Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : Katarzyna-Kozyra

Kozyra i Żmijewski - walka gigantów

izakow2

We wrocławskiej Galerii Awangarda ma miejsce fantastyczna wystawa Katarzyny Kozyry „W sztuce marzenia stają się rzeczywistością”.


Murowane: dobra zabawa, przyjemność, gra w skojarzenia, ale i zmuszenie do zastanowienia się, czym jest dla nas sztuka, czego od niej oczekujemy. Wycieczka do Wrocławia powinna być obowiązkowa, bo to pierwsza w Polsce wystawa, gdzie prezentowane są łącznie filmy Kozyry z lat 2003 – 2006, a więc wszystkie materiały zrealizowane w ramach cyklu „W sztuce marzenia...” oraz prace o Lou Salome.



Katarzyna Kozyra, Lou Salome, 2006

 

Ta wystawa potwierdza geniusz artystki, jej konsekwencję artystyczną i poczucie humoru. Ukazuje wielopoziomowe gry z rolami. Odwołując się do estetyki campu, artystka pyta o (niepełną, mozaikową) tożsamość. Zastanawia się , czy jest możliwe stwarzanie siebie i zarazem spełnianie swych fantazji. Pyta o role fantazji w procesie kształtowania się naszej osobowości.



Katarzyna Kozyra, Cheerleaderka, 2006


Jest to również sztuka autotematyczna, sztuka o sztuce, teatr w teatrze (jak to się dzieje w wielu jej filmach). Artystka stawia pytanie, czym jest dzisiaj sztuka, pyta o publiczność i jej oczekiwania. Przekracza rzeczywistości (filmu i przedstawienia, a zarazem fantazji i realności (kto oglądał „Purpurową różę z Kairu” W. Allena, wie jak mocno oddziałuje tan zabieg).



Katarzyna Kozyra, Cheerleaderka, 2006


Kozyra odnosi się również do swej wcześniejszej twórczości, ironizuje z tych wszystkich, którzy atakowali jej prace, nie szczędzili jej inwektyw (jest więc nie tylko Księżniczką, ale i Monstrum, jest babą z fiutem, która powinna występować w cyrku; jest obcym, zagubioną śpiewaczką, która nie jest w stanie dobrze odegrać swej roli, zamkniętym w klatce kanarkiem...). O tej nierównej grze z „władzą” pisałam przy okazji „Opowieści zimowej”.


Jest zarazem Frankensteinem, jak i swym własnym dziełem, ale też jej symbolicznymi rodzicami są Maestro oraz transwestyta Gloria Viagra. To oni zresztą w jednym z najciekawszych filmów pt. „Kastrat” dokonują wykastrowania Kozyry. Bo oni - przewrotnie - uosabiają porządek symboliczny.



Katarzyna Kozyra, Il Castrato / Kastrat, 2006


Te wszystkie filmy tworzą opowieść o wciąż niedoskonałej artystce, ale zarazem o artystce, która może grać wszystkie role (na tym polega istota kobiecej Maskarady), wchodzić w skórę innych. Jest to zarazem opowieść, która zmusza nas do zastanowienia się, czym dla nas jest sztuka i czego od niej oczekujemy.


I a’propos tego ostatniego problemu, który pojawia się w jej sztuce przypomniały mi się ostre słowa, które o artystce wypowiedział Artur Żmijewski. Między innymi, że jej sztuka się zakademizowała, że nie ma już tej siły krytycznej, którą miała wcześniej.


Cyt.:


Popatrzmy na zmianę jaka się dokonała w sztuce Kozyry - ona nam mówi, że "W sztuce marzenia stają się rzeczywistością". Czyli inaczej mówiąc: w sztuce można to, co gdzie indziej jest niemożliwe. Ale ona nam to już kiedyś powiedziała - o wiele dobitniej mówiła o tym poprzednimi pracami, np. tym o nielegalnym strzelaniu, produkcji ładunków wybuchowych, etc. Teraz ta sama treść przybiera w jej pracach formę mieszczańskiej fantazji o sztuce i zbliża się formalnie do tego promowanego spektaklu form, jaki najlepiej realizuje się w malarstwie. Kolory, przebrania, egzotyczni bohaterowie, karły, transwestyci, cioty, opera - tego potrzebuje "mieszczuch". I wcale nie po to, żeby móc tę sztukę wreszcie oglądać, ale po to, żeby móc ją wreszcie wykluczyć, sprowadzając do nieszkodliwego, banalnego spektaklu form. Skoro sztuka jest coraz bardziej identyczna z jego mieszczańską fantazją, to tym bardziej jest nieinteresująca - bo nawet ten mieszczuch i ta mieszczka mają tą wiedzę, jaką może im ta sztuka zaoferować. A więc niech ta sztuka ponownie sama się wykluczy, stając się identyczna z nieszkodliwym "mieszczańskim" urojeniem. I sztuka Kozyry utraciła siłę wywoływania rezonansu w sferze publicznej”.


I dalej:


Czy warto się zajmować przez trzy czy cztery lata tym, że kobiecość jest skonstruowana, a jej wcielenie nie jest tożsame z wzorcem? To jest mieszczańskie - ponieważ to jest już niemal wiedza potoczna. Potwierdzanie oczywistości jest mieszczańskie - tak się formułuje np. przekaz dla telewidzów, żeby potwierdzać ich oczekiwania. I to właśnie robi ostatnio Kozyra - potwierdza oczekiwania - ona i jej prace przestały być nieprzewidywalne. Ja rozumiem, że działanie obrazem jest mocniejsze, użyte środki działają inaczej - wizualizują tą wiedzę, niemniej to pole, w którym gra ostatnio Kozyra jest już nieźle rozpoznane. Może w jej przypadku należy mówić bardziej o teatralizacji wiedzy - o odegraniu tej wiedzy, co oczywiście ma pewną wartość jako wzmocnienie tradycyjnego, słownego przekazu. Zarzut do ostatnich działań Kozyry brzmi tak: ona robi "to samo co przedtem", ale bezpiecznymi środkami. Ona sama pozbawiła swoje działania jadu, odbezpieczyła je - zaakademizowała właśnie”.


„Nieszkodliwy spektakl form, mieszczańskie zajmowanie się kobiecością, zakademizowanie” – tak widzi sztukę Kozyry Żmijewski. A jaka powinna być sztuka, według tego artysty? – o tym pisze on w opublikowanym w najnowszej „Krytyce Politycznej” Manifeście”.


W jednym z niedawnych wpisów, dość ostro zaatakowałam Żmijewskiego i jego Manifest.


Artur napisał mi, że powinniśmy rozmawiać. To prawda. Ale od dyskusji z argumentami Artura, ważniejsza byłaby dla mnie dyskusja z retoryką tego tekstu, jak i innych wypowiedzi Artura, które są formułowane tak, że nie znoszą sprzeciwu (jak powyższy fragment o Kozyrze).


Tak, jakby artysta miał monopol na znaczenia swojej sztuki i na znaczenia sztuki w ogóle. Manifest jest napisany tonem nieznoszącym sprzeciwu, niezakładającym wątpliwości, niedopuszczającym autokrytyki.


Inni się mylą, lub przestraszyli się sytuacji (jak Nieznalska po aferze z „Pasją”. Na niesprawiedliwość tego sądu zwróciła też uwagę Agata Jakubowska), albo też ich sztuka uległa zakademizowaniu.


W takiej retoryce jest ukryty przekaz – "tylko ja mam rację", "tylko ja jestem czysty" (choć oczywiście wierzę, że artyście wcale o to nie chodziło, to po prostu problem "teoretyków - rewolucjonistów", też zaatakowanej przeze mnie "Krytyki Politycznej").


I tak jak kiedyś zarzucałam tę retorykę Pawłowi Leszkowiczowi, który atakował Żmijewskiego za brak etyki, tak mam wrażenie, że teraz do podobnej retoryki sięga artysta (znaczący jest choćby jego atak na słowa Magdy Ujmy).


No i nie bez znaczenia jest fakt, że ten program wyrażony w Manifeście pasuje najbardziej do tego, co robi sam Żmijewski. Czyżby więc inni mieli teraz iść w ślady Mistrza? Czy o to chodzi? Czy nie byłoby uczciwiej napisać, że jest to program „mojej własnej sztuki”? Czy nie byłoby to zresztą ciekawsze – zamiast bombastycznie głosić to jako Manifest „stosowanych sztuk społecznych”?


Drażni mnie, gdy w tekstach, które mają rewolucyjne zacięcie, próbują budować nowe projekty (artystyczne, społeczne etc.), następuje całkowite wykluczenie innych wizji świata, porządku społecznego, sztuki, zanegowanie innych punktów widzenia.


Ta retoryka jest paternalistyczna i autorytarna (czy to przypadek, że od Żmijewskiego obrywają Nieznalska i Kozyra, czy nie chodzi jednak w tym wszystkim o wzmacnianie swojej własnej pozycji??).


Są to teksty, których autorzy zapominają, że jeśli chcemy być naprawdę krytyczni, to musimy być przede wszystkim krytyczni względem samych siebie. Zaś pisząc o władzy - musimy być świadomi swego ulokowania w jej strukturach, swojej własnej pozycji w tym układzie i również tę pozycję prześwietlić.


Wracając do Kozyry – myślę, że prawdziwie dobra sztuka jest wywrotowa i polityczna, chociaż nie musi kierować się jakimkolwiek manifestem. Pisałam o tym tutaj.


Zdjęcia - ze strony Katarzyny Kozyry.

 

Katarzyna Kozyra: Pani Bond staje się Królewną Śnieżką

izakow2

Jadąc do Drezna, zatrzymałyśmy się z Edytą w Zielonej Górze, gdzie w Galerii BWA prezentowana była „Opowieść zimowa” Katarzyny Kozyry, odwołująca się do baśni o Królewnie Śnieżce.




 

Jak zwykle w tej galerii, publiczność stawiła się tłumnie. Szkoda jednak, że zabrakło jakiejś dyskusji po filmie, bo komentarze, które później podsłuchałam (oj, wiem, że to nieładnie!) były, mówiąc delikatnie, nieprzychylne. Stojące niedaleko mnie, młode dziewczyny prychały, że cóż to za sztuka!, wielka rzecz zrobić taki filmik!, żenada!, no i te sceny – okropieństwo, a najgorsze te ohydne białe gacie, które rozwieszała Śnieżka - Kozyra.


Przypomniało mi to reakcje, które wywoływały wcześniejsze prace Kozyry. Też prychano, mówiąc, że to nie sztuka zrobić taką sztukę, że Kozyra chodzi na łatwiznę i że jej prace są pozbawione sensu. Ciekawe, że również jej współczesne prace wzbudzają podobne reakcje.


Wydaje mi się, że widzowie często nie potrafią sobie radzić z emocjami wobec sztuki. Jej odbiór wcale nie przychodzi „naturalnie”. Dlatego o wrażeniach i emocjach, które sztuka wywołuje warto rozmawiać, pokazując różne możliwości jej interpretacji. Tutaj tego zabrakło.


A że przypomniało mi się „święte oburzenie”, które towarzyszyło pierwszym pracom Kaśki („Piramidzie zwierząt”, „Olimpii”, „Łaźniom”), pomyślałam sobie o „Opowieści zimowej” w kontekście tego, o czym pisała Ewa Toniak w tekście „Pani Bond z siatką..”. Zwróciła uwagę, jak prasa codzienna, ale też ogólnie media konstruowały obraz Kozyry jako „skandalistki”, „potwora”, „monstrum” i że to ciągłe napominanie, pouczanie, zohydzanie doprowadziło w końcu do odrzucenia postawy radykalnej w sztuce. „Obcy” został wydalony i zaczął się proces oswajania, ukobiecania. Toniak kończąc swój tekst przywołuje fotografię Kozyry z kobiecego czasopisma, gdzie artystka ukazana jest przed lustrem, podczas makijażu.


Ale powiedzmy sobie szczerze, kto długo wytrzymałby funkcjonując jako monstrum, albo, która kobieta wytrzymałaby ciągłe dyskredytowanie swojej kobiecości?



 

Artystka postanowiła więc pójść za ciosem i stać się „prawdziwą kobietą”, a zarazem „gwiazdą”, a więc, jak sama wskazuje spełnić swoje dziecięce marzenia. Ale może też chciała odpowiedzieć na oczekiwania tych, którzy jej twórczość krytykowali i odrzucali. Temu stawaniu się „kobietą” i „gwiazdą” poświęcony jest cykl „W sztuce marzenia stają się rzeczywistością”, do którego należy też „Opowieść zimowa”.


Gloria Viagra, berliński transwestyta, uczył ją więc, jak być kobietą (bo wiadomo, że transwestyta cytuje czy „performuje” kobiecość lepiej od kobiet). Natomiast śpiewak operowy, Grzegorz Pitulej, „Maestro”, uczył ją pięknego śpiewu.


W „Opowieści zimowej” Kozyra wcieliła się w królewnę Śnieżkę, której towarzyszą krasnoludki – karły, Viagra występuje zaś jako zła królowa, „Maestro” uczy Śnieżkę śpiewać, aby mogła ona swym śpiewem sprawić przyjemność Królowej.


Ta prosta opowieść wydaje się mieć drugie dno. W kontekście wcześniejszych perypetii Kozyry, jej marzenie, by stać się „kobiecą kobietą” oraz gwiazdą, która zachwyca publiczność swym śpiewem, odnieść można do chęci przypodobania się „władzy” – bulwarowym krytykom, decydentom, znudzonej publiczności i prawicowym krzykaczom. O odniesieniach do tej rzeczywistości świadczy niezwykła sceneria tej „bajki”. Wszystko dzieje się w leśnym domku, w którym nagromadzono mnóstwo przedziwnych akcesoriów. Oprócz dziwnych lalek, uderza wielka ilość porozwieszanych po ścianach „świętych obrazków” oraz dewocyjnych figurek.




„Władzę” w tym filmie uosabia „zła królowa” – Gloria Viagra, krasnoludki zaś są jej zausznikami i wciąż próbują się jej przypodobać. Biegają za nią krok w krok. Zaganiają Śnieżkę do pracy (dodajmy: do wykonywania „typowo kobiecych” czynności). Ale w zamian Królowa wymierza krasnoludkom, co najwyżej „baty” swym pejczem, lub, gdy jest w lepszym nastroju – daje do potrzymania swój kieliszek. Maestro jest tu nikim więcej, jak tylko treserem, sam zaś jest zupełnie bezwolny, można go wyjąć ze skrzyni i do niej schować, gdy jest już niepotrzebny.



 

Czy jednak „władza” jest w stanie zadowolić się sztuką w wykonaniu Śnieżki-Kozyry? Raczej nie. Gdy ta wykonuje finalną arię, śpiew drażni uszy Królowej – Glorii, znudzenie okazuje ona w sposób iście teatralny, ziewając i oglądając swoje paznokcie. Czy Śnieżka-Kozyra ma szanse w takiej rzeczywistości stać się gwiazdą? Też raczej nie. Gloria dmucha jej w twarz dymem z papierosa, co powoduje, że finalna aria kończy się pokasływaniem artystki. Bajka skończona, a „władza” znudzona – chciałoby się rzec.



 

Marny jest los artystki, mimo, że tak bardzo stara się być „gwiazdą” czy „prawdziwą kobietą”. Pozostaje jej jedynie śnić swoje marzenia.


Zdjęcia pochodzą ze strony Katarzyny Kozyry. Tekst Ewy Toniak, „Pani Bond z siatką, albo o zmianie płci sztuki polskiej w latach dziewięćdziesiatych” zamieszczony jest w zbiorze „Kobiety w kulturze popularnej”, (red. E. Zierkiewicz, I. Kowalczyk, 2002).

Sens powtarzania?

izakow2

Dostało się książce, którą wydałyśmy z Edytą Zierkiewicz „Kobiety, feminizm i media” (http://free.art.pl/artmix/10_2005_zap_fem.html ) w recenzji w czasopiśmie „Portret”. Za powtórzenia, za publikowanie wcześniejszych tekstów. Więc chyba dostało się nam słusznie, choć autorka recenzji trochę przesadziła, wypominając nam np. tekst Agnieszki Graff, który wcześniej zamieszczony był w „artmixie”. Tymczasem zamieszczony był właśnie jako promocja książki. Nieważne. Krytykę przyjmuję. Zajmowanie się w kółko tym samym mnie samą już zmęczyło i zniesmaczyło. Nie wspominając o tym, iż mam wrażenie, że sam feminizm doszedł chyba w Polsce do jakiejś ściany. W dyskursie krytycznym niewiele się dzieje, a kwestia wydawałoby się priorytetowa, a więc prawo do aborcji, jest coraz bardziej sprawą przegraną. Feministki zrobiły w Polsce dużo medialnego szumu (m.in. wizyta Langenorta, Manify), ale na politykę nie miało to żadnego przełożenia. Wręcz odwrotnie. Zamiast liberalizacji mamy do czynienia z zapowiedziami zaostrzenia prawa antyaborcyjnego. Sądzę, że potrzeba w Polsce ostrego tupnięcia w postaci protestów społecznych - takiego powtórzenia fali kontestacji z 1968 roku - ale na to przyjdzie czas...


Ale nie o tym chciałam pisać. Zastanawia mnie sam problem powtórzeń. My powtarzałyśmy same siebie (wiem, wiem, błąd, biję się w piersi i obiecuję poprawę). Tymczasem w sztukach plastycznych mamy do czynienia z powtórzeniami prac innych artystów czy powtórzeniami jakichś sytuacji. Katarzyna Kozyra w „Olimpii” powtórzyła „Olimpię” Maneta:



Katarzyna Kozyra, Olimpia, 1996



Edouard Manet, Olimpia, 1863


Tacita Dean powtórzyła „Łaźnię” Kozyry:


Tacita Deam, Gellert, 1998



Katarzyna Kozyra, Łaźnia, 1997


Artur Żmijewski powtórzył eksperyment profesora Zimbardo z symulacją więzienia, Aneta Grzeszykowska powtórzyła Cindy Sherman.


Na moim blogu, jak i na artbloxie (http://art.blox.pl/html) przy okazji przedstawienia ostatnich prac Grzeszykowskiej pojawiły się komentarze dość niepochlebne, no bo właściwie, po co ona to zrobiła i dlaczego? Nie mam na to żadnej odpowiedzi, nic jednak na to nie poradzę, że prace mi się po prostu podobają. (http://strasznasztuka.blox.pl/2006/09/Sherman-i-Grzeszykowska-symulacje-symulacji.html ).


Ale pytanie wydaje się ważne: po co powtarzać? Czy po to, żeby ukazać, że wszystko już było i że jesteśmy skazani na kopiowanie? Ale czy jest tak faktycznie? I czy dokładne powtórzenia/odtworzenie jest w ogóle możliwe?



Artur Żmijewski, Powtórzenie, 2005

 

Żmijewskiego „Powtórzenie” powtórzeniem tak naprawdę nie było. Grzeszykowska symulując prace Sherman, również wprowadziła drobne przesunięcia i sprowokowała inne pytania.


Jeśli Sherman pokazała, że może wcielić się w everywoman, Grzeszykowska postawiła pytanie, co w takim razie będzie, jeśli ona sama – Aneta Grzeszykowska wcieli się w Cindy Sherman? Czy też będzie everywoman czy będzie tylko kalką Cindy Sherman? A może Cindy Sherman – kobieta o tysiącu twarzy wcale nie stała się everywoman. Jej wcielanie się w niby-aktorki niby-filmów nie spowodowało, że zniknął rys indywidualny artystki. Wręcz przeciwnie. Ktoś napisał, że twarz Cindy Sherman jest obok twarzy Andy’ego Warhola najbardziej znaną twarzą w sztuce XX wieku.



Aneta Grzeszykowska, Untitled Film Stills, 2006



Cindy Sherman, Untitled Film Still #12, 1978


Ale może chodzi o „władzę centrum”. Kopiuje się zwykle to, co znajduje się w tzw. mainstreamie, naśladowane są prądy, tendencje, które powstają w miejscu, które uchodzi za centrum (a więc jest opiniotwórcze, wpływowe, jest punktem odniesienia).


Największym plagiatorem w sztuce polskiej był chyba Kantor, ale przecież wszyscy wiedzą, że Kantor „wielkim artystą był”... A przecież każdy jego wyjazd na Zachód, owocował przywiezieniem przez niego nowego kierunku, którego był inicjatorem i twórcą w Polsce.


Może to działać też w drugą stronę, jak w przypadku wspomnianej Tacity Dean, która nie dość, że nakręciła taką pracę jak Kozyra, to otrzymała za nią prestiżową nagrodę Turnera. Bo relacja do centrum wpływa też na pozycję, jaką się zajmuje w sztuce. Ktoś spoza centrum może zostać niedostrzeżony, nawet, jeśli wcześniej stworzył taką samą pracę, ale w takim przypadku mamy do czynienia z plagiatem, a nie powtórzeniem. Ci, którzy powtarzają, jak Żmijewski czy Grzeszykowska wcale tego nie ukrywają, ale odwrotnie poddają dyskusji samą kwestie powtarzania.


No więc o co chodzi z tym powtarzaniem?


Chyba się powtarzam i w dodatku chyba powtarzam coś, co już przeczytałam. Fatalnie...

Sztuka polityczna? (Kozyra i Kilian)

izakow2

Moja dobra znajoma artystka (nie wiem, czy chce bym ujawniła jej nazwisko), zwierzyła mi się niedawno, że myślała o zrobieniu sztuki politycznej, ale w końcu odstąpiła od tego pomysłu. Bo czy można zrobić dobrą sztukę polityczną?


Coraz bardziej wydaje mi się, że coś takiego w ogóle nie istnieje.


Wiem, wiem – wszystko jest polityczne, ale przecież nie to chodzi.


Sztuka polityczna, przynajmniej taka, jak powstaje ostatnio w Polsce, musi niestety samo-ograniczać się. Nie może pozwolić sobie na pełne rozwinięcie skrzydeł. Na przykład sztuka na rzecz zwalczania homofobii – jest grzeczna, uładzona, że może przyprawić o mdłości.


Mało kto pozwala sobie tutaj na całkowite otwarcie swej wyobraźni.


Jest artystka, która to robi (otwiera wyobraźnię, bo chyba homofobia i jej zwalczanie niezbyt ją interesują, chociaż kto wie... I tak wychodzi to przy okazji).



 

To Katarzyna Kozyra, która uczy się być kobietą od transwestyty – Glorii Viagry. „Tribute to Gloria Viagra” czy „Pre-view with Gloria Viagra”, gdzie Kaśka i Gloria stają się niemal bliźniaczkami, to prace, które dekonstruują tożsamość, ukazują performatywność płci, uwodzą nas w sensie wizualnym, a przez to rozsadzają logikę naszego „uspołecznionego” pożądania. To prace, które jednak - chcąc tego czy nie - rozsadzają porządek społeczny.


 

Ale do tych prac określenie „polityczne” jakoś nie pasuje. Podobnie jak do prac Artura Żmijewskiego. Artur ostatnio z kole został zaatakowany o brak etyki – w odniesieniu do „Powtórzenia” I wcale nie zaatakowali go prawicowi publicyści, ale krytycy „z naszej strony”.


Wymaganie od prac, by były jednoznaczne, by odpowiadały jakimś ideologicznym regułom, by niosły pozytywne przesłanie, by sztuka była etyczna i zmieniała rzeczywistość – to jakieś absurdalne wymagania, które zabijają sztukę.


Twórczość np. dadaistów czy wiedeńskich akcjonistów odcinała się od polityki i dlatego zyskiwała mocną polityczną wymowę.


Na pocieszenie dla przyjaciółki – zdarzają się jednak dobre prace polityczne. W tekście o historii w Obiegu wspominam o projekcji wideo „Junge Deutsche im Mai” Bernda Kiliana, gdzie filmowi ukazującemu neofaszystów w Dreźnie towarzyszy poruszająca muzyka Gustava Mahlera - kompozytora żydowskiego pochodzenia (1860–1911). Ta praca przyprawiła mnie o dreszcze.



 

Film Kiliana został zrealizowany przy użyciu teleskopowej kamery, dzięki czemu ukazane są zbliżenia twarzy tych ludzi, niejako ich portrety. Neofaszyści, skinheadzi, przeciwnicy pokojowych i równościowych demonstracji ukazywani są zwykle w mediach jako „masa”. Zresztą tylko dzięki identyfikacji z silną grupą, ci ludzie czują się silni.



 

W tym filmie zostają zindywidualizowani. Niektórzy z nich wydają się bezmyślni, beznamiętni, lękliwi, ale z drugiej strony – nietrudno dostrzec w nich również ludzi zwyczajnych... właściwie takich jak my. Pojawia się pytanie – dlaczego znaleźli się po drugiej stronie?



 

Zdjęcia prac Kozyry ze strony: http://www.katarzynakozyra.com.pl/

 

Zdjęcia z filmu Kiliana są niewyraźne, gdyż na ekranie odbijało się podwórko Kunsthaus w Dreźnie oraz stojący tam ludzie. Ten problem nakładania się rzeczywistości ("ich" i "nas") wydał mi się ważny, dlatego postanowiłam to sfotografować.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci