Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : Basia-Banda

Szczeniactwo

izakow2

Brzydkie określenie, ale uwaga, nie używam go w sensie negatywnym, a raczej chcę zwrócić uwagę na przewrotność i subwersywną siłę tego pojęcia. Długo się zastanawiałam, co mają ze sobą wspólnego obrazki Basi Bańdy, estetyka „Włatców móch”, rysunki i prace „Krechy” oraz The Krasnals. Już parę razy do tematu podchodziłam i dopiero dzisiaj przyszło mi do głowy to „szczeniactwo”.



Chodzi mi o to, że w tym wszystkim pojawia się coś w rodzaju dziecięcej estetyki, albo wręcz dziecięcej wulgarności. Swego rodzaju bazgrolizm, który znaleźć można na marginesach szkolnych zeszytów znudzonych uczniów. Z komentarzami, głupimi wierszykami, skreśleniami, itp. Ta estetyka odnosi się również do wulgarnych rysunków i napisów w szkolnych ubikacjach, oznaczających niekiedy pierwsze zetknięcie z otoczonym tajemnicą seksem. Kto jest w tym lepszy, kto bardziej wulgarny, ten wygrywa. To także coś w rodzaju szczeniackiego wybryku, ekscesu. Dzieciaki pozbawione władzy, uziemione w szkolnym rygorze, w jakiś sposób próbują sobie odbić swoje zrepresjonowanie.



Sama w szkole podstawowej rysowałam z koleżanką scenki przedstawiające naszego wychowawcę (straszny był z niego prymityw i zaglądał w dekolt mojej koleżance, która była bardziej rozwinięta niż ja). Nie były to niewinne scenki. Rysowałyśmy, jak całuje się czy chadza do łóżka ze swoją żoną (on był wielki, ona malutka, co dawało nam pole do popisu). Pech chciał, że pewnego dnia te rysunki wpadły mu w ręce. Od tej pory strasznie nas nienawidził, a mi kazał iść do szkoły zawodowej, bo, według niego, tylko na to było mnie stać. Strasznie wkurzyło to moją matkę. A może on chciał ustrzec innych nauczycieli przed moimi następnymi wyskokami, jak choćby topienie dziennika w szkolnym kiblu w liceum? Boże! Sama jestem nauczycielką i uważam, że tego rodzaju działania zasługują na potępienie. Chodzi mi jednak o to, że takie szczeniackie wybryki są czymś w rodzaju wyrwania się z sytuacji „bezwolności”, są próbą przejęcia kontroli nad tym, nad czym i tak tej kontroli mieć nie można. Dają jednak poczucie wolności i sprawstwa.

 



 

Szkoła to dziwna instytucja, to właśnie z jej represyjnym charakterem zmagają się chłopcy z „Włatców móch” Bartka Kędzierskiego (ci chłopcy to bardziej autorzy serialu, niż sam Czesio i jego koledzy. Piotr Bernatowicz zwrócił mi uwagę, że chodzi tam raczej o szkołę z lat 70., która nie ukrywajmy, była czymś w rodzaju totalitarnej instytucji).



Pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałam o tym filmie. Siedzieliśmy w jakiejś knajpie ze Zbigniewem Liberą, Darkiem Foksem i Edziem Pasewiczem, gdy w pewnym momencie Foks i Pasewicz zaczęli przerzucać się cytatami z Czesia. My z Liberą mogliśmy tylko wysyłać sobie zadziwione spojrzenia, bo wszystko wskazywało na to, że nagle tym dwóm zupełnie odbiło. Po jakimś czasie zaczęłam oglądać serial i nie ukrywam, że bawiłam się wyśmienicie, choć wulgarny język drugoklasistów niekiedy szokował. Znudziło mi się po obejrzeniu filmu pełnometrażowego, na który zaciągnęłam swojego syna.

 



 

Ale zafrapowała mnie też kreska, którą ten film jest zrobiony, właśnie taka szkolna, koślawa estetyka. Powrót do dziecięcego bazgrolizmu, może właśnie po to, aby sobie coś „odbić”. Stąd biorą się świństwa, obrzydlistwa i wulgaryzmy. Zastanawiałam się też, na ile wrocławscy twórcy filmu sięgają do estetyki wrocławskiego magistra – Janka Kozy.

 

Ale z drugiej strony, mam wrażenie, że mamy do czynienia z jakąś szersza tendencją zwrotu ku dziecięcej estetyce z marginesów zeszytów szkolnych. Pojawia się tak naprawdę na różnych obszarach i w różnych kontekstach. U artystów bardziej oficjalnych i uznanych, jak Basia Bańda, u niektórych młodych, jak np. Piotr Bosacki czy Mariusz Tarkawian, chociaż ten ostatni to akurat nie zawsze gryzmoli i lubi historię sztuki:

 





To rysunki ścienne na korytarzu starego szpitala w Lublinie, 2007, Więcej

Może zresztą Tarkawian do tego przeglądu do końca nie pasuje, bo nie obrzydza i nie zohydza. Raczej rejestruje.


Basia natomiast eksploruje przede wszystkim seksualność i jej ciemne strony, Bosacki zaś ukazuje pasożyty, flegmiaki i żyjątka mieszkające w rurach kanalizacyjnych, („Dobranocka”, ), pojawiają się też u niego kostuchy i inne dziwne rzeczy. Bo dzieci często fascynują się tym, co obrzydliwe, jakby badały granice, jakby chciały dotknąć rzeczywistości.





 

Basia Bańda swój bazgrolizm łączy z podziwem dla różu Marii Pinińskiej-Bereś.

 




Mimo, że jej obrazki wydają się tylko dziewczyńskimi, niewinnymi opowieściami, pełno w nich bezeceństw, wulgaryzmów, cipek i penisów (tych ostatnich chyba zdecydowanie więcej).

 




Basia też gryzmoli, pisze, skreśla:

 





 

Ta praca z 2004 roku ma tytuł "Chuj z kąpielą", ale w na obrazie napis głosi: "Chuj z kąpielom" (ale czesiowy język!).


Basia jest traktowana z przymrużeniem oka, wzbudza kontrowersje, bywa wyśmiewana.



Ale, żeby było śmiesznie, uważam, że nawet ci, którzy wyśmiewają się z Bańdy, mają z nią coś wspólnego. Obawiam się, że doprowadzę niektórych znajomych do palpitacji serca, ale myślę o The Krasnals.

 



 

Oczywiście, tu nic nie jest różowe, no może z wyjątkiem przedstawionej złośliwie Bańdy ("Blachara"). A jeśli mówić o fascynacjach, to raczej Danem Perjovschim.
To Perjovschi:

 





 

The Krasnals:




 

A na czas kryzysu, jeśli się nie mylę, Krasnale dali po prostu obrazki Perjovshiego:

 



 

U The Krasnals ze szczeniackim ekscesem mamy do czynienia na całego. Jak kogoś nie lubią, to go przedstawiają w różnych wulgarnych scenkach (nie będę ich dawać, bo oskarżacie mnie o stronniczość). Mówią o przemocy symbolicznej, która ma miejsce w polskim polu sztuki. I jak te opisane przeze mnie dzieciaki, próbują się odegrać na silniejszych, robiąc im różne „kuku”. Mam dość ambiwalentny stosunek do wulgarności w ich pracach, bo z jednej strony łatwo kogoś w ten sposób po prostu skrzywdzić, ale z drugiej – rozumiem tę potrzebę odegrania się (niestety, ale w tych różnych okropnych scenkach jest po prostu wiele prawdy). Mam jednak też wrażenie, że to im samym trochę szkodzi.. Trudno takiego bezczelnego dzieciaka traktować poważnie, raczej wysyła się go do zawodówki, a może i nawet do szkoły specjalnej. Nikt go i tak nie chce słuchać. Ale może im wcale nie zależy na poważnym traktowaniu?

 


Jeszcze z innej strony patrząc, te wulgaryzmu mają wywoływać emocje, bo dzieci nie wstydzą się okazywania emocji i mówienia wprost. Może chodzi więc o to, aby nad przeintelektualizowany dyskurs o sztuce postawić dyskurs emocji?
Poza tym również tu mamy do czynienia z gryzmołami, szkicowością, parodiowaniem, no i cipek i penisów również tu dużo, w dodatku często o monstrualnych rozmiarach.

 


 


 (Conan Barbarzyńca)

 


(Dzieci rewolucji)


„Pionierka według Rodchenko / Droga od ikony do fotografii jest długa”


Jest jeszcze opisywana już przeze mnie Krecha  Tu znowu pełno jest bazgrolizmu, całe pismo przypomina trochę pogryzmolony szkolny zeszyt, pojawiają się kreski, kleksy, na marginesach – powstają całe scenki.


 

Chłopakom chodzi o utrwalanie artystycznego nieładu. Szkolne ekscesy? Proszę bardzo, można wysłać komuś kopertę z wąglikiem...


Jest w tym wszystkim jednak coś niepokojącego. Nie tak dawno temu postawiono diagnozę, że ludzie nie chcą być dorośli, że wciąż starają się zatrzymać na etapie bycia młodzieżą. Granica wiekowa dla młodzieży znacznie się przesunęła, sięga może nawet 50... Ale dzisiaj ta diagnoza wydaje się nieaktualna. Sądząc po przedstawionych przeze mnie przykładach, raczej chodzi o to, aby pozostać na etapie dzieciństwa. Być beztroskim, bezkarnym (z tym wiąże się częsta anonimowość, o której pisałam w poprzednim wpisie) dzieciakiem, płatać figle, robić „kuku” i wciąż odgrywać się na „dorosłych” (tu: silnych w polu sztuki).


Dziecięctwo, szczeniactwo, przedszkole artystycznej demokracji??? - czy faktycznie z czymś takim mamy do czynienia?


Czasami zdarza się też, że dzieci są martwe, jak Czesio z „Włatców Móch”...


 

Jest więc jeszcze drugi aspekt tej sprawy – taki, że tak powiem truposzowaty, ale o tym w następnym wpisie.


P.S. Akurat Tomek Kozak napisał dzisiaj w komentarzu: „W ogóle cały ten oddolny, kłębiący się u podstaw ruch frustracyjno-kontestacyjny wydaje mi się ważnym i ciekawym zjawiskiem. Powstają oczywiście pytania, jak ten ruch opisywać, przy pomocy, jakich kryteriów oceniać, a wreszcie - jak go wykorzystać w konstruktywnych celach... Czy możliwy jest dialog między tym oficjalnym, zakompleksionym, zaściankowym, cholernie spastycznym światkiem artystycznego establishementu, a równie zaściankowym, resentymentalnym światem "wykluczonych/odrzuconych"? To nie są pytania retoryczne - warto próbować na nie odpowiadać, choć o jednoznaczne odpowiedzi będzie chyba ciężko... I czy w ogóle są jakieś platformy dialogu? (albo wspólny język?)”.


Trochę to rozwala moją koncepcję, albo też jest inaczej niż pisze Tomek. Bo pod względem estetycznym (szczeniactwo czy też bazgrolizm) ten podział na establishment a wykluczonych/odrzuconych nie rysuje się wcale tak prosto.


Zresztą nie łudźmy się, nie chodzi przecież tylko o „odbicie sobie czegoś”, ale o to, aby w tym establishmencie się znaleźć...Czyż tak nie jest?

 

P.S.2 entombed podrzucił jeszcze komiks "Wilq. Superbohater" Bartosza i Tomasza Minkiewiczów (Dzięki, bo na komiksie to ja się nie znam!), również przypominający dziecięce bazgroły, używający dość wyrafinowanego, tudzież wulgarnego języka. Jego bohater to raczej anty-bohater, skwaszony buc z Opola. Pojawiają się tam również muchy (np. na pisankach), zaś niektóre postacie przypominają Żwirka i Muchomorka. Ciekawa mieszanka.

 





Znaczenie Wróblewskiego

izakow2

Ciekawa wystawa zapowiada się w poznańskiej Galerii Pies (16 – 19 października). Artyści (Basia Bańda, Tymek Borowski, Michał Frydrych, Łukasz Jastrubczak, Janusz Łukowicz, Szymon Kobylarz, Tomasz Kowalski, Paweł Książek, Konrad Pustoła, Mariusz Tarkawian, Paweł Śliwiński, Honza Zamojski, Karolina Zdunek, Ireneusz Zjeżdżałka) w różny sposób odniosą się do postaci Andrzeja Wróblewskiego i jego sztuki. Tytuł wystawy to właśnie „Tribute to Andrzej Wróblewski”.


Warto pokazać tu fotografię Basi Bańdy „bez tytułu (Wróblewski)”, którą dołączono do materiałów prasowych (jakże zresztą inną od dotychczasowej, znanej wszystkim sztuki Basi).



 

Ja akurat w czwartek mam wykład o Wróblewskim, przygotowując go zastanawiałam się nad fenomenem tego artysty. Niezwykły człowiek, skażony wojną i śmiercią ojca (zmarł na atak serca podczas rewizji ich mieszkania), chłonny wiedzy (był również historykiem sztuki i krytykiem), odczuwający dotkliwie syndrom wyczerpania, zmarł tragicznie w ukochanych Tatrach, nie ukończywszy nawet 30 lat.

 

Pod koniec życia pisał: „Już w szkole byłem przeciwnikiem rzeczy wesołych i łatwych. Zdawało mi się jednak, że to właśnie stanowi o mojej wartości. Omyłka. Żyłem przeciw życiu zużywając nagromadzony kapitał rodzinnej życzliwości. Nie mam już nic do powiedzenia, przebaczcie proszę, rzecz nie da się odrobić. Proszę o zwolnienie mnie z obowiązków życia” (1955/56).

 

Jak na tak krótkie życie pozostawił po sobie niezwykle dużo, różnorodnych obrazów i grafik, z których najbardziej znane pochodzą z cyklów „Rozstrzelania” i „Ukrzesłowienia”.

 

Namierzyłam jeden z wcześniejszych obrazów zatytułowany „Obraz na temat okropności wojennych (Ryby bez głów)”, 1948.

 


To jest niby zwyczajna martwa natura, jednakże porozrzucane w dziwnym układzie martwe ryby w zestawieniu z tytułem, przyprawiają o dreszcz. Stają się metaforą śmierci, egzekucji, czasu, w którym życie ludzkie nie miało żadnej wagi. Porażający jest też ten układ, bo martwe ryby zbite na lewej części obrazu wyglądają tak, jakby jeszcze próbowały chronić się wzajemnie przed nożem, może uciec, schować się przed swym oprawcą

 

Znalazłam jeszcze jedną mniej znaną grafikę. To „Muzeum” z 1956 roku.




Dorota Jarecka w bardzo ciekawym tekście o Wróblewskim tak napisała o tym obrazie: “dwaj panowie, gruby i chudy, zapewne historycy sztuki, stoją zafrasowani nad wielkim stołem. Na nim rozrzucone członki ludzkie: ręce, nogi, tułów o kulach i głowa w okularach. Czy ostatnia wizja z cyklu "Rozstrzelań" byłaby karykaturą? Śmiechem z własnej sztuki, własnego patosu, własnego bezsensownego cierpienia?”.

 

A ja się zastanawiam, czy nie jest to znowu raczej metafora odczłowieczenia, oto ofiara wojny, martwy człowiek, a właściwie jego szczątki, fragmenty, staje się przede wszystkim przedmiotem oglądu, analizy i naukowych dysput. Cała nasza kultura czyni ze śmierci widowisko, pożywia się niejako śmiercią. Może więc kolejne przedstawienie symbolicznego kanibalizmu?

 

O Wróblewskim można by jeszcze długo.. Nie będę pisać, bo studenci przeczytają i nie przyjdą na wykład ;-) Uważam też za niezwykle ważne zastanowienie się nad jego rolą dla sztuki współczesnej. Jarecka we wspomnianym artykule dowodzi, że to właśnie u niego pojawiło się obrazowanie banalnego zła, co charakterystyczne stało się choćby dla sztuki krytycznej. Oddziaływanie sztuki Wróblewskiego odnajdziemy zarówno u artystów starszego pokolenia, jak Jarosław Modzelewski i Marek Sobczyk, jak i u młodszych, u twórców z byłej grupy Ładnie, u Wilhelma Sasnala.

 

W wystawie w galerii Pies biorą udział zupełnie inni artyści. Myślę, że twórcy wystawy (Galeria oraz blog ArtBazaar) wskazują na bardzo ciekawy i ważny problem. Trzymam więc kciuki za wystawę!

Lękowe stany kobiet

izakow2

Temu poświęcony jest nowy numer „artmixa” - lękom ukazywanym w sztuce. Temat – trochę na przekór. Ten numer mógłby być zatytułowany również: „Czego mogą bać się kobiety?”, albo wręcz: „Czego boją się kobiety?”. Chodzi o to, jak rozmaite lęki, fobie, psychofizyczne przypadłości odzwierciedlają społeczne relacje, które definiują kobiety jako „Inne”.


Mógłby być więc również taki tytuł: „problemy z dopasowaniem się”, lub wręcz: „Wciąż niedopasowane”.


Zabawne jest to, że sama mam mieszane uczucia dotyczące tego, żeby w ten sposób przedstawiać kobiety (zresztą samo sformułowanie „kobiety” – jako zbyt ogólne pojęcie, brzmi fatalnie). Obawiam się, że trochę to zalatuje esencjonalizmem, wiktymizacją kobiet, potwierdzaniem jakichś opisywanych kulturowo słabości.


Ale z drugiej strony, ten temat wydaje się fascynujący ze względu na niezwykle ciekawą twórczość, która ukazuje te rozmaite obszary paniczne, lęki, strachy, chęć zniknięcia. A zarazem ta sztuka dokonuje przepracowania tych lęków, wskazuje na narzucane przez kulturę ramy kobiecości, gdzie wychylenie się poza te ramy definiowane jest jako "szaleństwo".


Było tu również kilka inspiracji – niezwykle ciekawa konferencja o histerii zorganizowana parę lat temu przez Joannę Turowicz. Należą jej się podziękowania za zgodę na publikację kilku tekstów z tej konferencji. Jak również Ewie Toniak, że przypominała ten temat. Autorkom – za teksty. Artystkom – za inspiracje. Edycie – za redakcję (korektę ;-) Genialnej Oli Polisiewicz – za skład.


Cudnie, że ukazał się ten numer. O żadnym znikaniu nie może być tu mowy!


A może kiedyś uda się zebrać teksty do numeru o stanach lękowych mężczyzn. Mam podejrzenie, że te lęki mogą być jeszcze większe, tyle, że oni bardziej boją się do tego przyznać ;-)


A to spis treści:


Iza Kowalczyk, Agorafobia, arachnofobia i inne lęki. Metafory zamknięcia i ograniczenia w sztuce kobiet



Bogna Burska, Arachne, instalacja, 2003


Agata Araszkiewicz, Ekstatyczki, misteryczki i inne święte


Anna Baumgart, Ekstatyczki, histeryczki i inne święte, 2004, kadr z filmu

 

Agata Jakubowska, Szalona narzeczona


Gabriela Dragun, Dorosnąć i zniknąć, a może pozostać dziewczynką na zawsze? Dylematy bohaterek współczesnej prozy


Marianna Michałowska, Znikanie (Vera von Lehndorff w fotografiach Holgera Trülzscha)


Beata Jurkiewicz, Różowe potwory Basi Bańdy


Barbara Bańda, Sio potwory, 2005


Hafty, koronki, kwiatki..

izakow2

11 listopada w Wolnej Pracowni PGR_ART - Kolonii Artystów na terenie gdańskiej stoczni zostanie otwarta wystawa „Hafty, koronki, kwiatki” z udziałem Magdaleny Samborskiej, Małgorzaty Markiewicz, Barbary Bańdy i Małgorzaty Niespodziewanej.


 


Barbara Bańda, Wabiki na całusy


Tendencja, którą prezentują te artystki kojarzy mi się z postfeminizmem i robieniem czegoś na przekór. Grzeczne dziewczynki, które haftują, wyszywają, szydełkują... Nie, wcale nie chcę być złośliwa. Sama nie umiem wykonywać żadnej z tych czynności, więc może im zazdroszczę. Ale postfeminizm to nie tylko zabawa, ale również przewrotność, ukryta drapieżność, zaprzeczenie konwencjom (również tym feministycznym).



Małgorzata Markiewicz, Pajęczyna


Kryją się w tych pracach inspiracje sztuką Marii Pinińskiej-Bereś – nieżyjącej już artystki od Różu (przez duże R!), ale też chęć zerwania z powagą i ciężkością sztuki. Bo sztuka powinna być przyjemna, lekka i zabawna (zastanawia mnie co prawda komu bardziej odpowiada taki „lans” - czy artyst(k)om, czy też raczej marszandom, a może publicystom i adwersarzom sztuki?).



Magdalena Samborska, Zaprzęg gorsetów


Ale wcale nie wszystko jest w tych pracach takie „różowe”: gorsety, jako symbol zniewolenia ciała (u Samborskiej), ukryta erotyka (Markiewicz), a nawet sceny z jakichś seksualnych koszmarów – jak u Basi Bańdy.




Basia Bańda, Wabiki na całusy


Ta sztuka może wydawać się trywialna, do bólu kiczowata, ale może też przerażać, zmuszać do zastanowienia (bo np. na przykład dlaczego w XXI wieku artystki posługują się tak tradycyjnymi – wręcz anachronicznymi technikami?).


No i odwołuje się do Arachne, mitycznej prządki... W każdym razie jest to zjawisko warte uwagi.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci