Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : sztuka-polityczna

Arteon how how, Arsenał how how...

izakow2

 

„Arteon”, jak co roku, przyznał nagrodę artystyczną, której celem jest honorowanie twórców, którzy w minionym roku wykazali się wyjątkowymi osiągnięciami. Jury, w skład, którego weszli między innymi Anna Potocka, Sławomir Marzec i Jerzy Stelmach postanowili uhonorować grupę The Krasnals. Ponoć werdykt jury był jednogłośny, choć to zdanie wydaje się, że znikło z mówiącego o nagrodzie tekstu Piotra Bernatowicza. Nie komentowałabym tej sprawy, bo „Arteon” stał się pismem wyjątkowo niszowym. Jednak trudno przejść mi obojętnie obok faktu, że we wspomnianym tekście nie znajdziemy informacji o wybitnych osiągnięciach artystycznych tej grupy w ubiegłym roku (oprócz wspomnianego obrazu „Bitwa pod Grunwaldem. Statek głupców” według Jana Matejki), jest za to obszerny fragment tekstu z mojego blogu, pisanego, co nie pozostaje bez znaczenia, w roku 2008.


Uważam wykorzystanie tego fragmentu przez Bernatowicza za manipulację i oszustwo. Nie pierwszy raz zresztą ta wypowiedź została zmanipulowana, w tym samym – 2008 roku zrobił to również Kuba Banasiak, co wybaczyć było mi trudno, ale okazało się, że nie myliła go intuicja, co do tej grupy. Ja wtedy, na samym początku działalności Tke Krasnals, miałam wrażenie, że pozwoli ona przekłuć nadmuchane balony polskiego świata sztuki, że kpiną i ironią będzie uderzać w kontekst instytucjonalny i komercjalizację polskiego artworldu, że przyniesie powiew świeżości, jak kiedyś zrobiła to grupa „Ładnie”. Do niej zresztą The Krasnals stylistycznie nawiązywali, kpiąc jednocześnie z tego, jak członkowie grupy „Ładnie” przeszli z opozycji do mainstreamu i stali się poważnymi graczami (może z wyjątkiem Marka Firka, który zresztą ze swoimi obscenami wydaje się być najbliższy Krasnalom). Liczyłam wtedy na anarchistyczny bunt, na krytykowanie działań symbolicznej władzy świata artystycznego, na ujawnianie paradoksów związanych z upolitycznianiem sztuki i nie mam na myśli tylko strojenia się w lewicowe piórka. Wierzyłam więc w anarchizm grupy, jednak okazało się, że wtedy Banasiak wyczuł dużo bardziej jej intencje. Zamiast wnikliwej krytyki, działania The Krasnals przemieniły się w wulgarne i personalne obrażanie poszczególnych osób, zamiast krytyki władzy (choć przyznać trzeba, że zdarzały im się trafne i zabawne akcje, jak „Poznań miast how how” podczas wystawy Arbeitsdisziplin” w Arsenale w styczniu 2012 roku), grupa odnalazła się po prawej stronie sceny artystycznej. Dała temu wyraz między innymi podczas wystawy „Thymos. Sztuka gniewu” w Toruniu (2011/2012) oraz w wypowiedziach o nadziejach pokładanych w ruchach konserwatywnych i krytykujących tzw. „lewacką ekstremę”. Tym samym więc The Krasnals z grupy anarchizującej, mającej krytyczny potencjał przekształcili się w grupę politycznych, prawicowych graczy. I jak to z artystami - graczami bywa, zaczęli grać w jednej drużynie z kuratorami czy krytykami o podobnych poglądach.


Wracając do roku 2008 – wtedy konstelacje w polskim świecie sztuki były zupełnie inne. Gdy powstała grupa The Krasnals, Sasnal był absolutnie na topie, tuż po wydaniu przewodnika Krytyki Politycznej. Rok 2008 zapowiadałam jako rok Sasnala, obawiając się jednak przy okazji, że za chwilę wyskoczy on z mojej lodówki. Wspomniany przewodnik zmuszał do pytań o sens lewicowych deklaracji składanych przez niektórych artystów, którzy z zaangażowaniem politycznym raczej się nie kojarzyli. Już wtedy wiadomo było, że upolitycznianie sztuki (bez względu na to, z której strony) może przynieść opłakane skutki. Był to czas wzmożonych dyskusji na temat cenzury, wciąż toczył się proces Nieznalskiej i to właśnie w tym roku został powołany Indeks 73 zajmujący się sprawami wolności twórczej, która najczęściej atakowana była z prawej strony. To wtedy też szczególnie palące były tematy związane z nieodległą przeszłością, Zagładą i antysemityzmem, do którego odnosił się między innymi film „Polak w szafie” Artura Żmijewskiego. Głośny był również film „Mary koszmary” Yael Bartany, zaś podczas projekcji i towarzyszących im dyskusji, zjawiali się narodowcy, którzy mówili, że poprzez takie prace realizowane są żydowskie interesy i obrażani prawdziwi Polacy. Z pewnością rok 2008 należał do ciekawych.

 

W tym roku byłam też w Izraelu na wystawie i konferencji o pamięci w pracach artystów polskich i izraelskich. Jednym z uczestników był również Piotr Bernatowicz, pamiętam nasze prywatne rozmowy o kwestiach związanych z instytucjami artystycznymi w Polsce, o problemach styku obiegu prywatnego i politycznego, i o tym, co może wyniknąć z działalności grupy The Krasnals. Ale wtedy Piotr Bernatowicz występował jeszcze jako wnikliwy krytykiem polskiego artworldu, o bliskich mi poglądach anarchizujących i antyneoliberalnych. Świetnie uchwycił mechanizmy cenzury, opisując w tekście z 2006 roku między innymi przypadek ocenzurowania przez galerię Arsenał pracy Rafała Jakubowicza „Arbeitsdisziplin”, krytycznie odnosząc się też do tzw. III RP.


W 2010 roku spotkaliśmy się znowu w Kołobrzegu podczas wystawy Piotra C. Kowalskiego. Było upalne lato, „morza szum, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew”, a podczas długiego wieczoru po wernisażu Piotr Bernatowicz tłumaczył nam, dlaczego film Quentina Tarantino „Bękarty wojny” jest zły i dlaczego jedyną nadzieję pokłada on w PiS-ie. Jakoś to się zresztą wiązało, ale już nie pamiętam jak… Podejrzewam, że poglądy Piotra, jak i części moich kolegów historyków sztuki, zradykalizowały się po katastrofie smoleńskiej. W ostatnim czasie Bernatowicz objawił się jako orędownik sztuki prawicowej, wróg gender i sztuki krytycznej, no i, jak wiadomo, został dyrektorem poznańskiego Arsenału. Symptomatyczna jest zbieżność objęcia przez Piotra stanowiska dyrektora „Arsenału” i przyznania nagrody „Arteonu” dla The Krasnals. Nawet nie dlatego, że ta grupa już od dłuższego czasu wydaje się być oczkiem w głowie Bernatowicza, ale raczej ze względu na polityczną grę, w którą te wydarzenia są uwikłane.


Piotr Bernatowicz przedstawiał się kiedyś jako krytyk polityki kulturalnej Ryszarda Grobelnego, zarzucając miastu, że stawia na sport, a nie na kulturę. Warto przypomnieć tu wydany wspólnie z Mikołajem Iwańskim komunikat w sprawie Sztabu Antykryzysowego na Rzecz Poznańskiej Kultury, choć dotyczący niezgody w samym sztabie i wykorzystania przez niego publicznych pieniędzy, uderzający jednak przede wszystkim w politykę Poznania. Bernatowicz wydawał się być osobą świadomą mechanizmów władzy oraz potrzeby jej krytyki.


Kiedy w październiku 2013 roku prezydent Grobelny chciał nominować Bernatowicza poza konkursem, w wywiadzie udzielonym Mikołajowi Iwańskiemu, wypowiedział znamienne zdanie: „Teraz władza nie jest dla mnie wrogim pojęciem (poza prywatą i doraźnymi układami), ale oznacza przede wszystkim służbę publiczną”. 


Najbardziej intryguje fakt, jak to się stało, że pokochali się ludzie stojący wcześniej po przeciwnych stronach? Oto w rozmowie z Iwańskim Bernatowicz podkreślał, że prezydent Poznania ma mocną legitymację demokratyczną, mocniejszą od środowiska, które protestowało w sprawie Arsenału (co w gruncie rzeczy było podważaniem znaczenia społeczeństwa obywatelskiego oraz całego ruchu broniącego tej galerii). I co się stało, że Ryszard Grobelny zobaczył w Bernatowiczu nadzieję dla Arsenału? Wiadomo było, że Bernatowicz dyrektorem zostanie. Świadczył o tym skład komisji konkursowej, do której weszli m.in. Stanisław Czekalski, Maciej Mazurek oraz Joanna Frankiewicz. Ta komisja wydawała się wręcz stworzona pod Bernatowicza i nie pozostawiała złudzeń, jeszcze przed rozstrzygnięciem konkursu, kto dyrektorem zostanie. Później pojawiły się nawet wątpliwości, czy działała ona zgodnie z regulaminem, a szczególnie z punktem mówiącym, że:


„Członkiem Komisji nie może być osoba przystępująca do konkursu albo będąca małżonkiem takiej osoby lub jej krewnym albo powinowatym, albo pozostająca wobec niej w takim stosunku prawnym lub faktycznym, że może to budzić uzasadnione wątpliwości, co do jej obiektywizmu i bezstronności”.


Bo przecież Bernatowicz pozostaje w stosunku zależności ze Stanisławem Czekalskim, który jest nie tylko jego kolegą z Instytutu Historii Sztuki i który już w momencie pozakonkursowej nominacji Bernatowicza, wypowiadał się na ten temat niezwykle entuzjastycznie, ale jest też prodziekanem na Wydziale Historii UAM, a więc jest jego przełożonym. Maciej Mazurek pracował w redakcji "Arteonu" do 2011 roku, więc w zasadzie faktyczny stosunek nie zachodzi. Obaj panowie nie kryją się jednak ze swoimi prawicowymi poglądami i, jak Bernatowicz prezentują, można by rzec, jedną linię ideologiczną.


Możliwe więc, że Bernatowicz przeprosił się z Grobelnym, bo jednak władza mu nie śmierdzi, zaś Grobelnemu Bernatowicz jest potrzebny, aby wzmocnić legitymizację dla swej władzy ze strony bardziej prawicowego środowiska (zwłaszcza w kontekście najbliższych wyborów samorządowych, a może i nawet wyborów parlamentarnych w 2015 roku, które według różnych prognoz najpewniej wygra PiS). Wątpię, czy gdyby obecnie pojawiła się w „Arsenale” wystawa The Krasnals (a jest to wielce prawdopodobne), możliwa byłaby powtórka haseł z 2012 roku (Poznań how how).


Ciekawe jest też, że jeden z najlepszych kandydatów, jakim był Marek Wasilewski, mający olbrzymie doświadczenie artystyczne, kuratorskie i krytyczne, w tej rozgrywce jakby zupełnie się nie liczył. Możliwe, że na przeszkodzie stały jego poglądy bardziej na lewo. O upolitycznieniu obrad komisji mówi też w wywiadzie inna świetna kandydatka, Karolina Sikorska, która w czasie zamieszania wokół Arsenału pokazała siłę woli oraz znakomite umiejętności organizacyjne, co powinno przechylić szalę wygranej na jej stronę:  „Jeżeli słyszę od komisji konkursowej pytanie, "czy rozumiem coś w duchu liberalnym, czy postmarksistowskim", albo jeżeli mówi mi się, że "będę robić skandaliczne, genderowe wystawy", to czy to nie jest upolitycznianie dyskusji lub obrad komisji?”. Sikorska podkreśla też, że wraz z zespołem nie wikłała się w żadne polityczne rozgrywki, ale, jak widać, wcale jej to nie pomogło.


Komentarz w zasadzie wydaje się zbędny. Wbrew pozorom jednak, myśląc o sytuacji „Arsenału”, uważam, że Bernatowicz nie będzie złym dyrektorem, bo możliwe, że jego działania i wystąpienia nie były związane tyle z zaślepieniem ideologicznym, ile raczej z grą o władzę. Ma świetny zespół i oby się ze sobą dogadali. Przestrzegam jednak przed manipulacjami oraz wmawianiem publiczności, że „prawdziwa sztuka jest z natury konserwatywna”. Takie frazesy wmawiano ludziom podczas trwania totalitaryzmów, każda władza o totalitarnych zapędach panicznie bała i boi się sztuki wolnej i w jej miejsce proponuje własną wizję "sztuki", odwołującej się do tradycji i konserwatywnych wartości. Nie ma i nie było dobrej sztuki konserwatywnej, bo nie ma dobrej sztuki spod znaku Hitlera, Stalina, Mao czy Putina. Prawdziwa sztuka jest z natury anarchistyczna, zaś układanie się z władzą nikomu jeszcze na dobre nie wyszło!

 

I proszę też na przyszłość nie wycierać sobie gęby moim nazwiskiem.

 

P.S. A za wizualny komentarz niech posłuży neon Elżbiety Jabłońskiej "Nowe życie" umieszczony na "Arsenale" w niepokojącym zestawieniu z logotypem Poznania. Zdjęcie Dawida Woźniaka z blogu "Wyrażaj się":

 


Konsola - przeciwko przemocy wobec kobiet

izakow2

 

Poznańskie Stowarzyszenie Kobiet Konsola wraz z fotografką Anną Kamińską przygotowało znakomitą kampanię fotograficzną w ramach Dni Przeciwdziałania Przemocy Ze Względu Na Płeć. Na każdej fotografii inna osoba trzyma w rękach hasło zwracające uwagę na problem przemocy wobec kobiet, jej lekceważenia oraz przemilczania. Bo właśnie w milczeniu tkwi największy problem.

 


Pewnie każdy i każda z nas słyszał/a o przypadkach przemocy dotykającej kobiety, np. o kobietach bitych przez swoich mężów. Czasami niewiele możemy zrobić, jeśli ofiara związana ze swoim oprawcą, nie pozwala sobie pomóc i nie chce zerwać przemocowej relacji. Wtedy najczęściej jest obwiniana przez otoczenie. Tyle tylko, że prowadzi to do jej jeszcze większego napiętnowania. Jackson Katz w książce „Paradoks macho” udowadnia, że przemoc wobec kobiet jest tak naprawdę problemem mężczyzn, choć niewielu z nich chce o tym w ten sposób myśleć. A więc nie na ofierze, ale na oprawcy powinna koncentrować się uwaga otoczenia, to on powinien usłyszeć, że to, co robi jest złe.

 


 

Pewnie też każdy i każda z nas słyszał/a też o przypadkach molestowania seksualnego, na przykład w szkołach, w klubach sportowych, na uczelniach, w pracy. Czasami przybiera ono formę ustnego nagabywania, niekiedy poklepywania po pupach, a zdarzają się też gorsze rzeczy. Najczęściej wiąże się to z układem zależności, dlatego też tak wiele uczennic, studentek, podwładnych zaciska zęby i nie chce mówi o problemie, czasami tylko zwierzają się tym, do których mają zaufanie. Ale nie chcą o tym mówić publicznie. Kiedy pewna polska wykładowczyni na jednej z uczelni postanowiła przerwać milczenie, wiedząc o przypadkach molestowania swoich studentek, skończyło się na tym, że to ona została napiętnowana jako aferzystka. Studentki niestety nie chciały o tym mówić, bały się, że może im to zaszkodzić nie tylko na studiach, ale też w dalszej karierze zawodowej.

 


 

To w gruncie rzeczy właśnie dlatego jest tak trudno przeciwdziałać przemocy wobec kobiet, jest ona bowiem, jak pisze Katz, przemocą systemową, w której ofiary ponoszą nie tylko jej bezpośrednie konsekwencje, ale też konsekwencje mówienia o niej, jej ujawnienia, wciąż są obwiniane, wyszydzane, wyśmiewane. Kulturowe wzorce i postawy sprzyjają w gruncie rzeczy tym, którzy takiej przemocy się dopuszczają. Dość wspomnieć o aktualnych atakach niektórych przedstawicieli Kościoła na tzw. ideologię gender, bo niszczy rodzinę. A teorie gender uświadamiają nam jedynie, że role płciowe są konstruowane przez kulturę, a więc również, że prawdziwej męskości nie trzeba udowadniać stosując przemoc, zaś kobieta, która doświadcza przemocy nie powinna być zmuszona do „dźwigania swego krzyża”, ale powinno jej się pomóc na wszelkie możliwe sposoby.

 


 

Wracając do kwestii milczenia na temat przemocy – bywa też tak, że molestowania dopuszczają się osoby znane i szanowane przez swoje otoczenie, znajomi również wolą milczeć w obawie przed popsuciem sobie dobrych stosunków z taką osobą, jak i przed stygmatyzacją otoczenia. Zdarza się również, że słyszymy niewybredne żarty czy pogardliwe opinie na temat znajomych kobiet. W takiej sytuacji, bojąc się ośmieszenia przed innymi, znowu milczymy, ignorujemy, bagatelizujemy.

 



Niekiedy przemoc ze względu na płeć bywa subtelna, mogą to być na przykład e-maile z dwuznacznymi treściami czy też seksistowskie treści pojawiające się na portalach społecznościowych. Samej zdarzyło mi się nadawcę tego rodzaju maili przerzucić do spamu, a wątpliwych znajomych usunęłam ze swojego grona. Swój problem rozwiązałam, ale przecież sprawę przemilczałam, bo w obawie przed ośmieszeniem się, nie chciałam robić awantur…

 



W tych wszystkich sytuacjach najczęściej nie wiemy, co robić i jak zareagować, jak pomóc doświadczającym przemocy kobietom. Nie zastanawiamy się nad tym, że nasze bagatelizowanie problemu może przyczynić się do tego, że jeszcze ktoś doświadczy takiej przemocy, że komuś innemu może być jeszcze gorzej. Zapominamy w ten sposób o naszych etycznych zobowiązaniach wobec innych, zwłaszcza słabszych.

 

 

Zdjęcia Ani Kamińskiej wykonane w ramach Akcji znakomicie pokazują, że przede wszystkim należy przełamać milczenie, ale też zerwać ze stereotypami, przestać obwiniać doświadczające przemocy kobiety, zerwać z tradycyjnymi stereotypami płci, ukazać pozytywne wzorce męskości, uczyć synów szacunku do kobiet. Ważne, że na tych zdjęciach pojawiają się również sami mężczyźni, w akcjach przeciwko przemocy nie chodzi bowiem o ich obwinianie, ale o ukazanie, że prawdziwi mężczyźni nie stosują przemocy, ale również nie pozostają wobec niej obojętni.

 


O potrzebie trzeciej drogi

izakow2

 

Zbigniew Libera powiedział niedawno:

 

"Tam, gdzie polityka bierze sztukę, wszystko jedno z której strony, sztuka przegrywa. Sztuka może mieć cel, ale nie może być użyteczna. Chyba, że dla Giertycha albo Lenina" ("Newsweek", 19-25.11.2012, s. 118).

 

Tak! Ja też mogę się pod tym podpisać! Libera uderza tutaj w założenia "Manifestu" Artura  Żmijewskiego, ale można to odnieść również do prawicowych manipulacji i prób instrumentalnego wykorzystywania sztuki.

 

O paradoksalnej sytuacji, w której znalazła się sztuka współczesna w Polsce mówiłam podczas ostatniej sesji Stowarzyszenia Historyków Sztuki "Współczesność - historia nieznana". Przywołałam myśl francuskiego teoretyka Nicolasa Bourriauda, że „jeśli artysta angażuje się politycznie, zadowalając się kopiowaniem pewnych ideologii i ‘denuncjowaniem’ systemu, prowadzi to do powstania marnej sztuki”. Świetnie te dwa cytaty uzupełniają się. 

 

Podczas mojego referatu wskazałam na paradoks polegający na tym, że w naszym polu sztuki jedni określając się jako lewica, wskazują na konieczność zmian społecznych, działają jednak zgodnie z zasadami neoliberalnej gospodarki, a zarazem wykazują paternalistyczną pychę, drudzy produkując fikcję o byciu uciśnionym i zdominowanym, przemycają przy okazji nacjonalistyczne i ksenofobiczne przesłania, przy czym jedni i drudzy w identyczny sposób używają sztuki dla poparcia swych politycznych tez.

 

Dlatego w odwołaniu do myśli Josepha Beuysa oraz teorii „estetyki relacyjnej” Bourriauda postulowałabym „trzecią drogę”, zwracając się w stronę sztuki obierającej sobie za temat komunikację i wspólnotowość, której zadaniem jest odbudowywanie relacji z innymi. 

 

Trochę więcej na ten temat na stronie www.chill-art.net

 

Krytyka demokracji radykalnej, krytyka kapitału i krytyka polityczna

izakow2

 

Obiecałam w komentarzach krytykę modelu demokracji radykalnej, więc z góry uprzedzam, że będzie to teoretyczny wpis. Ale niekiedy mam wrażenie, że potrzebujemy teorii jak powietrza...


Konflikty, spory, wzajemna niechęć, a wręcz nienawiść – obserwujemy je w polityce, na ulicach, w życiu artystycznym, wpływają nawet na obszar prywatnych relacji. A może potraktować je jako realizację postulatów Chantal Mouffe dotyczących modelu demokracji radykalnej?

 

Model ten oparty jest na niezbywalności konfliktu w społeczeństwie demokratycznym oraz na krytyce consensusu. Mouffe proponuje uznanie za niezbędne utrzymanie konfliktu, sporu, ideowej rywalizacji jako cech konstytutywnych demokracji, nie tłumienie sporu, lecz utrzymywanie go na powierzchni. Tyle, że uczestnicy sporu nie powinni traktować się jako wrogowie, którzy chcą się zniszczyć, ale jako rywale. I tutaj pojawia się problem, bo w praktyce wydaje się to niemożliwe, a model Mouffe jawi się jako utopijny.


Konflikty, które obserwujemy w polskim życiu politycznym do niczego nie prowadzą, ujawniają skalę wzajemnej niechęci, a wręcz – nienawiści, zaś w szerszym kontekście prowadzą do radykalizowania się postaw w przeciwnych sobie obozach.


Model demokracji radykalnej jest więc złudny w tym sensie, że zamiast agonizmu mamy wciąż do czynienia z antagonizmem, a zamiast rywali – z wrogami zasklepiającymi się w swoich poglądach, mówiącymi odmiennym językiem. Może być również tak, że te konflikty z różnych względów są użyteczne, np. dla polityków (gdyż łatwiej manipulować ludźmi, którzy są ze sobą skłóceni), dla kapitału (gdyż eliminuje się ekonomiczne przyczyny społecznego niezadowolenia), dla mediów (gdyż te z zasady żywią się konfliktem), dla artystów (dla których konflikt jest po prostu ciekawy i może inspirować), ale także dla ludzi biorących udział w konfliktach (gdyż łatwo się określić, zająć stanowisko, umocnić swoją tożsamość poprzez identyfikację z grupą).


Może więc zamiast postulować konflikty, należałoby przyjrzeć się im jako czemuś, co samo w sobie jest konstrukcją wytworzoną przez system władzy? Może należałoby szukać tego, co je rozsadza, co zaprzecza prostym podziałom np. na „prawicę” i „lewicę” (używam tych pojęć w cudzysłowie, gdyż prawica bywa lewicowa w sensie gospodarczym, a lewica prawicowa w tym samym sensie, nie zauważając własnego uwikłania w neoliberalny system).

 

A jednak w życiu publicznym w Polsce pojawiły się działania, które do prostych podziałów nie pasują. To przede wszystkim sprawa porozumień ACTA, przeciwko którym protestowały na początku roku 2012 zwaśnione wcześniej ze sobą strony konfliktu. Po jednej, jak i po drugiej stronie pojawia się również krytyka korporacji oraz podporządkowania im interesów obywateli, kwestia bezrobocia, wykluczenia ekonomicznego, gentryfikacji miast, niepewnego (używa się niekiedy słowa - prekariarnego) życia, a w odniesieniu do sztuki -  kwestia zawłaszczania sztuki przez rynek i systemowego wyzysku artystów.

 

Wszystko to odnieść można to jednego z najważniejszych problemów współczesnych systemów władzy, które nie są jednak prawdziwymi demokracjami, ale państwami prawa oligarchicznego, jak przekonuje Jacques Ranciere. Wskazuje on na zawłaszczenie dobra wspólnego przez trwałe przymierze oligarchii państwowej i ekonomicznej. To właśnie w nieograniczonej ekspansji kapitału znoszącej znaczenie narodowych ograniczeń Ranciere upatruje przyczynę tego, co określa jako powrót podziału ludu. Podział ten, który tak bardzo próbuje się wyeliminować, powraca między innymi „z rozkwitem partii skrajnej prawicy, wraz z ruchami tożsamościowymi i integryzmem religijnym, które odwołują się, przeciwko oligarchicznemu konsensusowi, do starych zasad urodzenia i pokrewieństwa, do wspólnoty zakorzenionej w ziemi, krwi i religii przodków” Ranciere, („Nienawiść do demokracji”, s. 97).

 

Uważam, że tylko w ten sposób można zrozumieć ekspansję prawicowych ideologii – jako źle ulokowaną próbę oporu przeciwko globalnemu kapitałowi. Podobnie pisał zresztą David Ost zastanawiając się nad rozwojem populizmu w postkomunistycznej Polsce. Jak pisze Jan Sowa, „populizm udałoby się wyeliminować, gdyby gniew pokrzywdzonych skierować nie ku sztucznie skonstruowanemu Złemu Innemu (ubekowi, komuchowi, Żydowi czy gejowi), ale w stronę faktycznego źródła problemów, czyli ekonomii” („Ciesz się późny wnuku”, s. 444). Ost również nie zgadza się z projektem większego zantagonizowania sfery politycznej, ale wskazuje na potrzebę ustawienia antagonizmów względem innych biegunów: przede wszystkim ekonomicznych zamiast etnicznych, historycznych, wyznaniowych czy seksualnych, gdyż to właśnie procesy ekonomiczne prowadzą do poczucia wykluczenia.

 

Sowa wskazuje z kolei, że natura kapitalizmu polega na tym, że na taką organizację konfliktu społecznego kapitał nie może pozwolić, gdyż byłaby dla niego zgubna. Uważa on zresztą, że z tego samego powodu projekt demokracji radykalnej Mouffe niemożliwy jest do zrealizowania, a przy okazji zwraca uwagę na potrzebę przemyślenia demokracji liberalnej i próby stworzenia innego jej modelu (ale również nie agonistycznego), a dokładnie logiki systemu przedstawicielskiego: „Nie chodzi o to, aby wykluczone grupy i jednostki lepiej reprezentować, ale o to, aby je upodmiotowić. Nie chodzi o to, aby poprawniej lub głośniej wypowiadać się w ich imieniu, ale aby to one same mogły się wypowiedzieć” (s. 448). 

 

Z drugiej jednak strony, przyjąwszy założenie, że to system steruje konfliktami, w miejsce realnych (a więc tych związanych z kwestią ekonomii) produkuje konflikty zastępcze (a więc wojny ideologiczno-religijne), można się zastanawiać, na ile sama podmiotowość, a także jej głos słyszalny w przestrzeni publicznej są wytworem określonych stosunków władzy, projektujących użyteczne dla siebie formy tożsamości.

 

Jeśli lud zostanie tak bardzo zantagonizowany, że ma do przyjęcia jedynie dwie opcje tożsamościowe – prawicową (katolicką, narodową) lub lewicową (laicką, upominająca się o prawa mniejszości), naturalne jest, że pomiędzy nimi wytworzony zostanie silny konflikt. Przewrotność systemu polega więc na tym, że bardziej użyteczna staje się dla niego sytuacja, gdy ów lud walczy ze sobą przekonany, co do niemożności przezwyciężenia dzielącego go konfliktu, nie zwracając się wtedy przeciwko samemu systemowi.

 

Jednak lud nie zwraca się przeciwko kapitałowi jedynie do pewnego momentu, np. gdy zostanie zidentyfikowany wspólny wróg, a także różnego rodzaju zagrożenia, np. gdy zagrożenie dla wolności wypowiedzi jest związane z zagrożeniem ekonomicznym. Dokładnie to miało miejsce w przypadku odbywających się w całej Polsce protestów przeciwko porozumieniom ACTA, gdzie ramię w ramię stanęli obrońcy narodowych wartości, kibice z anarchistami i lewakami oraz z niezainteresowaną sporami ideologicznymi młodzieżą. Podobne porozumienie można było obserwować w kontekście krytyki Euro 2012, gdy do bojkotu nawoływali kibice określający siebie jako fani tradycyjnego futbolu, feministki protestujące przeciwko zjawisku prostytucji, obrońcy zwierząt oburzeni faktem palenia bezpańskich psów na Ukrainie, alterglobaliści dostrzegający, że największe wpływy z imprezy płyną do korporacji, jaką jest UEFA, ale również zwykli mieszkańcy miast, zmęczeni utrudnieniami związanymi z przemieszczaniem się po mieście i dostrzegający fakt, że największe koszty imprezy ponoszą do teraz oni sami.


W obu przypadkach jednym z punktów zapalnych są właśnie kwestie ekonomiczne, co pokazuje, że możliwe jest zogniskowanie konfliktu właśnie w odniesieniu do względów ekonomicznych. Projekt porozumienia „ponad podziałami” jest więc realny, pod warunkiem jednak dostrzeżenia, jak bardzo iluzoryczny i wygodny dla systemu jest kreowany przez niego konflikt pomiędzy prawicą a lewicą, konflikt, w który tak łatwo zaczęli wchodzić również przedstawiciele świata sztuki.

 

Dlatego też uważam, że potrzebny nam jest nie model demokracji radykalnej, ale solidna krytyka alterglobalistyczna, krytyka kapitału i jego wpływów.  No i może również postulowana przez Sowę krytyka systemu przedstawicielskiego, aby nie wypowiadać się w imieniu mniejszości i różnych zmarginalizowanych grup, tylko, aby one same miały możliwość wypowiadania się. Jedynie w taki sposób można uprawiać coś, co jest określane jako krytyka polityczna. 

 

W tym kontekście polecam "Glosę o bezdomności" w "Obiegu" - film Aleki Polis i Ewy Majewskiej (współpraca: Rafał Jakubowicz) oraz tekst Ewy Majewskiej i Rafała Jakubowicza, przy mojej skromnej współpracy. 

 

O (a)polityczności sztuki w Psie

izakow2

Obiecałam Dawidowi Radziszewskiemu notkę na temat jego wystawy w poznańskiej galerii Pies W PRL nie strajkują tylko szkoły wojskowe, milicyjne oraz PWSSP, na której znalazły się prace: Krzysztofa (tudzież - Krzysztowa, jak podaje notka informacyjna) Kaczmarka, Zbigniewa Libery (praca z katalogu, który pożyczyłam Dawidowi), Agnieszki Polskiej, Sonii Rammer oraz Szymona Wójciaka. 


 

Tak naprawdę, ta mała wystawa zrobiona z zadziorem otwarta jest na różne interpretacje, podejmuje temat roli akademii sztuki współcześnie, polityczności sztuki i jej uciekania od polityki oraz historii alternatywnych.

 

Dla Dawida punktem wyjścia stało się hasło W PRL nie strajkują tylko szkoły wojskowe, milicyjne oraz PWSSP, które według jednych przekazów, napisane było na kartce naklejonej na drzwiach poznańskiej Akademii Sztuk Pięknych, a według innych - było wielkim napisem na elewacji budynku od strony ul. 23 Lutego, a pojawiło się ono oczywiście w latach 80. (najprawdopodobniej w 1981, jeszcze przed stanem wojennym). Niestety nie zachowała się z tego żadna dokumentacja.

 

 

To hasło stało się bodźcem do postawienia pytań o powinności polityczne artystów oraz ich uciekanie od krytyki społecznej w czasach PRL-u (znaczące jest pojęcie pseudoawangardy, które pojawia się w katalogu Libery). Czy artyści, którzy wtedy chowali głowę w piasek, jedynie marząc o strajku (jak w znakomitym filmie Agnieszki Polskiej ukazującym strajk w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w latach 50., którego nie było) i uciekali od tego, co działo się w Polsce, nie przyczynili się do takiej sytuacji, że akademie wciąż odwracają się od rzeczywistości i przeistaczają się z skostniałe instytucje, które przyczyniają się jedynie do frustracji młodych adeptów sztuki (jak w filmie Szymona Wójciaka, którego rozczarowanie akademią prowadzi do radykalizacji poglądów oraz próby upodobnienia się do Adolfa Hitlera, a jest to zarazem historia alternatywna mówiąca o tym, co by było, gdyby Hitler został jednak przyjęty na akademię...)? A czy z kolei ci, którzy przełkną już ową frustrację, nie stają się po prostu cynicznymi artystami?

 

 

Dawid stawia tezę, według mnie fałszywą, że "Dziś potrzebę tworzenia sztuki zaangażowanej politycznie można potraktować jako próbę realizacji fantazmatu niedokonanego uprzednio politycznego czynu". Uważam, że dzisiaj mówienie o sztuce politycznie zaangażowanej obfituje w nieporozumienia, wiąże się z demagogią, owocuje kiepską twórczością, bo mówiąc o polityczności, mamy na myśli zwykle prace, które jednoznacznie przekazują jakieś polityczne idee i, które powstają z przekonania artystów, że sztuka może zmienić świat. 

 

 

To przekonanie jest z gruntu paternalistyczne, a dobre prace po prostu zmuszają nas do myślenia, wcale nie są jednoznaczne, dokonują zmian w porządku widzialności, jak pisał chociażby Ranciere. Wierzę w sztukę polityczną, ale zdecydowanie nie w takie jej wydanie, które pojawia się w wypowiedziach demagogów sztuki, którzy bardzo chcą się utożsamiać z lewicą, albo prawicą i, którzy chcą by sztuka była ilustracją ich tez.

 

Ale oczywiście pytania stawiane przez kuratora o krytyczność czy wywrotowość sztuki wydają się aktualne, podobnie, jak pytanie, o rolę akademii w utwierdzaniu przekonania o sztuce jako wieży z kości słoniowej, a więc czymś, co z rzeczywistością (i polityką) nie ma nic wspólnego.

 

Krytyka wyrażona przez tę wystawę szczególnie dotyczy Akademii w Poznaniu. Bo, dlaczego właściwie, gdy miasto ogarnęła fala strajków, wyłamały się z tego tylko akademie wojskowe, milicyjne oraz PWSSP? Jaka była w tym rola rektora akademii - Jarosława Kozłowskiego, czy zniechęcił studentów do strajku i jak przekonał ich, że mają zająć się czymś innym? 

 

Kozłowski w swoich wypowiedziach podkreśla, że wierzy w sztukę, która jest ponad rzeczywistością. W zbiorze o sztuce Poznania pisałam o tym, że to między innymi jego zasługa, że w Poznaniu w latach 90. bardzo słabo obecna była sztuka krytyczna.

 

Z drugiej strony, kiedy mam wątpliwą przyjemność stykać się ze zwulgaryzowaną sztuką polityczną (bądź z jej różnego rodzaju manifestami), stanę murem za Kozłowskim, a za najbardziej polityczną (ale w dobrym znaczeniu tego słowa) uznam pracę z 1970 roku, która była prezentowana na Mediations Biennale, o którym napiszę niebawem:


 

P.S. właściwie chciałam pisać o historiach alternatywnych, bo według mnie wystawa w Psie jest ciekawa głównie ze względu na to, że dotyka tego problemu - "co by było, gdyby..." oraz tego, jak historie alternatywne są wizualizowane przez artystów. Przeczytałam jednak gdzieś ostatnio, że krytycy powinni wypowiadać się zwięźle i krótko, więc kończę! Namawiam jednak na zapoznanie się z oprowadzaniem Dawida po wystawie, utrwalonym przez Olę Polisiewicz w Obieg TV.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci