Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : Cindy-Sherman

Amerykański sen/koszmar w Astrup Fearnley Museet

izakow2

Jednym z ciekawszych muzeów w Oslo jest Astrup Fearnley Museet for Modern Kunst


Ciekawe zresztą, że w tym kraju, w którym większość przedsiębiorstw, wraz z wytwórnią mleka, należy do państwa, jest miejsce na niezwykłe prywatne kolekcje.


Osobiście, jestem raczej sceptyczna, co do pozytywnego wpływu rynku sztuki na obraz sztuki współczesnej. Niemniej jednak, są kolekcje, które olśniewają. W Astrup Fearnley dominuje sztuka amerykańska, ale mam wrażenie, że pojawia się tu miejsce na autokrytykę, na dystans, na pokazanie dwuznaczności, które kryje ta twórczość.


Może to wrażenie zawdzięczam wystawie, którą akurat miałam okazję zobaczyć. Bo trzeba tu dodać, że Astrup Fearnley Museet nie ma stałej ekspozycji. Muzeum organizuje wystawy, częściowo ze swoich zbiorów, a częściowo zaprasza innych artystów, organizuje też przeglądy współczesnej sztuki norweskiej.


Ja trafiłam na dwie bardzo ciekawe wystawy. Pierwsza to ekspozycja mieszkającego we Francji Chińczyka Huanga Yong Pinga (o niej napiszę później), a druga to wystawa części prac z kolekcji Astrup Fearnley zatytułowana „More Than the World”.



 

Znalazły się tu między innymi prace Jeffa Koonsa, Richarda Pince’a, Cindy Sherman, Nan Goldin, Charlesa Raya, Roberta Gobera i innych. Zwieńczeniem wystawy jest słynny „Cremaster III” Mathew Barneya. Filmy pokazywane są w otoczeniu specyficznej scenografii nawiązującej do budowy i dekoracji Cristal Palace w Nowym Jorku.



Matthew Barney, Cremaster 3, 2002

 

Thierry de Duve napisał kiedyś, w odniesieniu do sztuki Andy’ego Warhola, że ten artysta urzeczywistnił amerykańskie marzenie do granic koszmaru i ukazał jego straszliwy impuls prowadzący do śmierci. W dużej mierze ta opinia pasuje do całej prezentowanej w Astrup Fearnley wystawy.



Cindy Sherman, Untitled Film Stills, # 43, 1979



Richard Prince, Spiritual America, 1983



Charles Ray, Male Mannequin, 1990


Ekspozycja prezentuje swoisty blichtr, kiczowatość, to wszystko, co wydaje się tak bardzo uwodzić i wzbudzać pożądanie. Chodzi o piękną powierzchnię, pod która jednak skrywa się koszmar, to, co przerażające, zepsute, potworne, jak na jednej z fotografii Cindy Sherman, ukazującej ledwo przykryte ziemią obrzydliwości.



Cindy Sherman, Untitled Film Stills, #167, 1985

 

Pożądanie wydaje się kierować w stronę zepsucia, piękno zamienia się w abject, a amerykański sen w koszmar, jak choćby w „Cremasterze” Barneya. Piękna powierzchnia i kryjące się pod nią potworności; ale także pożądanie i śmierć są tu nierozerwalnie związane w jedną budzącą dreszcz opowieść.



Nan Goldin, Greer and Robert in Bed, 1983



Maurizio Cattelan, Now, 2004



Andy Warhol, Big Electric Chair, 1967



Jeff Koons, Micheal Jackson and Bubbles, 1988


Warhol wykpiwał nabywców swoich „Krzeseł elektrycznych” mówiąc, że kupują je pod kolor swoich sypialni. Na tej wystawie różowe krzesło elektryczne zestawione jest z prezentowaną centralnie figurą Micheala Jacksona z małpką autorstwa Jeffa Koonsa, tuż obok wielka fotografia przedstawiająca byłą gwiazdę porno, byłą włoską deputowaną i byłą żonę Koonsa, Ciciolinę, w trakcie stosunku oralnego z artystą we własnej osobie, a obok jedne z nowszych prac Sherman ukazujące artystkę w przebraniu clownów. Oczywiście te też są przerażające, jeśli ktoś pamięta horrory z clownami (jak choćby „It”), tym bardziej te pozornie beztroskie, kolorowe postaci, mogą go niepokoić. No i clown to właśnie ta gra z powierzchnią, z maską, pod którą nigdy niewiadomo, co się kryje.



Cindy Sherman, Untitled # 420, (Dyptych), 2004



Richard Prince, Untitled (Cowboy), 1987



Richard Prince, Untitled (Cowboy), 1989


Nie zabrakło też odwołań do innych amerykańskich symboli, jak choćby cowboyów z reklam Marlborrow na fotografiach Richarda Prince’a oraz „Ptaków” Hitchcocka.



Peter Fischli & David Weiss, Krähe, 1986


Te zresztą pojawiają się w sali, która w jakimś sensie nawiązuje do życia amerykańskich przedmieść, do pozornie poukładanego, spokojnego bytowania amerykańskich housewives.


Cindy Sherman, Untitled Film Stills, # 10, 1978


Jakby artyści na tej wystawie pokazywali to, co kryje się pod podszewką, naświetlali to, co w zasadzie jest niewidoczne, lub tylko ledwo uchwytne.


Zdjęcia ze strony Muzeum, bo niestety na miejscu nie można fotografować.



Bruce Nauman, Run From Fear Fun From Rear, 1972

Sens powtarzania?

izakow2

Dostało się książce, którą wydałyśmy z Edytą Zierkiewicz „Kobiety, feminizm i media” (http://free.art.pl/artmix/10_2005_zap_fem.html ) w recenzji w czasopiśmie „Portret”. Za powtórzenia, za publikowanie wcześniejszych tekstów. Więc chyba dostało się nam słusznie, choć autorka recenzji trochę przesadziła, wypominając nam np. tekst Agnieszki Graff, który wcześniej zamieszczony był w „artmixie”. Tymczasem zamieszczony był właśnie jako promocja książki. Nieważne. Krytykę przyjmuję. Zajmowanie się w kółko tym samym mnie samą już zmęczyło i zniesmaczyło. Nie wspominając o tym, iż mam wrażenie, że sam feminizm doszedł chyba w Polsce do jakiejś ściany. W dyskursie krytycznym niewiele się dzieje, a kwestia wydawałoby się priorytetowa, a więc prawo do aborcji, jest coraz bardziej sprawą przegraną. Feministki zrobiły w Polsce dużo medialnego szumu (m.in. wizyta Langenorta, Manify), ale na politykę nie miało to żadnego przełożenia. Wręcz odwrotnie. Zamiast liberalizacji mamy do czynienia z zapowiedziami zaostrzenia prawa antyaborcyjnego. Sądzę, że potrzeba w Polsce ostrego tupnięcia w postaci protestów społecznych - takiego powtórzenia fali kontestacji z 1968 roku - ale na to przyjdzie czas...


Ale nie o tym chciałam pisać. Zastanawia mnie sam problem powtórzeń. My powtarzałyśmy same siebie (wiem, wiem, błąd, biję się w piersi i obiecuję poprawę). Tymczasem w sztukach plastycznych mamy do czynienia z powtórzeniami prac innych artystów czy powtórzeniami jakichś sytuacji. Katarzyna Kozyra w „Olimpii” powtórzyła „Olimpię” Maneta:



Katarzyna Kozyra, Olimpia, 1996



Edouard Manet, Olimpia, 1863


Tacita Dean powtórzyła „Łaźnię” Kozyry:


Tacita Deam, Gellert, 1998



Katarzyna Kozyra, Łaźnia, 1997


Artur Żmijewski powtórzył eksperyment profesora Zimbardo z symulacją więzienia, Aneta Grzeszykowska powtórzyła Cindy Sherman.


Na moim blogu, jak i na artbloxie (http://art.blox.pl/html) przy okazji przedstawienia ostatnich prac Grzeszykowskiej pojawiły się komentarze dość niepochlebne, no bo właściwie, po co ona to zrobiła i dlaczego? Nie mam na to żadnej odpowiedzi, nic jednak na to nie poradzę, że prace mi się po prostu podobają. (http://strasznasztuka.blox.pl/2006/09/Sherman-i-Grzeszykowska-symulacje-symulacji.html ).


Ale pytanie wydaje się ważne: po co powtarzać? Czy po to, żeby ukazać, że wszystko już było i że jesteśmy skazani na kopiowanie? Ale czy jest tak faktycznie? I czy dokładne powtórzenia/odtworzenie jest w ogóle możliwe?



Artur Żmijewski, Powtórzenie, 2005

 

Żmijewskiego „Powtórzenie” powtórzeniem tak naprawdę nie było. Grzeszykowska symulując prace Sherman, również wprowadziła drobne przesunięcia i sprowokowała inne pytania.


Jeśli Sherman pokazała, że może wcielić się w everywoman, Grzeszykowska postawiła pytanie, co w takim razie będzie, jeśli ona sama – Aneta Grzeszykowska wcieli się w Cindy Sherman? Czy też będzie everywoman czy będzie tylko kalką Cindy Sherman? A może Cindy Sherman – kobieta o tysiącu twarzy wcale nie stała się everywoman. Jej wcielanie się w niby-aktorki niby-filmów nie spowodowało, że zniknął rys indywidualny artystki. Wręcz przeciwnie. Ktoś napisał, że twarz Cindy Sherman jest obok twarzy Andy’ego Warhola najbardziej znaną twarzą w sztuce XX wieku.



Aneta Grzeszykowska, Untitled Film Stills, 2006



Cindy Sherman, Untitled Film Still #12, 1978


Ale może chodzi o „władzę centrum”. Kopiuje się zwykle to, co znajduje się w tzw. mainstreamie, naśladowane są prądy, tendencje, które powstają w miejscu, które uchodzi za centrum (a więc jest opiniotwórcze, wpływowe, jest punktem odniesienia).


Największym plagiatorem w sztuce polskiej był chyba Kantor, ale przecież wszyscy wiedzą, że Kantor „wielkim artystą był”... A przecież każdy jego wyjazd na Zachód, owocował przywiezieniem przez niego nowego kierunku, którego był inicjatorem i twórcą w Polsce.


Może to działać też w drugą stronę, jak w przypadku wspomnianej Tacity Dean, która nie dość, że nakręciła taką pracę jak Kozyra, to otrzymała za nią prestiżową nagrodę Turnera. Bo relacja do centrum wpływa też na pozycję, jaką się zajmuje w sztuce. Ktoś spoza centrum może zostać niedostrzeżony, nawet, jeśli wcześniej stworzył taką samą pracę, ale w takim przypadku mamy do czynienia z plagiatem, a nie powtórzeniem. Ci, którzy powtarzają, jak Żmijewski czy Grzeszykowska wcale tego nie ukrywają, ale odwrotnie poddają dyskusji samą kwestie powtarzania.


No więc o co chodzi z tym powtarzaniem?


Chyba się powtarzam i w dodatku chyba powtarzam coś, co już przeczytałam. Fatalnie...

Sherman i Grzeszykowska - symulacje symulacji

izakow2


Cindy Sherman, Untitled Film Still #30, 1979



Aneta Grzeszykowska,
Untitled Film Still, 2006


Wszystko jest kopią kopii i nie sposób już odnaleźć oryginału, żyjemy w świecie symulacji- powiada Jean Baudrillard. Nie ma realności, istnieje tylko hiperrealność. Także nasza tożsamość płciowa odgrywana jest przez kopiowanie – pisze Judith Butler. Kopiujemy ideał, ucieleśniając go, a więc odgrywając poprzez nasze ciało, mimo, że ten ideał również w rzeczywistości nie istnieje. Jest odtwarzany właśnie przez kopiowanie. Na tym polega perfomatywność płci.



Cindy Sherman, Untitled Film Still #15, 1978

 


Aneta Grzeszykowska,
Untitled Film Still, 2006


Nie mając oryginałów poruszamy się pomiędzy kopiami, kliszami, symulacjami. Nie tworzymy też nic nowego, przecież autor umarł.



Cindy Sherman, Untitled Film Still #13, 1978



Aneta Grzeszykowska,
Untitled Film Still, 2006


Garść popularnych postmodernistycznych stwierdzeń jak ulał pasuje do twórczości amerykańskiej artystki Cindy Sherman. W Niezatytułowanych Fotosach Filmowych odnoszących się do filmów amerykańskich klasy B, artystka pokazuje, jak łatwo być everywoman. Ujawnia, że nasze zachowania, gesty, przyjmowane przez nas postawy, cała mowa ciała odpowiadają temu, co jest określane jako retoryka pozy. Bezwiednie wchodzimy w określony sposób bycia, kopiujemy sposób poruszania się czy zachowania, który jest w gruncie rzeczy ugruntowany (czy wręcz wytworzony) przez naszą kulturę. O naturze lepiej zapomnijmy, bo znaczenia natury są również wytwarzane przez kulturę – pisze Butler.



Cindy Sherman, Untitled Film Still #6, 1977



Aneta Grzeszykowska,
Untitled Film Still, 2006


I tak wszystko staje się kopią kopii – kopii, potęguje się ta gra symulacja, co znakomicie pokazała w swoich najnowszych pracach Anety Grzeszykowska. Odwołała się do pierwszej serii prac amerykańskiej artystki z końca lat 70. Wydaje się, że jej zdjęcia dokładnie powtarzają prace Sherman. Przybrała identyczne pozy, co Sherman, jej twarz stała się kopią twarzy tamtej artystki. Dopiero, gdy widzi się te wcześniejsze prace, można zauważyć rozmaite „przesunięcia”. Prace Grzeszykowskiej są kolorowe (uwspółcześniając ich archaiczność?), pojawiają na nich się nieco inne atrybuty (jak np. inna książka czy też drobne inne elementy). Archaiczność fryzur czy strojów potęguje grę w sztuczność. W ten sposób Grzeszykowska kopiuje Sherman, tak jak Sherman kopiowała aktorki nieistniejących filmów (choć przy oglądaniu prac Sherman w głowie też kotłują się obrazy z rozmaitych filmów, które wydają się idealnie odpowiadać jej fotosom). Adam Mazur pisze w "Obiegu", że te prace są jak remake kultowego filmu. Ale artystka pyta też kim jesteśmy w tym świecie nieustannych symulacji, jak konstruujemy siebie wśród tego nawarstwiania się kopii.



Cindy Sherman, Untitled Film Still #34, 1979



Aneta Grzeszykowska, Untitled Film Still, 2006


Więcej o prezentacji prac Anety Grzeszykowskiej w Willi Warszawa: http://www.obieg.pl/event/willa.php

Sherman: wymioty

izakow2

Hipokryzja, przewrażliwienie na własnym punkcie, brak dystansu do siebie, nieumiejętność żartowania na swój temat – mam wrażenie, że to wszystko jest dość charakterystyczne dla Polaków. Wyszło to też wczoraj na dyskusji o czeskiej wystawie w BWA we Wrocławiu. Towarzystwo „z pretensjami” miało chyba jakieś kompleksy, bo zaczęło się pienić, kiedy wyszło na to, że ci Czesi to może jednak bardziej rozumieją kwestie „obywatelskie” i demokracja też u nich dalej posunięta... Stąd też i pewne rzeczy w sztuce bardziej swobodnie traktowane...


Katarzyna Kozyra, w dość kontrowersyjnym filmie „Skandalistka Kasia K.”, mówiła kiedyś o tej naszej zaściankowości: „Rzygać mi się chce, jak to widzę. Wiesz, rzygać mi się chce”.


No właśnie rzecz ma być dzisiaj o wymiotach!


Pewien konserwatywny historyk sztuki pracujący na UAM w Poznaniu bardzo zdenerwował się kiedyś tekstem, który napisałam o „Irreligii”. Bo przecież ta sztuka obraża uczucia religijne, a właściwie to nie jest w ogóle sztuka. Napisał więc w „Czasie Kultury”, że moja postawa jest płytka, że się nie znam itp., a także, iż jestem zwolenniczką sztuki "womitalno-genitalnej". Dziwna ta nazwa, prawda? Taka „naukowa”... W końcu mógł napisać po prostu: "sztuki rzygawiczno-pornograficznej".


Ale, co tu ukrywać! Jacek K. nie obraził mnie tym określeniem. Wręcz przeciwnie, cieszę się, że tak precyzyjnie określił moje zainteresowania.


Jedna z najbardziej twórczych i odkrywczych myśli we współczesnej humanistyce to według mnie teoria „abiektu” Julii Kristevej. Abiekt to również to, co przekracza granice ciała, substancje, które z niego wychodzą, fragmenty (z) nas, która wydostają się na zewnątrz - to, co wypluwamy, wydalamy, wymiotujemy...


Wydaje się tylko obrzydliwe?


Byłam kiedyś świadkiem zabawnej sytuacji, która uświadomiła mi, że nawet wymioty mogą naprawdę fascynować. Są pewni ludzie, dopiero na początku drogi socjalizacji i kulturalizacji. Tymi ludźmi są małe dzieci. Było to niesamowite, kiedy w przedszkolu u mojego czteroletniego wówczas syna, podsłuchałam rozmowy przy śniadaniu... Tak! Dzieciaki, jadły aż im się uszy trzęsły, a przy tym w najlepsze opowiadały o tym... jak rzygały – ile razy, gdzie, jaki był kolor itp. „Sprzedawały” sobie swoje historie z drobiazgowymi szczegółami, w zasadzie przechwalając się, które z nich wymiotowało ciekawiej...


Ale miałam prezentować swoje ulubione prace!


 

A jedną z prac, które są na szczycie mojej prywatnej listy przebojów jest „Untitled 175” Cindy Sherman z 1987 roku. Dość nietypowa zresztą, jak na tę artystkę, która w swych fotografiach wciela się w różne postacie, ukazuje, że tożsamość jest fikcją – jest wyłącznie zakładaniem masek i korzystaniem z kulturowego repertuaru ról.


W pierwszym momencie, w przypadku tej pracy wydaje się, że nie ma tu żadnego wizerunku samej autorki. Widać jedynie bezkształtną masę stworzoną z niedojedzonych, nadgryzionych ciastek, tubek po kosmetykach, zakopanych częściowo w piasku, wymiotów na białym ręczniku oraz leżących ponad nimi słonecznych okularów.


I dopiero w tym momencie odkrywamy, że mamy jednak do czynienia z wizerunkiem samej Sherman – tym razem odbitym w lustrzance okularów. Leży ona z otwartymi ustami, jakby wycieńczona wymiotowaniem, przerażona sama sobą, a może nawet martwa.


Znaczenia tej pracy odwołujące do schizofrenicznej sytuacji kobiety w naszej kulturze, która namawiana jest do konsumowania wciąż więcej, a jednocześnie do dbania o linię, do ciągłego samoograniczania się – wydają się dość oczywiste. Ale ta praca – to również pytanie gdzie jest granica między „ja”, a tym, co mnie otacza, tym, co konsumuję i wydalam. Kim jesteśmy zalewani dobrami konsumpcyjnymi i czy wciąż jeszcze – jesteśmy?


Ale to także gra z historią sztuki – z problemem wizerunku artysty i autoportretu. Pojawia się tu również problem odbicia. Chodzi o wizerunki odbite w lustrach, jak w przypadku pary królewskiej w „Las Meninas” Velazqueza. Para ta pozująca do malowanego przez artystę płótna odbija się w wiszącym w tle lustrze. Widz jest postawiony tu na miejscu pary królewskiej. I to właśnie jest najciekawsze w przypadku obrazów z wykorzystaniem motywu odbicia, że perspektywa widza jest zarazem perspektywą protagonistów obrazu.


W przypadku pracy Sherman – oglądamy to przedstawienie z punktu widzenia leżącej kobiety, która właśnie wymiotowała. Zostajemy postawieni na jej miejscu, przez chwilę zmuszeni do identyfikacji z nią.


Czy czujemy już ściśnięty żołądek, zmęczony wymiotnymi konwulsjami?

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci