Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : turystyka-kulturowa

Śmierć oraz trwałość życia na zdjęciach Magdy Hueckel

izakow2

 

W poznańskiej galerii Piekary prezentowana jest poruszająca wystawa fotografii Magdy Hueckel pt. „Anima” . Pokazywane są fotografie, które powstały w latach 2003 – 2013 podczas podróży Magdy oraz Tomka Śliwińskiego do Afryki. Zdjęciom towarzyszy reprodukcja dziecięcego rysunku na ścianie.


 


 

Nie są to zdjęcia barwnej Afryki, jakie znamy z „National Geographic”, nie są to piękne krajobrazy ukazujące egzotyczną faunę i florę. To raczej dokumentacja rozkładu, śmierci wpisanej w życie, to również odkrywanie magicznych praktyk, w których śmierć jest nieodłącznie spleciona z życiem. Na zdjęciach pojawiają się więc uschnięte rośliny, martwe zwierzęta znalezione zarówno na otwartych przestrzeniach, jak i na targach z jedzeniem, targach fetyszy oraz w świątyniach. Sfotografowane zostały między innymi totemy, fragmenty świątyń i Domów Przodków, martwe zwierzęta jako akcesoria magiczne służące uzdrowicielom i wróżbitom kontaktującym się z bóstwami.


 


RPA, Durban 2010 

 

 

Benin, Cotonou, Targ fetyszy, 2013

 

 Benin,  Cotonou, Targ fetyszy, 2013

 

Benin, Cotonou, Targ fetyszy 2013 

 

 

Tytuł „Anima” odnosi się więc nie tyle do duszy pojedynczego człowieka, ale do duchów związanych z siłą trwania, duchów łączących ludzi z naturą, do siły życia, którego śmierć jest nieodłącznym elementem, a nie czymś, co znajduje się poza życiem, jak traktujemy ją w naszej kulturze.

 

„Animę” można więc rozumieć jako siłę witalności, popęd życia oraz trwałość.

 

 

Benin, Cotonou, Targ fetyszy, 2013

 


Tanzania, okolice Arushy, 2009

 

 

W podobnym kontekście o trwałości życia pisze Rosi Braidotti wskazując na osadzenie podmiotu w korporalnej materialności. Dla proponowanej przez nią etyki trwałości kluczowe jest pojęcie „życia” jako siły witalnej charakterystycznej zarówno dla bytów ludzkich jak i nieludzkich (takich jak ziemia, zwierzęta i rośliny). To również poszukiwanie więzi i „wchodzenie w relacje z innymi siłami, bytami, istotami, falami intensywności”. Śmierć nie jest tu żadnym końcem, ani wyłomem, jest naturalnym elementem życia. Tyle tylko, że życie nie jest tu traktowane jako coś przypisanego jednostkom, ale jako Zoe – bezosobowa czy raczej aosobowa siła. I dlatego: „Śmierć nie jest porażką czy wyrazem strukturalnej słabości w sercu życia, ale integralną częścią jego produktywnych cykli”. Te cykle świadczą o trwałym witalizmie, o życiu jako czymś, czego jesteśmy tylko częścią. To właśnie tę życiową witalność (można by ją określić właśnie jako Animę) powinniśmy afirmować i mam wrażenie, że taką afirmacją są też fotografie Magdy Hueckel.


 

Algieria, Timimoun, Targ, 2010

 

Benin, Cotonou, Targ fetyszy, 2013

 

Tanzania, okolice Arushy, 2009


 

Te zdjęcia mówią właśnie o trwałości, o przemijaniu i odradzaniu się, o martwej materii, która służy życiu. Niezwykle istotne wydaje się uzmysłowienie sobie, że jesteśmy częścią tej materii. Braidotti powiada: „Rozumienie siebie jako części natury oznacza dla podmiotu postrzeganie siebie jako wiecznego, to znaczy zarazem podatnego na zranienie i ulotnego. Zakłada to jednak również uwzględnienie wymiaru czasowego: to, czym jesteśmy, zależy od rzeczy, które istniały przed nami i od tych, które będą istnieć, gdy nas nie będzie”. Autorka określa tę postawę filozoficznym nomadyzmem, co zresztą też bardzo mocno współgra z podróżniczymi poszukiwaniami siły życia prowadzonymi przez Magdę Hueckel.


 

RPA, Coffee Bay, Pogrzeb konia, 2010

 


Senegal, Dakar, Targ rybny, 2012

 

 

Kiedy oglądałam te zdjęcia, miałam wrażenie, że brakuje na nich obrazów ludzkiej śmierci, dlatego zapytałam Magdę, czy była w Rwandzie i czy zetknęła się z masowymi grobami ofiar konfliktu między Tutsi i Hutu, grobami, w których ciała zmumifikowały się, przez co wyglądają podobnie do niektórych ciał zwierząt uwiecznionych na tych zdjęciach. Magda była oczywiście w Rwandzie, wysłała mi później zdjęcia tych grobów, ale jednak stwierdziła, że jest to już inna historia...

 

Korzystałam z tekstu Rosi Braidotti, „Etyka stawania-się-niewykrywalnym” („Teorie wywrotowe”, Poznań 2012).


Wystawę Magdy Hueckel można oglądać w Galerii Piekary (która od niedawna mieści się na Dziedzińcu Różanym poznańskiego Zamku) do 20 września. Bardzo polecam!


Magia Wenecji i praca Konrada Smoleńskiego

izakow2

Biennale w Wenecji to wielki spektakl, ale przecież sama Wenecja jest spektakularna, tajemnicza, potężna. Jest ona jednym totalnym dziełem sztuki. Dlatego też postanowiłam przyjrzeć się kilku wybranym pracom w kontekście tego miasta. Część z nich to rzeczywiście prace site-specific, inne, choć nie mają z Wenecją wiele wspólnego, mogą prowokować do odczytań odnoszących się do tego magicznego miejsca.  

 


Choć rzeźba niepełnosprawnej ciężarnej artystki Allison Lapper Marca Quinna to dobrze znana praca, która w latach 2005 – 2007 prezentowana była na londyńskim Trafalgar Square, zaś w ubiegłym roku jej powiększona reprodukcja stała się symbolem uroczystości otwierających paraolimpiadę, to jej nowa odsłona na Weneckim Biennale prezentuje się okazale. Ogromnych rozmiarów rzeźba stanęła na tle wyspy i kościoła San Giorgio Maggiore. Inna, piękna i wyniosła Allison Lapper jest jak Wenecja, która na przekór wszystkiemu celebruje życie, zaś spełnienie znajduje w twórczości.

 

Wenecja to miasto zbudowane na wodzie, stolica Republiki Weneckiej, w średniowieczu i na początku nowożytności gospodarcza potęga, port, z którego wypływały statki prowadzące handel ze Wschodem, a także gdzie swój początek miały wyprawy geograficzne (w XIII wieku Marco Polo wyruszył stąd do Chin), miasto ekspansji i zrabowanych dzieł sztuki. Jak pisze Nicolas Jubber w powieści podróżniczej „Tajemnice Prezbitera. Śladami papieskiego emisariusza z Wenecji do Etiopii” jest to miasto kultu religijnego św. Marka, miasto ostentacji, gdzie w centralnej Bazylice św. Marka niewiele jest jednak rzeczy weneckich. „To, co nie pochodzi z Konstantynopola, przywieziono tu z Ziemi Świętej, Egiptu, Syrii czy wysp greckich…” Autor odkrywający ślady średniowiecznej legendy Prezbitera Jana pyta: „Czego można się spodziewać po mieście, w którym nawet patron jest kradziony? Rzeczy są tylko rzeczami, ale Wenecja to jedna wielka jaskinia złodziei, wypełniona przedmiotami należącymi do innych ludzi”.  Owego rabunku dokonywała wenecka flota, zaś jej przypomnieniem na Biennale jest wypływający z Arsenału stateczek, na którym orkiestra gra melancholijną melodię.

 


 fot. Ewa Łowżył

 

Wenecja miała monopol na handel tkaninami, produkowano tu również wspaniałe tkaniny, o czym przypomina Pawilon Wenecki poświęcony tekstyliom, zetknięciu świata Zachodu i Wschodu, bogactwu i swego rodzaju dekadencji.

 

 

 

AES_F, Last Riot

 

Również kolejna edycja wystawy Glasstress „White Light/White Heat” w Palazzo Cavalli Franchetti przywołuje magię weneckiego szkła i weneckich legend. To wszystko prowokuje do pytań, na ile owa imperialna przeszłość Wenecji kontynuowana jest współcześnie przez biennale sztuki, architektury czy festiwal filmowy, które odbywają się w tym mieście. Bo przecież biennale to również świat artystycznych hierarchii, a ponadto anachroniczne już myślenie o sztuce w kategoriach narodowych. Wciąż bowiem głównym punktem Biennale są pawilony narodowe, z których główne – przede wszystkim europejskie, ale też amerykański, znajdują się w Ogrodach Giardini. Większość z nich wybudowana w klasycyzującym stylu miała symbolizować potęgę poszczególnych krajów.

 

Do tej kwestii odnosi się praca Alfredo Jaara „Venezia, Venezia” w Pawilonie Chile (który, trzeba dodać, należy do nowszych pawilonów i mieści się na terenie Arsenału). 

 


 

To instalacja, w której pawilony w ogrodach Giardini, wyłaniają się spod tafli wody, aby za chwilę znowu pod nią zniknąć. Przypominają zatopioną Atlantydę, ale wydaje się, że artysta chce nas zmusić do postawienia pytań, o to czy europocentryzm widoczny w świecie sztuki ma szansę zniknąć, jak zatopione Giardini, czy raczej jest tak, że wciąż powraca, obnosząc się ze swą potęgą.

 

Ta praca jest niezwykle widmowa, podobnie zresztą jak praca Pawła Althamera prezentowana na opisywanej już przeze mnie wystawie „Il Palazzo Enciclopedico”, ukazująca tłum polietylenowych figur Wenecjan, którzy ukazani są jako postacie – szkielety z opracowanymi całościowo twarzami.

 

 

Artysta wskazuje, że jest to współczesny portret mieszkańców, a także kieruje naszą uwagę na ulotność ciała. Ja jednak mam wrażenie, że te postacie to widma przeszłości, ci, którzy współtworzyli jej świetność, którzy dla niej ginęli, zwyczajni ludzie, o których nikt już nie chce pamiętać. Mogliby być również mieszkańcami podwodnego świata, topielcami, żywymi trupami, marami Wenecji.

 

 

Bo Wenecja to również miasto duchów i zjaw, miasto, które ze względu na klaustrofobiczne uliczki ma w sobie coś z atmosfery horroru, co genialnie zostało wykorzystane w filmie „Nie oglądaj się teraz” Nicolasa Roega z 1973 roku ze znakomitą rolą Donalda Sutherlanda jako Johna Baxtera błądzącego po wąskich uliczkach Wenecji w poszukiwaniu ducha swojej utopionej córki.

 

Po Wenecji się błądzi, trzeba nauczyć się innego rodzaju orientacji, wyzbyć się przyzwyczajeń z chodzeniem na skróty. Ja przedostając się od strony mostu Rialto do Academii, w okolicach, której znajduje się następne skupisko pawilonów i wystaw towarzyszących, musiałam przejść przez zatłoczony Plac św. Marka, nie udało mi się znaleźć tam jednego z pawilonów, za to trafiłam na wystawę „Beware of the Wholy Whore: Edvard Munch, Lene Berg and Dilemma of Emancypation”, gdzie rysunki Muncha z okresu jego załamania nerwowego robiły ogromne wrażenie. W końcu stanęłam na Placu zahipnotyzowana dźwiękiem dzwonów bijących na dzwonnicy św. Marka, będącej najwyższym weneckim budynkiem. Dźwięk był ogłuszający, widziałam ludzi, którzy byli akurat na dzwonnicy i nie wyobrażałam sobie, że można to dudnienie wytrzymać. Tym samym praca Konrada Smoleńskiego, od której prawdę mówiąc zaczęłam zwiedzanie Biennale, a którą w opisie – zostawiłam sobie na deser, stała się dla mnie pracą o Wenecji.

 


 „Everything Was Forever, Until It Was No More” – bo taki jest tytuł pracy Smoleńskiego, to wizualno-dźwiękowa instalacja z umieszczonymi w centrum dwoma spiżowymi dzwonami wykonanymi w Odlewni Dzwonów Braci Kruszewskich. Po bokach zaś znajdują się szerokopasmowe głośniki, gdyż dźwięk z dzwonów nie jest odgrywany tradycyjnie – unplugged, ale przez wzmacniacze. Dzwony wydają się jednak bardzo stare, surowe, a ponadto ciężkie i takie są w istocie – jeden z nich waży 420 kg, a drugi – 350. Praca interpretowana była już zanim się pojawiła na Biennale. Ze względu na zbieżność nazwiska artysty z miejscem katastrofy samolotu prezydenckiego – mówiono o niej jako o podzwonnym dla Smoleńska. Inni wskazywali na podzwonne dla komunizmu, o czym świadczyć mógłby tytuł pracy będący cytatem z książki Alexeia Yurchaka „Everything Was Forever, Until It Was No More. The Last Soviet Generation”.

 

podczas otwarcia

 

Ale dzwony w naszej historii to również słynny dzwon Zygmunta. W tym kontekście praca Smoleńskiego kojarzyć się mogą z polską historią czy raczej historiografią, z jej uwielbieniem dla momentów wyjątkowych, tragicznych, tych wszystkich, którym towarzyszyło bicie dzwonów. Z drugiej strony instalacja ta wpisuje się w zauważalny we współczesnej sztuce odwrót od wizualności, o którym pisałam już przy okazji ostatnich Documenta w Kassel.


Szczególnie efektowne wydają się właśnie instalacje dźwiękowe, choć zarazem są one niesamowicie inwazyjne, wręcz przemocowe, jak w przypadku pracy Janet Cardiff i George’a Burresa Millera w Kassel, instalacji Smoleńskiego czy przejmującej pracy Zsolta Asztalosa „Fired but Unexploded” prezentowanej również na obecnym Biennale w pawilonie węgierskim. Tutaj autor starał się odtworzyć dźwięki sprzed wybuchu różnych bomb.


Przed wyjazdem do Wenecji rozmawiałam o pracy Smoleńskiego z Ewą Majewską, wskazując, że skojarzenia ze Smoleńskiem nie mają sensu, że chodzi przecież o dowartościowanie dźwięku, o jego fizyczne odczucie (faktycznie tak jest, bo dźwięk dzwonów rezonuje niezwykle silnie w ciałach słuchaczy), że chodzi również o odwrót od wzrokocentryzmu, łączonego z logocentryzmem, a wręcz z fallookulocentryzmem (ten dziwny termin ukuł Martin Jay, wskazując, że zmysł wzroku jest zarazem najbardziej męskim ze zmysłów). Ewa zauważyła jednak trzeźwo, że dźwięk jest bardziej przemocowy niż obrazy, bo przecież oczy można zamknąć i nie widzieć obrazu, który drażni, ale uszu nie zamkniemy, a nawet, jeśli spróbujemy je zatkać i tak dźwięk będzie słyszalny (wchodząc do pawilonu polskiego, można wziąć zatyczki do uszu, jednak na niewiele się one zdają). Każdy, kto słyszał głośne bicie dzwonów czy syreny alarmowe wie, że te dźwięki mogą wywoływać strach, kojarzą się z czymś niebezpiecznym, groźnym. Są zarazem dźwiękami, od których nie ma ucieczki (w przypadku pawilonu, można jednak po prostu z niego wyjść, choć ten dźwięk zarazem niezwykle silnie hipnotyzuje).

 

Jednak te wszystkie rozważania i dyskusje na temat polskiej historii czy odwrotu od wizualności, przestały mieć dla mnie większe znaczenie, gdy znalazłam się na Placu św. Marka ponownie zahipnotyzowana dźwiękiem dzwonów. W ten sposób praca Konrada Smoleńskiego stała się dla mnie podzwonnym dla Wenecji, jej potęgi, piękna, ostentacji, bogactwa, zrabowanych dzieł sztuki, widm i duchów, trawionych grzybem pałaców, chorego, wilgotnego powietrza oraz nachalnych i brudnych gołębi. Bo mimo wszystkiego, co wstrętne, powiedziałabym nawet – mimo jej abiektualności, Wenecja wciąż wzbudza zachwyt i osłupienie – takie, jak to, które odczuwa się słuchając dzwonów na Placu św. Marka.

 


 

Martwi jak żywi i żywi jak martwi

izakow2

W portugalskim Batalha znajduje się Klasztor Matki Boskiej Zwycięskiej (kon. XIV – XV w.).


 

Cała budowla wygląda jak wykonana z koronki, chociaż wszystkie elementy dekoracyjne wykute są w kamieniu.


Zafascynował mnie znajdujący się tam nagrobek króla Eduarda I i jego żony Eleonory Aragońskiej:


 

Kamienne figury zostały ukazane jako trzymające się za ręce, jakby uwieczniony we wzajemnym oddaniu. Ma ten nagrobek wiele wspólnego z przedstawieniami pięknej śmierci.


Zresztą jest w tym jakiś paradoks związany z continuum życia i śmierci. Zmarłych przedstawia się jak żywych, podczas, gdy często przedstawienia żywych mogą przypominać o śmierci i cielesnym rozkładzie.


Dostałam niedawno z poznańskiej Galerii Piekary katalog z niezwykłymi pracami Magdy Hueckel z cyklu „Autoportrety Obsesyjne”. Poruszające, ukazujące, że w ciało wpisana jest katastrofa. Ciemna, szara kolorystyka też przywołuje myśli o czymś martwym, o zimnym kamieniu (No tak, za metaforę śmierci uznano samą fotografię, a kamień?).






 

Można tu jeszcze dać przypis do kamiennych "Pasażerów" Diane Ducruet.

Portugalskie azulejos

izakow2

... czyli po prostu płytki ceramiczne - używane w Portugalii do ozdoby elewacji od XV wieku, zmieniające się w zależności od aktualnych stylów w sztuce, zaskakujące swą różnorodnością i fantazyjnością.






Lizbona - XVII w.




Ilustracja bajki La Fonaine'a "Człowiek i śmierć"






Dekoracja bramy wejściowej do miasta Obidos




Dom w Obidos ozdobiony azulejos








Zaułek w Sintrze




Trójwymiarowa iluzja w Sesimbrze




To również Sesimbra, ale styl raczej secesyjny




również secesja w Alcobaca




chyba w Setubal




To na pewno Setubal, ale niestety budynek wyglądał na przeznaczony do rozbiórki...




Porto - dekoracja katedry




Porto - piwnice z winem porto




domy w Porto ozdobione azulejos i.. praniem ;-)




również Porto, tu już wkrada się nowoczesność

Purim w Tel Avivie Pavla Wolberga

izakow2




Pavel Wolberg
, Purim in Tel Aviv, 2004


Dziękuję Rafałowi Jakubowiczowi za link do strony z fotografiami Wolberga. Piękne zdjęcia!


A czym jest Purim? Podaję za wiki:


Purim (פורים) - święto żydowskie, obchodzone 14 dnia miesiąca adar, obchodzone na pamiątkę uchronienie Żydów od zagłady w w perskim imperium Achmenidów za czasów panowania Artakserkesa I (wł. Kserksesa).


Święto ma charakter karnawałowy i obchodzi je się tak:


W tym dniu czytana jest w synagodze Księga Estery. Ilekroć pada słowo "Haman", zebrani hałasują, tupią, grzechoczą kołatkami. Po południu spożywa się posiłek świąteczny. Tradycyjnie spożywa się trójkątne słodkie bułeczki z makiem, zwane "uszami Hamana" (hamentaszen). Obowiązkiem religijnym jest w ten dzień pić alkohol aż do momentu, w którym nie można będzie rozróżnić wznoszonych okrzyków: "Niech będzie błogosławiony Mordechaj" i "Niech będzie przeklęty Haman". Święto Purim ma charakter karnawałowy i jest chętnie obchodzone także przez niereligijnych Żydów. Uczestnicy przebierają się w kostiumy, często mężczyźni w kobiece a kobiety w męskie. W tym dniu wielu religijnych Żydów popełnia ograniczone wykroczenia przeciwko prawu żydowskiemu. Zakładane są maski. Tradycyjnie dzieci chodzą od domu do domu i odgrywają przedstawienie Purim Spiel, oparte na historii Estery, natomiast studenci w satyryczny sposób objaśniają naukę żydowską. Obyczaj nakazuje spełniać w święto dobre uczynki, posyłać prezenty z pokarmów ubogim osobom.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci