Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : Ola-Polisiewicz

Niewidzialność = obojętność

izakow2

 

W Gdyni fundacja Pisarze dla Pokoju zainicjowała ważną akcję społeczną, której celem jest zlikwidowanie odstępu pomiędzy peronami a pociągami na przystankach SKM w Trójmieście. Ten odstęp jest tak duży, że utrudnia wsiadanie do kolejki osobom na wózkach, osobom starszym, niewidomym, a także pasażerom z wózkami dziecięcymi. Takie odstępy mogą są niebezpieczne, mogą spowodować na przykład upadek. Niektóre osoby ze zwyczajnego strachu mogą nie chcieć korzystać z kolejki. Dzięki akcji medialnej przeprowadzonej przez „Gazetę Wyborczą”, Szybka Kolej Miejska zadeklarowała, że będzie dążyć do rozwiązania tego problemu.

 

 

Plakaty do tej akcji pod hasłem „Nie bądź obojętny. Obojetność = przyzwolenie” wykonała Ola Polisiewicz, fundacja zarezerwowała dla nich plakatów miejsce w gablotach na peronach kolejki miejskiej. I wtedy pojawił się problem. Zarząd SKM, po zobaczeniu plakatów, odmówił ich powieszenia, wychodząc z założenia, że plakaty godzą w dobre imię firmy. Ola Polisiewicz twierdzi, że plakaty atakują obojętność, ale nas wszystkich, mają pokazać, jak często odwracamy głowę od społecznych problemów, jak bardzo nie chcemy borykać się z wykluczeniem społecznym dotykającym osoby niepełnosprawne czy starsze, między innymi ze względu na bariery architektoniczne. Tu nie tylko chodzi o apelowanie do firmy, aby jakoś zaradziła problemowi, ale też do innych pasażerów, aby apelowali o likwidowanie tego odstępu, aby w miarę możliwości pomagali innym. Chodzi też o to, aby ZOBACZYĆ problem, bo często wydaje się niewidzialny. Zabiegani pasażerowie nie zauważają starszej osoby, która ma problemu, aby wsiąść do wagonu, dziewczyny z wózkiem, która nie może z nim wjechać. Dla młodych, sprawnych, niewózkowych takie problemy nie istnieją, a niektórych wręcz irytują. Ostatnio w windzie w mojej szkole słyszałam wypowiedź jednej ze studentek: „Nie mogę znieść tych starych ludzi”, gdy starsza para powolutku wsiadała do windy. Co z tego, że szkoła włączyła się w chlubne programy wyrównywania szans dla niepełnosprawnych, a także aktywizacji osób starszych, skoro ci ludzie wciąż jeszcze spotykają się z niechęcią, traktowani są jako zło konieczne, jako zawada. Dlaczego ludzie na wózkach, ludzie starsi, matki z wózkami dziecięcymi obijają się wciąż z jednej strony o bariery architektoniczne, a z drugiej – o niechętne spojrzenia i złośliwe komentarze? Czy naprawdę chcemy być społeczeństwem ujednoliconych, podobnych do siebie egoistów? Co może to zmienić? Pierwszym krokiem wydaje się właśnie widzialność – pokazanie problemu, co zrobiła Ola Polisiewicz na zaprojektowanych przez siebie plakatach.

 

 

Akcja ta jest ważna w kontekście społeczeństwa obywatelskiego i przeciwdziałania wykluczeniom, co z tego jednak, kiedy plakaty mające uświadamiać problem spotykają się z odmową? Oczywiście, można powiedzieć, że zarząd SKM działał w imieniu swojego interesu. Ale czy na pewno? Czy zamiecenie problemu pod dywan, udawanie, że tacy pasażerowie, jak ci przedstawieni na plakatach w ogóle nie istnieją jest faktycznie ochroną dobra firmy? Zastanawia mnie jeszcze jedna sprawa, dlaczego wciąż wszyscy panicznie boją się krytyki? W szkole uczniowie nie mogą krytykować nauczycieli, w firmach pracownicy boją się protestować przeciwko niesprawiedliwościom, jakie ich dotykają.  Ludzie boją się krytykować kościół, wychodząc z założenia, że nie krytykuje się autorytetów. Brak więc konstruktywnej krytyki, a, jeśli taka się pojawia, odbierana jest od razu jako atak.

Można się zastanawiać, czy niezgoda SKM na powieszenie plakatów Oli była cenzurą sztuki, czy może raczej cenzurą społeczeństwa obywatelskiego. Można też powiedzieć, że na społeczeństwo obywatelskie tak długo nie będzie w Polsce miejsca, jak długo nie będzie miejsca na krytykę autorytetów, instytucji publicznych, firm użyteczności publicznej, a także dopóki pojęcie „publiczne” nie będzie rozumiane wybiórczo w odniesieniu jedynie do większości obywateli, a nie do wszystkich.  

 

 

Bestiarium Oli Polisiewicz

izakow2


Już dość dawno temu zachwyciłam się pracami Oli Polisiewicz z cyklu Bestiarium podświadomości (2003-2004). Fotografie (a także film wideo) przedstawiają pozornie bezwładne ciała, którym brakuje głów. Obrazy te rządzą się zasadą dekompozycji, wszystko ulega tu odwróceniu: koszula założona jest na nogi, spodnie na tułów. Ciało jawi się jako przedmiot, a nie podmiot, jest też ciałem bez właściwości: bez płci i wieku.



 

Te prace niepokoją naszą percepcję wzrokową, o której psycholog Rudolf Arnheim pisał, że jej naczelnym dążeniem jest dążenie do równowagi. w wyobraźni zastanawiamy się, jakich przesunięć i odwróceń należy dokonać, by kompozycja zyskała równowagę. Dzieje się tak dlatego, że, jak twierdzi Arnheim, nasze spojrzenie jest dynamiczne – wzrok dąży do nadania obrazowi utraconej równowagi. Można wręcz powiedzieć, że dąży – do „naprawienia” obrazu. Gdybyśmy w wyobraźni mieli przywrócić równowagę tej pracy, musielibyśmy odwrócić: całą kompozycję, ale też dokonać wewnętrznego odwrócenia koszuli i spodni tak by ręce wpasowały się w rękawy, a nogi w nogawki spodni. Może też trzeba by odwrócić prawą i lewą stronę... Trudno zliczyć, ile wizualnych odwróceń musielibyśmy dokonać, żeby mieć do czynienia z kompozycją zrównoważoną.


 

Jest to więc kompozycja, w której równowagi brak, zasadą tych przedstawień jest raczej de-kompozycja. Tyle, że nie jest to wynik błędów artystki, ale efekt świadomej strategii artystycznej związanej ze znaczeniami tej pracy. Tą zasadą rządzą się również pozostałe prace z tej serii.



Na innej fotografii, w wannie z wodą widać nogi odziane w koszulę, pomiędzy którymi pływa karp. Ryba zastępująca głowę wypływa z otworu kołnierzyka koszuli. Tworzy to twór dość przerażający.


Fotografie mogą prowadzić do myśli o śmierci; mówią o pustce po odejściu bliskiej osoby, o „roztrzaskaniu” uporządkowanego świata, ale też w szerszym sensie – o napiętnowaniu śmiercią. Ale można je też interpretować inaczej: wpływająca i wypływająca spomiędzy rozwartych nóg ryba może też kojarzyć się z porodem, dlatego praca staje się metaforą pętli życia.


Może też chodzić o utratę tożsamości, o przepoczwarzenie, przemianę, budowanie na nowo własnego zdekomponowanego „ja”...


Więcej prac oraz moja analiza – w „Merybie. Piśmie mniejszości o kulturze” (cudnie wydanym i bardzo ciekawym).

Warszawska Manifa i wizualne manipulacje

izakow2

Odbył się w Warszawie Wielki Marsz Solidarności Kobiet.


A mnie zastanawiają relacje w mediach. Na przykład w TVN, gdzie jako pierwszą puszczono relację z kontrmanifestacji Wszechpolaków. Warto też zobaczyć foty w „Gazecie Wyborczej”.

 

W przypadku obu relacji Wszechpolacy mają nową twarz. Rumianej, uśmiechniętej dziewczyny trzymającej w ręce plastikowy model płodu. Jest taka niewinna i tak zawzięcie walczy o życie nienarodzonych! Trudno nie poczuć do niej sympatii. Ciekawe, czy to dziewczę urodziłoby dziecko poczęte w wyniku brutalnego gwałtu?

 

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz - w przypadku zdjęć, które umieszczone są w Wyborczej – tylko wizerunek prolajfersów został tak bardzo zindywidualizowany.

 

Oprócz tego Gazeta pokazuje na swym portalu zdjęcie pociętego płodu umieszczonego na lekarskiej rękawiczce.

 

Mam wrażenie, że komuś zabrakło wyobraźni, a prolajfersi triumfują symbolicznie.

 

Zwolennicy wolnego wyboru mogliby posunąć się do podobnych chwytów, po ich stronie mogłyby znaleźć się na przykład: fotografia kobiety, która zmarła w wyniku nielegalnej aborcji (jest takie zdjęcie nagiej kobiety, która leży we krwi); pary – chłopaka i dziewczyny, którzy wyskoczyli z okna, bo ona była w ciąży; kobiety, która straciła wzrok, bo odmówiono jej przysługującej jej aborcji i nie może już oglądać (i doglądać) swoich dzieci; zdjęcia dzieci w beczkach po kapuście itp, itd.

 

A jakiś rumiany, uśmiechnięty chłopiec – mógłby mówić o tym, że jesteśmy tu, bo nie chcemy więcej cierpień kobiet i martwych noworodków znalezionych w śmietnikach.

 

Gra na takie argumenty jest wyjątkowo niska. Ale czy dopiero, kiedy feministki sięgną po takie metody i takie argumenty, będą bardziej i mocniej widoczne w mediach niż prolajfersi? Ci ostatni doskonale zdali sobie sprawę z tego, jaka jest siła obrazu.

 

Obraz może wstrząsać, przyprawiać o mdłości, zmienić ludzkie poglądy, a może i nawet zabijać. Obraz jest najlepszym i najskuteczniejszym środkiem manipulacji i propagandy.

 

Do takich prostych i jednoznacznych chwytów odwoływano się w propagandach totalitarnych. Przedstawiciele mediów powinni te historie znać.

 

I dlatego wkurza mnie, że media dają się złapać na tego typu wizualne manipulacje, bezrefleksyjnie je powielają, o czym świadczą wspominane przekazy w mediach, bynajmniej nie przychylnych Wszechpolakom.

 

I na marginesie – jeszcze jedno nieporozumienie, które wprowadza jeden z polityków i które powinno być prostowane.

 

Nieprawdą jest, że Hitler był za wprowadzeniem aborcji. Wręcz przeciwnie. Wprowadził on zakaz aborcji dla kobiet niemieckich. Te miały rodzić jak najwięcej dzieci, by wzmacniać naród niemiecki. Dostawały za to medal. Medal za rodzenie dzieci.

 

Hitler uważał natomiast, że aborcji powinny poddawać się kobiety romskie, żydowskie, niepełnosprawne.

 

Nie zależało mu na kobietach. Pozbawił je podmiotowości. Jedne były jedynie inkubatorami. Inne – elementem zbędnym.

 

W kazdym razie Giertych powinien bardziej uważać z tym argumentem. Bo to właśnie Hitler był przeciw aborcji (dla Niemek) i za silną, zdrową niemiecką rodziną. Bo silna rodzina, jak mawiał, to podstawa narodu...

 

Komentarzem niech będzie praca Oli Polisiewicz, Suka faszystowska (2003):



Wartopia Oli Polisiewicz

izakow2


Już dawno chciałam tu wspomnieć o „Wartopii” Oli Polisiewicz – pracy prezentowanej w Galerii Le Guern (19.12.06 - 17.02.07).


Jest to wirtualna wizualizacji Warszawy – tak, jak miała ona wyglądać według projektów urbanistów III Rzeszy, a później – socrealistów z czasów stalinowskich.


Inaczej – to wizualizacja miasta poddanego całkowicie dyktatowi totalitarnych władz. Ale zarazem to miasto wirtualne, w które można wejść, jak w komputerowej grze. Dlatego przeraża i poraża swą nieludzkością, ale i pociąga i prowokuje naszą ciekawość.


“Stworzone przez nią miasto jest pustynią ludzką, miastem-widmem, po ulicach którego hula wiatr niespełnionej historii” – pisze Michał Suchora w internetowym “Obiegu”.



 

O powstawaniu tej pracy, jej koncepcji oraz o problemie miasta (na przykładzie Warszawy i Gliwic) pisze z kolei Ewa Toniak w "artmixie".


Mnie interesuje w tej pracy jeszcze jeden problem – a mianowicie cyborgizacji miasta.


Bo Ola Polisiewicz stworzyła właśnie takie miasto-Cyborga, które jest hybrydą (łącząc rzeczywistość i wirtualność, stan faktyczny z tym, co pozostało jedynie w sferze planów, porządki, które są ze sobą sprzeczne. To wytwór rzeczywistości społecznej i fikcji, jak powiada Donna Haraway w „Manifeście cyborgów”).


Jaki jest cel tego zaskakującego projektu? Rekonstrukcja historii? Pytanie o miasto? Może pytanie o wirtualizację historii? Czy pytanie o działanie totalitarnej władzy?



 

Do opisu miasta nieraz używano cielesnych metafor.


Miasta pielęgnowane przyjmują piękny wygląd, pozostawione same sobie, zarastają i dziczeją. Noszą blizny przeszłości. Rozmaite plastyczne operacje próbują naprawić wcześniejsze błędy. Miasta starzeją się i są odmładzane. Itp., itd.


A w tym przypadku mamy do czynienia bardziej z metaforą ciała-Cyborga. Sztucznego konstruktu powstającego na użytek ideologii i władzy.


Zastanawia mnie możliwość wyzwolenia, która jest ukryta w tym projekcie. Cyborgi bowiem, jak pisała Donna Haraway we wspomnianym Manifeście, są nieposłuszne swym ojcom, nieprzewidywalne, rozsadzają dotychczasowe konwencje i definicje. Symulują politykę, a hierarchie zastępują układami scalonymi.


Jest w tym zawarta dekonstrukcja totalitarnej władzy (w sensie ukazanie jej marginesów, ale zarazem tego, co stanowi jej sedno), ukazanie jej złowrogiej potencji, a także możliwości realizacji. Pokazanie, że władza zasadza się również, a może przede wszystkim na organizacji czasu i przestrzeni, na wpisywaniu w taką strukturę ludzkiego ciała, by stało się dla niej użyteczne. Bo totalitarna władza to przede wszystkim zawładnięcie nad czasem i przestrzenią.

Nowości queerowe, czyli Marsz Równości idzie dalej

izakow2

Ukazał się pierwszy numer elektronicznego czasopisma InterAlia http://www.interalia.org.pl zajmującego studiami nad seksualnością. Pismo jest recenzowane, międzynarodowe. Redaktorzy piszą, że „jeżeli studia queer maja przetrwać, muszą ulec radykalnej decentralizacji, skupiając się zarówno na lokalnych uwarunkowaniach tożsamości i polityki odmieńców jak i na procesach szeroko pojętej globalizacji”.


Jeden z działów zatytułowany jest „Marsz równości idzie dalej”. Znalazła się tam również moja analiza medialnych relacji z Marszu Równości w Poznaniu: http://www.interalia.org.pl/numery.php?nid=1&aid=3


A swoją drogą karierę zrobiło hasło „Marsz Równości idzie dalej”, które wymyśliłyśmy z Martą Jermaczek po tych feralnych wydarzeniach w Poznaniu w listopadzie ubiegłego roku. Przekonałyśmy też do tego hasła organizatorów późniejszych wieców solidarnościowych „Reanimacja demokracji - marsz równości idzie dalej”.



 

Jest to również tytuł filmu, który zrealizowała Ola Polisiewicz i który jest prezentowany na wystawie „Miłość i demokracja” w CSW Łaźnia w Gdańsku (do 10.09). Jest to już druga edycja wystawy, którą przygotował Paweł Leszkowicz. Dostałam właśnie świetnie wydany katalog z tej wystawy. Okazuje się, że w Polsce jest całkiem sporo dobrej sztuki, którą można uznać za twórczość queer. To ważna i potrzebna wystawa.


Estetyka łączy się z polityką, prywatne z politycznym, a Marsz Równości idzie dalej.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci