ciekawe artystki (Mickiewicz, Białecka) tracą wiele na tym pokazie. Ich artystyczny kunszt ginie w porównaniu z nijakimi pracami innych twórczyń. Wszystkie zresztą są strasznie powtarzalne, jakby artystki opętała jakaś nerwica natręctw.

 

Jeszcze dziwniejsze było piątkowe spotkanie odbywające się pod hasłem „Czego pragną kobiety. Jeśli nie różu?”. Doszłam do wniosku, że publiczność w Arsenale nie jest już w ogóle potrzebna. Spotkanie miało odbyć się o godz. 17.00 (choć informacje w różnych miejscach podawały godzinę a to 17, a to 18), czekaliśmy jednak na jedną z prelegentek, która początkowo nie dotarła. Zaczęło się więc z obsuwą o 17.20, przy mało liczebnej publiczności (jakieś 10 osób, może nawet mniej). Większość, przynajmniej na początku, stanowiły moje studentki, które zresztą cichcem ze spotkania uciekały (podobnie jak ja nieco później).

 

Przybyłą na czas prelegentką była dr Aneta Gawkowska, „socjolog” (nie socjolożka!), która opowiadała o „nowym feminizmie”, którego podstawą są pisma Jana Pawła II. I choć Karolina Staszak dwoiła się i troiła, aby przeciwstawić sobie feminizm papieski – feminizmowi głównego nurtu, pani doktor nie dawała się wpuścić w taką sztampę, podkreślając raczej podobieństwa, wskazując na różnorodność feminizmów i akcentując atrakcyjność feminizmu papieskiego dla katoliczek. Wskazywała też na różnice między nowym feminizmem a teologią feministyczną. W sumie podejście, które zaprezentowała jest sprytne i przewrotne, gdyż w gruncie rzeczy postuluje dążenie do równouprawnienia, ukazuje komplementarność kobiet i mężczyzn oraz wskazuje na potrzebę poprawy życia społecznego. Kilka rzeczy zaskakiwało, Gawkowska powoływała się bardzo ogólnie – jako na źródła nowego feminizmu, opok pism papieskich i Ewangelii, na Księgę Rodzaju oraz pisma św. Tomasza z Akwinu czy w ogóle ojców kościoła, które nie wyrażały przecież potrzeby równouprawnienia, ale odwrotnie: były podstawą myślenia o tym, że kobieta jest podległa mężczyźnie i bywa narzędziem szatana. Ale może to mało znaczące szczegóły...

 

Ogólnie pani „socjolog” opowiadała w ciekawy sposób o nowym feminizmie i spotkanie można by uznać za udane, gdyby po godzinie nie pojawiła się druga prelegentka – pani psycholog, Bogna Białecka, która była zdecydowanie przeciwna feminizmowi w jakiejkolwiek odmianie, dlatego też nie podobała jej się nawet nazwa feminizmu nowego. Staszak, ignorując zupełnie publiczność, poprosiła wówczas panią „socjolog” o streszczenie tego, co zostało w czasie tej godziny już powiedziane. Wtedy pomyślałam, że czas się zbierać. Po ponownym przedstawieniu zasad nowego feminizmu, pani psycholog wypaliła niczym z armaty argument przeciwko feminizmowi w ogóle, że szwedzcy naukowcy dowiedli, iż bezdzietne kobiety w wieku około 50 lat popadają w depresję i popełniają samobójstwa. Ale co ma piernik do wiatraka? Nie słyszałam, żeby feminizm wzywał kobiety do bezdzietności! Na szczęście z odsieczą przyszła Aneta Gawkowska, która rzeczowo po raz kolejny podkreśliła, że istnieje wiele feminizmów, a w ostatnim czasie różne jego nurty podkreślają znaczenie macierzyństwa (nie tylko duchowego, o którym mówiła w kontekście nowego feminizmu). Pani psycholog nie odpowiedziała na ten argument, ale za to zaczęła opowiadać o innym badaniach nad dziećmi małpek, które w różny sposób bawią się klockami lego… W tym momencie ogarnęła mnie tak straszna nuda, że pomyślałam, że jednak lepiej pojechać do domu, do męża, dzieci i tego wszystkiego, co chroni przed depresją, ale też – może przede wszystkim – przed brakiem zdrowego rozsądku.

 

Nie dopytałam więc już panią „socjolog” o ojców kościoła, ani też pozostałych pań, w którym miejscu by były i co by robiły, gdyby nie ten „wstrętny” feminizm.

 

O wystawie podczas dyskusji mowy nie było, co potwierdziło przypuszczenie moich studentek, że ekspozycja została zrobiona „z tezą”, zaś prace użyte instrumentalnie.

 

A jednak wystawa dowiodła, że bez różu ani rusz!

 

Foty z wystawy do zobaczenia tutaj, ja, czekając na spotkanie, z nudów zrobiłam jedynie zdjęcie pustych krzesełek:

 

 


 

 

Mediastions Biennale: Viva la Globalisation!

izakow2

 

Ostatnio działo się dużo, najbardziej pochłonęły mnie wystawy. Pomagałam w przygotowaniach do ekspozycji „Gorzki to chleb jest polskość” w BWA Karkonosze w Jeleniej Górze (stawiającej pytania o krytyczny patriotyzm). W Poznaniu organizowałam wystawę „Etnografowie w terenie”, mierząc się z materiałem z archiwum poznańskiego Instytutu Etnografii i Antropologii Kulturowej (odsyłam do recenzji Eweliny Jarosz). Teraz pracuję nad wstawą „Zapisane w ciele”, która odbędzie się w przyszłym roku w Warszawie. W Poznaniu było też kilka awantur, np. o powtórzony na wystawie w Zamku neon z Od-zysku Rafała Jakubowicza (ekspozycję widziałam, co podkreślam, bo niektórzy kazali mi nie wypowiadać się przed jej zobaczeniem, i uważam, że chwyt ten był zneutralizowaniem wywrotowego znaczenia pracy Rafała). Odbyły się też interesujące spotkania, jak choćby gorąca dyskusja w poznańskiej Zemście na temat sztuki krytycznej i książki Karola Sienkiewicza. Odsyłam do recenzji, która już, co poniektórych zdążyła zdenerwować. 

 

A dopiero co, w Art Stations otwarta została wystawa De.Fi.Cien.Cy., w której prace Andrzeja Wróblewskiego zdecydowanie deklasują twórczość Luca Tuymansa i Rene Danielsa (co wynika zresztą nie tylko z siły rażenia prac naszego artysty, ale też z nieprzemyślanej strategii kuratorskiej Ulricha Loocka)

 

Toteż zaskoczyła mnie prośba Maxa Dogina o relację z Mediations Biennale (bo kiedy to było?), ale i uświadomiła mi, jak bardzo zapuściłam blog, na którym zaczęły już nawet wyskakiwać strasznie denerwujące reklamy. Syn wyłączył mi ogląd reklam, więc nie mam już tego problemu, ale nie wiem, jak to wygląda u Was. Niepokojąc się więc o brzydki wygląd mojego blogu, postanowiłam spełnić prośbę Maxa i nadrobić nieco zaległości.

 

Recenzję z Mediations pisałam dla Kwartalnika Rzeźby w Orońsku, dlatego też tu zamieszczę jedynie krótką relację i przegląd najciekawszych prac. Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła od krytyki. Wystawa odbyła się pod hasłem „When Nowhere Becomes Here – Kiedy Nigdzie staje się Tutaj”, dotykając tym samym problematyki związanej z globalizmem, przemieszaniem się kultur, zanikiem znaczenia geograficznych odległości oraz nieograniczonym przepływem informacji. Ale – czy na ten temat można powiedzieć coś nowego i czy rzeczywiście geografia przestała się liczyć w świecie sztuki?

 

W ramach Mediations miało miejsce kilka niekompatybilnych wystaw, w tym trzy główne. Najważniejszą była „Berlin Heist” w Muzeum Narodowym i Bibliotece Raczyńskich, mająca zwracać uwagę na znaczenie nowej stolicy sztuki, jaką stał się Berlin; ekspozycja „Shifting Africa” prezentowana w Galerii u Jezuitów przedstawiała prace wybranych artystów afrykańskich oraz refleksje artystów europejskich na temat tego kontynentu. Natomiast wystawa „The Limits of Globalisation” w Centrum Kultury Zamek prezentowała z kolei 18 młodych polskich artystów wyłonionych z grona 200 twórców w projekcie badawczym Polish Art Tomorrow.

 

 

Ekspozycja dotycząca Berlina, oprócz kilku perełek, była niestety nudną, galeryjną wystawą. Do perełek zaliczyć można:  lustro z blizną Kadera Attii „Repair Analysis” (niestety umieszczona w takim miejscu, że wielu odbiorców do niej nie dotarło).

 

 

Znakomite były filmy i fotografie Juliena Rosefeldta, przywołujące z jednej strony atmosferę Berlina lat 20., a z drugiej – dziedzictwo niemieckiego romantyzmu. W wideo instalacji „My Home is a dark and cloud-hung land” pojawiały się urzekające krajobrazy z Bastei – Saksońskiej Szwajcarii, miejsca ulubionego przez niemieckich romantycznych malarzy, zaś część ujęć w charakterystyczny sposób odwoływała się do obrazów Caspara Davida Friedricha, ukazując pojedyncze sylwetki ludzkie – jednakże jak najbardziej współczesne, odwrócone tyłem do widza i kontemplujące naturę.

 

 

Świetna była feministyczna praca z pocztówkami Mathilde ter Heijne „Women to go” odnosząca się do odzyskiwania kobiecych biografii. Niesamowite wrażenie robiła też instalacja prac zmarłego tuż przed otwarciem Biennale Jana Berdyszaka. Tych kilka niezwykłych prac nie zacierało jednak wrażenia nijakości całej wystawy, zaś Berlin i jego aktualne znaczenia i uwarunkowania znikały.

 

Podobnie było w przypadku wystawy odnoszącej się do Afryki. Jej niespójność, przypadkowe wręcz zestawienia prac, prowadziły do konstatacji Rolfa Biera: „Ceci n‘est pas l’Afrique”. Skromna pocztówka z tym pomarańczowym napisem była chyba najlepszą pracą na tej wystawie, bo czym jest wrzucenie tego ogromnego i jakże różnorodnego kontynentu do jednej przegródki zatytułowanej „Shifting Africa”?

 


 

To zresztą mój największy zarzut do całego tego Biennale zorientowanego rzekomo na krytyczny namysł nad zjawiskiem globalizacji. Wątpliwości budziły już same kryteria doboru tematów głównych wystaw. Przy dwóch dużych ekspozycjach, z których najważniejsza odnosiła się tylko do sztuki jednej metropolii, jakim jest Berlin, druga zaś – do wąsko sprecyzowanej, młodej polskiej twórczości, trzecia ekspozycja umieszczona w dodatku w najmniej atrakcyjnej przestrzeni wystawienniczej, która odnosić się miała do całego kontynentu, taki geograficzny podział zmuszał do postawienia zarzutu powtórnego kolonializmu. Bo czy ktoś dzisiaj odważyłby się na wystawę próbującą w sposób całościowy ukazać Europę, albo chociaż Stany Zjednoczone? To podejście do Afryki potraktowanej ogólnie i całościowo potwierdza bezrefleksyjne potraktowanie przez kuratorów samej globalizacji, która została przywołana chyba tylko na zasadzie modnego hasła. Tym samym znikło z pola widzenia to, co lokalne, a raczej zostało zamienione w nieprawdziwy twór, w towar wystawiony na pokaz i na sprzedaż. Bo przecież „Ceci n‘est pas l’Afrique”!

 

Zdecydowanie najciekawsza była wystawa „The Limits of Globalisation” przygotowana przez Sławomira Sobczaka w Centrum Kultury Zamek, zadająca pytania o przyszły obraz polskiej sztuki.  Jednak również pod jej adresem pojawiły się zarzuty, wskazywano np., że ta ekspozycja wcale nie prorokuje na przyszłość, a jest jedynie potwierdzeniem obecnych zainteresowań pojawiających się we współczesnej sztuce polskiej. Wskazywano też, jak zwykle zresztą, na problemy techniczne. Mnie najbardziej zastanawiał sam tytuł wskazujący na granice globalizacji. Bo czy oznacza to, że tymi granicami jest „naszość” lub „rodzimość”, a więc coś w rodzaju młodej polskiej reprezentacji w sztuce?  Brzmi to dość naiwnie, zwłaszcza, że prezentowana na wystawie twórczość potwierdzała wpływ globalizacji. Choć pojedyncze prace zwracały się w stronę lokalności, większość z nich wpisywała się w uniwersalny język sztuki. Nie jest to zresztą zarzut, bo przeciez odnoszenie się do modnych trendów czy teorii może przynosić bardzo ciekawe rezultaty artystyczne, a sztuka chce uczestniczyć w uniwersalnych dyskuskursach. Ale, choć tytuł wydał mi się dziwny, wystawa była udana, a poza tym było na niej sporo "strasznej sztuki".  

 

Za dominujący trend można uznać posthumanizm, którego wpływ ujawniała np. świetna wideo-instalacja Elvina Flamingo (Jarosława Czarneckiego), śledzącego symbiotyczną naturę tworzenia charakterystyczną dla owadów (m.in. mrówek) budujących też własne struktury społeczne.

 

 

Jakub Jasiukiewicz przedstawił z kolei wizualizację planety zbudowanej z tkanki nowotworowej, która, jeśli o tym nie wiemy, przede wszystkim urzeka swoją estetyczną formą. Autor wskazuje w tej pracy na potencjalnych obcych zamieszkujących nasze ciała.  

 

 

Do relacji z innymi organizmami odwołał się też Artur Malewski w obiekcie pt. „Agnusek”, który ma kształt tradycyjnego wielkanocnego baranka, jakie wykonuje się z masła lub cukru, ale stworzony został z kurzu zebranego przez artystę w kościele, a więc pozostawionego po wiernych.

 


 

Do ludzko-zwierzęcych relacji odwołuje się też Liliana Piskorska w „Autoportrecie z kochanką”, w której przedstawiła pod postacią figur pokrytych futrem siebie i swoją partnerkę. Autorka zwraca tu uwagę na homoseksualne zachowania, które pojawiają się zarówno wśród ludzi, jak i wśród zwierząt, a tym samym są czymś wpisanym w naturę, koniecznym dla przetrwania gatunków. 

 


 

Pytanie o przetrwanie było obecne również w pracy „Białe rośliny” Katarzyny Szeszyckiej, ukazującej kłącza, które rozwijają się mimo braku warunków, ujawniając tym samym niezwykłą „wolę” życia. Na symbiozę z naturą  wskazywał też film wideo Izabeli Chamczyk „Faza fali”, w którym artystka zmaga się z morskimi falami. Z jednej strony odnieść można ten obraz do wzburzenia emocjonalnego, gdyż wideo działa silnie na odbiorców, sprawiając wrażenie, jakby fale miały za chwilę wciągnąć również ich, z drugiej strony obraz Chamczyk odczytać można jako przewrotną interpretację mitu o Wenus, która narodziła się z morskich fal. W kontekście posthumanizmu można odczytać także fotografie Michala Szlagi z serii „Stocznia” 1999 – 2014", zwracające uwagę na życie i śmierć maszyn (tu odsyłam do wcześniejszego wpisu na temat tej pracy).  Inni artyści wskazywali m.in. na stechnologizowane podejście do śmierci (Natalia Wiśniewska), jej fetyszyzowanie (Ewa Axelrad), pamięć i znaczenie fotografii (film Urszuli Pieregończuk), modelowanie rzeczywistości (Kornel Janczyk i Nicolas Grospierre).

 

 

Prezentowana była też instalacja Tomasza Kulki, gdzie przy użyciu miniaturowych figurek została przedstawiona typowa kibolska ustawka. Podczas otwarcia miał miejsce performance Angeliki Fojtuch, która zaprosiła widzów do małego pomieszczenia, w którym prezentowany miał być pełen okrucieństwa film, który autorka nakręciła w Strefie Gazy. Okazał się on jednak mentalną projekcją, z jednej strony nawiązując do słynnego happening 4’33’’ Johna Cage’a (na co zwrócił mi uwagę mój syn), z drugiej zaś – pytając o granice naszej wyobraźni.

 

Świetna ekspozycja nie przysłania jednak podstawowego problemu tej edycji Mediations Biennale, jakim jest brak krytycznego dyskursu na temat globalizacji i jej bolączek, na temat wciąż dominujących centrów (takich, jak Berlin) i powierzchownie, ogólnie traktowanych peryferii. Zabrakło krytycznej analizy na temat znaczenia sztuki współczesnej jako narzędzia globalizacji. Obraz współczesnej sztuki coraz bardziej zależny jest od globalnych mechanizmów, popytu rynkowego oraz zinstytucjonalizowanego świata sztuki budowanego przez centra. W gruncie rzeczy „Mediations Biennale” tę globalizację jedynie potwierdzało.

 

Czytając Golgota Picnic

izakow2

(z dedykacją dla Kuby) 

 

Tekst „Golgoty Picnic” mówi – w dużym skrócie – o tym, co mógłby powiedzieć Bóg o naszych czasach pogrążonych w żądzy zysku i chaosie, o chrześcijaństwie w kontekście historii kultury europejskiej, o przepaści pomiędzy ideałami, wizerunkami a rzeczywistością, o tym, jak bitwa o symbole zastępuje prawdziwe wartości.

 

 

Tekst jest niezwykle aktualny. Znam go, bo dołączyłam do czytających „Golgotę Picnic” na Placu Wolności w Poznaniu w ostatni piątek.

 

fot. Ewa  Łowżył


Tuż obok, odbywała się kontrmanifestacja nawołująca do tego, aby bronić naszej ojczyzny i naszej religii. To zderzenie było bardzo wymowne i znaczące.

 

Protestujących nie było wielu (poznańska policja bała się 30 tysięcy, a tam było może z 30 osób..), może większość poszła na mszę oraz procesję prowadzone przez arcybiskupa Gądeckiego, których intencją, jak czytam na stronach „Naszego dziennika”, było wynagrodzenie za grzechy przeciwko Bogu i Kościołowi „w odpowiedzi na bluźnierczy pseudospektakl”.

 

Ten sam Gądecki wcześniej groził zamieszkami („Jedyną formą, która by ucięła sprawę, jest protest ogólnopolski, który by groził zamieszkami”).

 

Co tu właściwie jest grzechem?

 

„będzie

nazywać się

grzechem

prawdę”

 

- tak kończy się „Golgota Picnic”.

 

Na Placu Wolności do żadnych zamieszek nie doszło, obie grupy zajmowały się swoimi sprawami: jedni – obroną wolności, drudzy – obroną Boga i ojczyzny. Ci drudzy próbowali przeszkadzać tym pierwszym, mieli trąbki i megafony, i byli głośniejsi. Dlatego zresztą, gdy zbliżałam się ze znajomymi do tych grup, trochę się pogubiliśmy, nie wiedząc, kto się modli, a kto odczytuje teatralny scenariusz. Bo czytanie „Golgoty” brzmiało jak przedziwna modlitwa. Dopiero wejście w grupę czytających, pozwalało nie słyszeć już krzyków, trąbek i nawoływań tamtych. Wspólnie stworzyło to bardzo ciekawy performance.

 

Akcja z czytaniem odbywała się w trakcie debaty na Placu Wolności o odwołaniu spektaklu „Golgota Picnic”, która została wpisana w program festiwalu „Malta”. Prowadzący ją Jacek Żakowski zrobił przerwę, aby można było wesprzeć czytających, a potem powrócono do dyskusji, tylko zamiast wcześniejszej debaty „gadających głów” (w której kompromitował się zarówno Michał Merczyński, jak i prezydent Poznania Ryszard Grobelny), oddano głos publiczności.

 

I znowu okazało się, że możliwe jest, aby zaistniały obok siebie różne opinie i światopoglądy, że jest możliwa dyskusja osób o skrajnych poglądach, że mogą one zostać wypowiedziane we wspólnej przestrzeni, bez grożenia komukolwiek i bez przemocy. Czy nie na tym właśnie polega demokracja? Ta dyskusja dla wielu była oczyszczająca, może też na jej przebieg miał wpływ ów pokojowy performance, współtworzony przez obie grupy. Bo było w nim coś terapeutycznego.

 

Szkoda tylko, że do tej debaty doszło dopiero po odwołaniu spektaklu przez dyrektora Malty Michała Merczyńskiego, że musiało dojść do cenzury, przeciwko której protestowaliśmy w oświadczeniu Otwartej Akademii. Konflikt został wygenerowany przez kościelnych hierarchów, poznańskich radnych, prezydenta Poznania, szefów policji i pewnie również przez media.

 

Zastanawia mnie zawsze w takich przypadkach, na ile te konflikty są użyteczne dla przedstawicieli władz, na ile są przez nich generowane, o czym zresztą już kiedyś tu pisałam. A przy ich okazji dezawuuje się wartości społeczeństwa obywatelskiego (przedstawiając zantagonizowane grupy jako radykałów, o skrajnych poglądach, a nawet swoistych oszołomów).

 

Bo co by nie powiedzieć o debacie na Placu Wolności, przede wszystkim ujawniła ona silne pokłady społeczeństwa obywatelskiego.

 

Problemem jest jednak to, że mało kto potrafi dostrzec tę wartość.

 

Miałam dzisiaj ostatnie zajęcia, na których, przy okazji jednej ze studenckich prezentacji, wywiązała się burzliwa dyskusja. Ktoś mówił bowiem o gejowskich krzykaczach, którzy zagłuszają głosy zwykłych ludzi, o tym, że mamy do czynienia z tyranią mniejszości (!), ktoś pytał o to, dlaczego oni muszą tak bardzo prowokować, przebierając się na Paradach w krzykliwe kostiumy. I po co komu te parady? Niektórzy studenci mówili o tym, jak ciężko żyje się w innych krajach europejskich, w których mieszkają Arabowie i nie chcą dostosować się do większości społeczeństwa, kiedyś zresztą to samo mówili mi studenci o mieszkających w Polsce Romach, a poza tym „w Ameryce Murzynów traktuje się jak święte krowy”. Byłam zaszokowana, że młodzi ludzie wciąż pojmują demokrację jako rządy większości (a w zasadzie dyktaturę większości), że nie rozumieją, że demokracja przyznaje nam m.in. prawo bycia różnymi i do manifestacji najróżniejszych czy najdziwniejszych poglądów.

 

Czułam w tym wszystkim jakieś swoiste niezadowolenie młodych ludzi z tego, co dzieje się w Polsce (bliskie poglądom pana w muszce, choć nikt z nich tego na głos nie powiedział).

 

Byli też na sali obrońcy i obrończynie wolności, zauważając, że żyjemy chyba w całkowicie różnych rzeczywistościach, że mniejszości wciąż są dyskryminowane i jest dokładnie na odwrót, jak mówili tamci (a w stronę parad równości padają okrzyki „pedały do gazu” – to ja już dodałam).


Powoli cała ta sytuacja zaczęła przeistaczać się w jatkę i stwierdziłam, że dalsza dyskusja prowadzona tym torem nie ma zupełnie sensu.


Kazałam im więc spojrzeć na sytuację z innej strony, dostrzec podstawową wartość demokracji w tym, że ludzie manifestują swoje poglądy (czy to progejowskie, czy prokatolickie). Że zarówno jedni, jak i drudzy są ośmieszani, o tych drugich mówi się jako o ciemnogrodzie czy katotalibanie.

 

Za tymi negatywnymi obrazami stoją też medialne wyobrażenia, które koncentrują się na sytuacjach ekstremalnych czy najbardziej widowiskowych. Mało kto próbuje też dostrzec poczucie ekonomicznego wykluczenia tej drugiej grupy (zwłaszcza w kontekście pierwszej, bo ci którzy biorą udział w paradach równości - i ja do takich należę - zwykle są w całkiem dobrej sytuacji materialnej).

 

David Ost w najnowszym wywiadzie, wskazując na podziały klasowe we współczesnej Polsce, mówi o ludziach, którzy nie radząc sobie w nowych warunkach ustrojowych, zostali skazani na bycie nieudacznikami: „Właśnie ich przechwyciła prawica. To ona od 1992 r. stała się głosem wykluczonych. A równocześnie dawała absurdalne recepty, bo mówiła, że jest źle, gdyż Polska znajduje się w rękach obcych: postkomunistów, liberałów, ateistów. I że musimy się zjednoczyć wokół narodu”.

 

Mówiłam też na tych zajęciach, że nie potrafimy dostrzec w tym, co relacjonują media, wspomnianej już wartości, jaką jest społeczeństwo obywatelskie, ale też innej, bardziej podstawowej wartości, jaką jest wspólnotowość. „Wiara w indywidualizm i powtarzanie, że pora wziąć sprawy w swoje ręce, zburzyły coś, co Polska już miała” – mówi Ost w kontekście „Solidarności”.

 

(I jest coś na rzeczy, bo w tym samym czasie, gdy na Placu Wolności toczyły się dyskusje o „Golgota Picnic”, w Teatrze Ósmego Dnia miało miejsce spotkanie z Agnieszką Graff o jej książce na temat macierzyństwa, Agnieszka dobitnie mówiła o tym, ja bardzo środowiska lewicowe zignorowały, jeśli nie wręcz zdezawuowały tak ważne wartości, jak wspólnota czy rodzina).

 

Wracając do moich dzisiejszych zajęć, nie znając jeszcze ostatniego wywiadu z Ostem, postanowiłam im opowiedzieć trochę więcej o jego tezach, o kanalizowaniu gniewu, o kreowaniu sztucznych konfliktów, aby społeczeństwo podzielić, bo takim łatwiej jest kierować oraz wzmacniać dyktatorskie zapędy władzy (a właściwie różnych władz – państwowej, regionalnej czy kościelnej). O tym, że gubimy w tym wszystkim z pola widzenia inne – choćby ekonomiczne – przyczyny społecznego niezadowolenia, a więc problemy, które dotyczyć mogą i jednej, jak i drugiej strony konfliktu.

 

Studenci i studentki przestali się kłócić, a ja miałam wrażenie, że w ogóle pierwszy raz ktoś z nimi rozmawia o tym, czym jest demokracja, zwłaszcza w polskim kontekście, ale też czym jest wykluczenie ekonomiczne (studenci szkół prywatnych, jak i dzieci w miarę bogatych rodziców najczęściej nie chcą o tym w ogóle myśleć, bo przecież „biedni są sami sobie winni”… O tym zresztą też mówi Ost, wskazując na magię indywidualizmu). Mam nadzieję, że coś dotarło i coś z tego zostanie... Że ci studenci i studentki, przesympatyczni/przesympatyczne, bo tego żadnej ze stron odmówić nie mogę, zaczynają właśnie myśleć bardziej krytycznie. To jedne z moich zdecydowanie najlepszych zajęć w całej dotychczasowej pracy.

 

Bo nikt mi nie powie, że wojna kulturowa, z którą mamy obecnie do czynienia, jest wojną, gdzie po jednej stronie stoją katolicy a po drugiej lewacy, geje i lesbijki, genderystki i artyści.

 

Są księża, którzy jeszcze na szczęście głośno wypowiadają się w obronie studiów genderowych, albo mówiąc o „Golgota Picnic” wskazują, że nie ma w tym spektaklu nic obraźliwego. Są katoliccy genderyści, tak, jak są geje i lesbijki, którzy są katolikami. Są artyści i artystki, którzy są prekariuszami, są też tacy artyści, którzy widzą i pokazują problemy tych najbardziej poszkodowanych (choćby eksmitowanych lokatorów, co w Poznaniu jest jednym z najbardziej palących, ale też jednym z najbardziej przemilczywanych problemów). Są artyści, którzy próbują budować lokalne wspólnoty, ale niekiedy zarzuca im się, że wspierają neoliberalizm. Są też lewacy, którzy nie brzydzą się wykorzystywania pracy innych, albo są seksistami. Nie ma prostych podziałów, te są użyteczne dla władzy i w grze o władzę wykorzystywane.

 

A jak to się dzieje?

 

Ciekawym Post Scriptum do sprawy „Golgota Picnic” jest dzisiejsze oświadczenie Ryszarda Grobelnego, że będzie startował po raz kolejny w wyborach o fotel prezydenta Poznania. Do tej układanki pasuje „spontaniczne dołączenie” Grobelnego do dyskusji na Placu Wolności, w której kreował się przede wszystkim na obrońcę poznańskiego "ordungu".

 

Nie pierwszy raz zresztą, bo to on przecież, na podobnych zasadach, zakazał pamiętnego Marszu Równości w 2005 roku, co zostało potwierdzone przez Wojewodę Wielkopolskiego, ale przez nas – jako organizatorów Marszu – zaskarżone do Sądu Administracyjnego, który potwierdził prymarność prawa konstytucyjnego do wolności zgromadzeń, przyznając nam tym samym rację.

 

Wtedy też Grobelny podbierał się opiniami policji, która twierdziła, że nie jest w stanie zapewnić porządku. Podczas ostatniej dyskusji, w kuluarach żartowano, jak to możliwe, że nasza poznańska policja może zapewnić porządek w czasie meczów (może więc należałoby je zakazać lub odwołać?!).

 

Grobelny, jakby nikomu się nie naraził; na spektakl by nie poszedł, ale przecież wolność ceni; z drugiej strony na pewno zaskarbił sobie przyjaźń biskupa Gądeckiego, bo jednak był raczej na nie… Nie ma sensu już tego bardziej szczegółowo tłumaczyć, to takie poznańskie „House of Cards” (kto tego serialu nie zna, niech koniecznie obejrzy!).

 

Ale tych gier o władzę przy okazji "Golgota Picnic" toczyło się dużo więcej.

 

Otwarta Akademia przeciw cenzurze "Golgota Picnic"

izakow2

 

Poznański festiwal "Malta" przeżywa poważny kryzys. W wyniku nagonki na zapowiadany spektakl "Golgota Picnic", dyrektor festiwalu Michał Merczyński, zrezygnował z przedstawienia, dołączając tym samym do grona autocenzorów. Oburzeni przedstawiciele kościoła, radni oraz inne grupy, takie jak rzekomi kibice, spektaklu nie widzieli i już nie zobaczą, ale za nic mając demokrację i konstytucyjne prawa, uznali, że spektakl godzi w ich uczucia religijne.

 

 


Poniżej publikuję oświadczenie, podpisane również przeze mnie, w sprawie odwołania spektaklu "Golgota Picnic". Oświadczenie to anonsuje również powstanie nowego poznańskiego ruchu, jakim jest Otwarta Akademia:

 

Odwołanie spektaklu „Golgota Picnic” przez dyrektora festiwalu Malta, Michała Merczyńskiego, w rezultacie ostrej nagonki Kościoła, w tym Arcybiskupa Stanisława Gądeckiego, partyjnej prawicy, AKO, Prezydenta Miasta Poznania Ryszarda Grobelnego, rozmaitych towarzystw dewocyjnych, a także – podobno – kibiców, stanowi olbrzymi krok naprzód w stronę budowy państwa wyznaniowego, reaktywacji cenzury oraz ograniczenia swobód obywatelskich i praw człowieka, jako że wolność wyrazu jest częścią tych praw. Dokonuje się to w momencie, gdy partyjna prawica z PiS na czele grzmi o zagrożeniu wolności słowa po rajdzie ABW i prokuratury na redakcję tygodnika „Wprost”, wykazując tym samym skrajną hipokryzję zgodnie z zasadą: wolność dla nas – więzienie dla was; dokonuje się to w momencie już od dłuższego czasu trwającego histerycznego ataku na studia nad płcią kulturową, gender, przez te same środowiska: Kościół, partyjną prawicę, AKO etc.; dzieje się to w momencie, kiedy lekarz, profesor Bogdan Chazan przedkłada prawo kościelne nad świeckie, państwowe przy całkowitej bezradności tych, którzy mają pilnować praworządności w tym państwie. 

W ostatnich miesiącach Poznań był sceną wydarzeń, które dobrze ilustrują ten proces. Był wśród nich przypadek odwołania debaty uniwersyteckiej pod presją środowisk prawicowych, a także niewyjaśniona do dziś kwestia nadużycia siły przez policję wobec osób protestujących przeciwko antygenderowemu wystąpieniu księdza Pawła Bortkiewicza, które odbyło się na terenie Uniwersytetu Ekonomicznego 5 grudnia 2013 roku. Nie ma wątpliwości, że stajemy w obliczu ostrego przyspieszenia wojny kulturowej, a w zasadzie drugiej wojny kulturowej, gdyż pierwsza wraz z uniewinnieniem Doroty Nieznalskiej, autorki „Pasji”, została przez środowiska wolnościowe wygrana. Kultura znów staje się polem bitwy: atak na rzeźbę Jacka Markiewicza „Adoracja Chrystusa”, pokazaną w warszawskim CSW, próby zakłóceń przedstawienia Jana Klaty „Do Damaszku” w Teatrze Starym w Krakowie, a także przerywanie wykładów wybitnego intelektualisty, profesora Zygmunta Baumana we Wrocławiu, aż nazbyt wyraziście taką obserwację potwierdzają. W tej wojnie, podobnie jak w poprzedniej, nie chodzi tylko o kulturę – tu chodzi przede wszystkim o to, czy będziemy żyli w wolnym kraju, czy też w takim, w którym nastąpi reaktywacja cenzury, znanej wielu z nas z czasów komunistycznego reżimu. Ideologia ma w tym przypadku mniejsze znaczenie – znaczenie podstawowe ma opresyjny mechanizm ograniczania wolności przez środowiska mniej czy bardziej skrajnej prawicy, Kościoła katolickiego, rzekomo kibiców piłkarskich itp.

Nie trzeba wiele wysiłku, aby zrozumieć, że w tej awanturze nie chodzi o spektakl. Ci bowiem, którzy domagali się jego odwołania, przecież go nie widzieli; ich uczucia religijne nie zostały obrażone, bo spektakl się nie odbył – bluźnierstwo, które zresztą ma prawo bytu w świeckiej kulturze demokratycznego państwa, nie zostało dokonane. Nie jest więc w ogóle jasne, czy miało to być bluźniercze przedstawienie. Niektórzy związani z Kościołem, jak dominikanin ojciec Tomasz Dostatni, twierdzą, że nie. Spektaklu „Golgota Picnic” nie widzieli ani Arcybiskup, ani Prezydent Miasta, ani radni, ani rzekomi kibice, którzy nie są częstymi gośćmi teatrów. Pomijając brak wstydu wszystkich wymienionych, którzy ośmielają się zajmować autorytarne stanowisko na temat sobie nieznany, wymowa tej sytuacji jest jasna – teraz my idziemy do władzy i to nasze arbitralne decyzje będą kształtowały polską politykę kulturalną; to my – biskupi, prawica, konserwatyści i kibice – będziemy decydowali o tym, co jakiś dyrektor festiwalu będzie pokazywał. Taki jest sens tego, co się wydarzyło.

Decyzja Dyrektora Merczyńskiego została uzasadnione rzekomym zagwarantowaniem bezpieczeństwa widzów i artystów. Trzeba panu Merczyńskiemu przypomnieć, że do eliminacji tego rzekomego niebezpieczeństwa powołana jest policja. Ale decyzja ta może mieć kolosalne znaczenie na przyszłość. Oto dyrektor światowego festiwalu teatralnego ugina się przed biskupem, towarzystwem dewocyjnym manifestującym w liczbie 30 osób przed Urzędem Miasta i grożącym „zamieszkami”; oto Prezydent tego miasta, spoglądając na tę demonstrację z okien swojego gabinetu, dostrzega takie niebezpieczeństwo; oto wreszcie działacze PiS, w tym dezerterzy z tej partii, a obecnie członkowie rządzącej PO, jak Jan Filip Libicki, stają w obronie rzekomo atakowanych wartości chrześcijańskich.

Dyrektor festiwalu powołany jest do opieki nad artystami i sztuką, do obrony wolności sztuki, a nie jej grzebania. Ci, którzy są przeciwko wolności twórczości artystycznej i wolności wypowiedzi, marnie kończą, choć mogą żyć wygodnie w swoim aksamitnym więzieniu. My jednak nie chcemy żyć w aksamitnym więzieniu, chcemy żyć w wolnym kraju, w którym szanuje się wolność każdego, także oczywiście tych, którzy protestują. Mają prawo, ale nie mają prawa zakazywać – ani moralnego, ani (przynajmniej w tym momencie) formalnego. Nie mają też prawa zastraszać, grozić użyciem siły. To nie tylko jest nieprzyzwoite, ale jest przestępstwem. 

Wolność jest niepodzielna – albo jest dla wszystkich, albo jej w ogóle nie ma. Dzisiaj stajemy w obliczu utraty najważniejszej po 1989 roku zdobyczy – wolności. Jeżeli ją utracimy, jeżeli pozwolimy na budowę państwa wyznaniowego, przekreślimy wysiłek antykomunistycznego podziemia oraz ostatnie 25 lat wolnej Polski i cofniemy się do zasad życia w państwie totalitarnym. Apelujemy do szerokich środowisk o stanowczy sprzeciw: nie zgadzajmy się na cenzurę dziś, bo jutro może być za późno.

Sprawa odwołania spektaklu „Golgota Picnic” wpisuje się w szerszy proces zmian politycznych, podważających fundamenty demokracji. W reakcji na te zagrożenia tworzymy Otwartą Akademię, platformę wyrażania opinii publicznej i zachęcamy do uczestnictwa w niej wszystkich podzielających nasze zdanie zarówno z poznańskiego ośrodka, jak i z innych miast Polski, nie tylko środowisk akademickich czy artystycznych, ale wszystkich, którzy solidaryzują się z wykładanymi tu wartościami. Chcemy, aby Otwarta Akademia zbudowała tamę narastającej fali ignorancji, przeciw intelektualnej mieliźnie i nietolerancji, próbom ograniczania swobody badań naukowych, wypowiedzi artystycznej, dziennikarskiej i każdej innej, tamę poddawania życia publicznego, kultury i nauki ideologicznej kontroli, która w istocie rzeczy służy budowie państwa wyznaniowego.


Prof. Przemysław Czapliński, UAM 
Prof. Izabela Kowalczyk, UAP
Prof. Roman Kubicki, UAM
Prof. Piotr Piotrowski, UAM
Prof. Krzysztof Podemski, UAM 
Dr Błażej Warkocki, UAM

Prof. Marek Wasilewski, UAP

 

Przedruk za: e.CzasKultury

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci