Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : kultura-popularna

Nasz narodowy kanibalizm

izakow2

 

1.08.2014 - 70. rocznica wybuchu powstania warszawskiego, oficjalne obchody, ale też powstanie jako atrakcyjny temat historii popularnej. A ja mam już dość tego kanibalizmu!


Sama historia powstania warszawskiego wpisywana jest w romantyczny paradygmat tradycji narodowo-wyzwoleńczej, która jest przede wszystkim historią bohaterstwa, odwagi, umiłowania czynu zbrojnego, często z góry skazanego na klęskę. Nasza oficjalna historia dokonuje swoistego uwznioślenia zbrojnych powstań, nie pyta o ich sens, wymazuje to, co potworne, dokonuje heroizacji uczestników i ich czynów (również bardzo ambiwalentnego udziału dzieci w powstaniu warszawskim – to Pomnik Małego Powstańca, Sala Małego Powstańca w muzeum, to również tegoroczna akcja (piknik?) „Podwórkowi powstańcy”, która ma odbyć się 3 sierpnia i przeznaczona jest dla dzieci w wieku od 5 do 12 lat).



 

Walka o wizję powstania jest walką o obrazy, a zarazem walką o wyobraźnię. Historia, która jest przedstawiona w samym Muzeum Powstania Warszawskiego ma przede wszystkim wymiar estetyczny. Ma uwodzić i nie zostawiać żadnych wątpliwości, co do sensu wybuchu powstawania. Kreowany jest tam dyskurs chwały, zaś interaktywność muzeum ma wymusić na zwiedzających poczucie uczestnictwa.  Widz muzeum ma nie tyle opłakiwać ofiary, ile wczuć się w ich wolę walki, odczuć ich męstwo, odebrać fakt uczestnictwa w powstaniu jako coś, w czym sam chciałby uczestniczyć. Ma poczuć się jak powstaniec, odczuć romantyczną potrzebę walki o niepodległość.

Opisywałam już na blogu wspomnianą salę Małego Powstańca, gdzie każde zwiedzające dziecko, słuchając piosenek Jana Pospieszalskiego, zakładając hełmy i ujeżdżając konie na biegunach powinno zapragnąć być małym powstańcem. Mój ośmioletni wówczas syn wyszedł z tej sali z obrzydzeniem.

Mówiąc o historii popularnej mam na myśli popularne interpretacje historii, a więc przede wszystkim filmy historyczne, reportaże, wspomnienia, fikcje, komiksy, muzykę popularną, koncerty, rekonstrukcje historyczne, gry wojenne, ale częściowo również muzea historyczne (w tym Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie można też pochodzić sobie po kanałach lub wypić kawę w kawiarni stylizowanej na Biklego).

Popularność tych form wynika z tego, że wzmacniają poczucie wspólnoty – z historią oraz z grupą ludzi, dla których równie ważna jest historyczna tradycja, ale w gruncie rzeczy przede wszystkim oferują rozrywkę. Ten rozrywkowy aspekt zabaw z historią znakomicie ujawnił w swoim filmie z 2013 roku Paweł Hajncel - polecam wszystkim zwolennikom rekonstrukcji.

Historia popularna to też różnego rodzaju „gadżety”, które można nabyć w muzeach, to także historyczne stylizacje czy wybrane elementy garderoby. W tym roku mytshirtdress wyprodukowało w limitowanej wersji koszulkę „Powstanie 44” ze śladem po kuli i plamą imitująca rozbryzganą krew.

 

 

Sarkastycznie powiedziałabym, że byłaby świetna na Marsz Zombie, ale towarzyszący reklamie napis: „W hołdzie Warszawie 44” w kontekście sprzedaży wizerunku tragicznej śmierci wydaje się pomysłem wyjątkowo wstrząsającym.  Jest to rodzaj kanibalizmu, którego jak najbardziej należy się bać…

Wspomniana przeze mnie historia popularna w dużej mierze kształtuje recepcję historii czy naszą historyczną świadomość. Historię II wojny światowej, wyzwolenia, powstania warszawskiego, a także Zagłady znamy nie tylko z podręczników historii, ale również z wersji sfabularyzowanych. W tych wersjach tragizm wojny przemieszany jest z elementami przygody, zabawy, romansu. Wymienić można tu produkcje, które przez długie lata zasilały wyobraźnię publiczności jak „Czterej pancerni i pies”, „Stawka większa niż życie”, produkcje komediowe (np. „Jak rozpętałem II wojnę światową”) oraz filmy poważniejsze, w których jednak również ważny jest wątek romansowy (np. „Kanał” Andrzeja Wajdy).

To także produkcje najnowsze – w tym roku powstały dwa filmy: „Powstanie Warszawskie” (reklamowany jako „pierwszy na świecie dramat wojenny non-fiction”) oraz „Miasto 44”, które pokazuje ponoć powstanie jak grę komputerową (Wojciech Engelking: „rzeź, jaka to świetna impreza”). A na marginesie, kiedy zobaczyłam zdjęcie z tego filmu, myślałam, że chodzi o nowy sezon mojego ulubionego serialu „Walking Dead”.

 


Ten ostatni to film o miłości, "Kanał" jakby został odesłany do lamusa...

W popularnych wersjach historii dominuje swoisty sentymentalizm, ujawnia się on równie mocno w muzyce popularnej czy w okolicznościowych koncertach. Na dzisiejszym koncercie rocznicowym, na którym śpiewano powstańcze pieśni publiczność otrzymała śpiewniki. Widziałam migawkę i zadrżałam na widok dzieci śpiewających z przejęciem: „Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój”.

Ta historia toczy się już od jakiegoś czasu, może od 2004 roku, kiedy otwarto Muzeum Powstania Warszawskiego. Można tam zakupić przeróżne pamiątki odwołujące się do powstania, a także gry i zabawki dla dzieci, m.in. grę planszową Zawiszak, układanki na temat powstania, powstańczy pamiętniczek, filiżanki z logo muzeum, a nawet cukierki krówki i wiele innych gadżetów. W roku 2009 firma Egmont Polska wydała grę planszową dla dzieci „Mali Powstańcy”. W tym roku firma Cobi wypuściła serię klocków „Powstanie Warszawskie”.

 

 

Zbigniew Libera, autor pracy „Lego. Obóz koncentracyjny” nie mógł przypuszczać, że jego artystyczna fantazja w nieco zmienionej wersji przerodzi się w realność. Warto też nadmienić o stylizacjach modowych „na powstanie”, w których zaczęli prześcigać się projektanci oraz szafiarki…

Można powiedzieć wręcz, że historia popularna zalewa nas wciąż nowymi reprezentacjami powstania, z których duża część skierowana jest do dzieci. Bo przecież, jak pisałam, jest to walka o wyobraźnię.

Ja na pewno nie posłałabym syna do powstania! „Sorry, Polsko” – jak śpiewa Maria Peszek -  „Lepszy żywy obywatel, niż martwy bohater!”. I przypominam na marginesie, że według Konwencji Genewskiej bezwzględnie zabroniony jest udział dzieci poniżej 15 lat w działaniach wojennych. Tym samym epatowanie dzieci figurą „małego powstańca”, zarażanie ich podniosłym nastrojem powstańczym, narzucanie im marzeń o walce, namawianie ich do zabaw w powstanie uważam za wyjątkowo obrzydliwe.

Podobnie obrzydliwe jest kupczenie obrazami śmierci. Od dawna już wiemy, że przeszłość stała się towarem, a wraz z nią towarem stały się cierpienie i śmierć. 


Oskarżam Polskę o żywienie się trupami. Może, zamiast śpiewać powstańcze pieśni, czas zacząć się leczyć z tego narodowego kanibalizmu!

 

P.S. A jeśli pojawi się pytanie o szacunek dla ofiar i pamięć, to odpowiem - nie wywlekajmy trupów i nie bawmy się na ich grobach, a pamięć powinna być przede wszystkim pamięcią krytyczną (czyli związaną z myśleniem o teraźniejszości i przyszłości).


Lublin dla wszystkich a sprawa kibiców

izakow2

W Lublinie kontrowersje wywołały grafiki, które miały znaleźć się na biletach komunikacji miejskiej. Organizatorem akcji, będącej częścią kampanii "Lublin dla wszystkich" jest Pracownia Sztuki Zaangażowanej Społecznie "Rewiry" działająca przy Centrum Kultury w Lublinie. Autorami komiksowych historii są Dominik Szcześniak oraz Maciej Pałka. 

 

 

 

 

Na rewersie biletów Żyd oraz czarnoskóry pojawią się wśród kibiców klubu piłkarskiego Motor Lublin. Miały być jeszcze dwie historyjki - na jednej z nich kibice deklarują: "Motooor! Dla was to tylko piłka! Dla nas styl życia!" i następnie całują się, a na innym obrazku przedstawiony jest Rom, który również jest kibicem i dlatego nie jest już wyzywany od "Cygana"..


Oprócz biletów, przygotowano też plakaty, które mają pojawić się na przystankach.

 


 

 

Wydrukowano już 2,5 miliona biletów, ale zostaną one zniszczone, gdyż Zarząd Transportu Miejskiego postanowił wycofać je ze sprzedaży po protestach kibiców Motoru Lublin, którzy uważają, że akcja jest prowokacją i szkaluje środowisko kibicowskie. 

 

O sprawie zaalarmował mnie Tomek Kitliński, można poczytać o tym w "Gazecie Wyborczej" oraz na stronie Tok FM, ja jednak nie jestem w stanie bronić entuzjastycznie tych biletów, choć oczywiście popieram całkowicie założenia akcji "Lublin dla wszystkich".

 

Drażni mnie, że grafiki, które mają występować przeciwko stereotypom są jednak w pewnym sensie stereotypowe... Czarny ukazany jako dzikus, Żyd - z pejsami i wielkim nosem, a wszyscy kibice są generalnie - brzydalami. Jest to więc specyficzny rodzaj groteski, która jak najbardziej broni się jako sztuka. Ale nie wiem, czy broni się jako akcja społeczna.


Paradoksalnie więc doceniam artyzm tych komiksowych opowieści, nie są to łzawe historyjki czy kiczowate obrazki, z pewnością w sposób ironiczny chcą zmusić do refleksji. Uderzają jednak w ludzi, którzy raczej nie podchodzą do siebie z ironią, pozbawieni są samokrytycyzmu, a jako specyficzna subkultura są też pozbawieni możliwości własnej reprezentacji. Bo kultura kibicowska wywodzi się z klas niższych, z dziewiętnastowiecznej rozrywki proletariatu, jaką była piłka kopana na ulicy ku przerażeniu i oburzeniu przedstawicieli burżuazji. Towarzyszyły temu pijaństwo i rozruby, a burżuazja robiła wszystko, aby tę rozrywkę okiełznać. Zresztą dlatego powstały stadiony, aby ograniczyć zasięg i widoczność tej karnawałowej przyjemności, jak pisze John Fiske w książce "Zrozumieć kulturę popularną". Zdyscyplinowanie tej przyjemności proletariatu udało się znakomicie, dzisiaj nawet wtargnięcie kibica na boisko, zamieniające się w czasie ulewnego deszczu w basen, jest już przestępstwem.


Czasy się zmieniły, ale piłce nożnej wciąż towarzyszy tamta aura rebelii i awantur, od czego zresztą odcinają się kibice, określający się jako "prawdziwi", co w kontekście przywołanych rozważań Fiske'a jest pewnym paradoksem. Oczywiście rasizm na stadionach jest zły, podobnie jak rasizm i ksenofobia w każdej innej dziedzinie. Tylko obawiam się, że te obrazki na biletach mogłyby przynieść odwrotny skutek - zamknięcie się kibiców w swoim poczuciu wykluczenia i urażenia. Bo doskonale wyczuwają oni protekcjonalizm skierowany w ich stronę. Paternalistyczny ton towarzyszył trosce o moralność klas niższych w XIX wieku, ale ten aspekt akurat jest wciąż obecny w jakichkolwiek dyskusjach na temat kibiców i ich zachowań.

 

Jest to specyficzny impas, ale i problem, jak prowadzić akcje społeczne, aby zwalczać szkodliwe postawy społeczne. Ja zresztą wierzę, jak Fiske, który opisuje początki piłki nożnej w kontekście karnawałowych przyjemności, że duża rolę do odegrania ma tu kultura popularna. 

 

A w tym konkretnym przypadku? Może należałoby zaprosić kibiców, aby wspólnie z artystami stworzyli wizualne wyobrażenia na rzecz walki z rasizmem na stadionach? Nie mam pojęcia, czy byłoby to możliwe, ale z pewnością mogłoby być ciekawe.

Bronię Figurskiego i Wojewódzkiego!

izakow2

 

Obejrzałam wczoraj „Pestkę” Krystyny Jandy z 1995 roku, film nakręcony na podstawie opowiadania Anki Kowalskiej. Film jest łzawą opowieścią o przekraczającej konwencje i niechcącej się angażować w stały związek Agacie, która zakochuje się w żonatym mężczyźnie. Dodać trzeba, że oboje są już niemłodzi, on ma nudną i cierpiącą na migreny żonę, dwójkę synów i jest wierzący, ona zaś ma jedynie przyjaciółkę oraz starszą matkę, której ze względu na swój romans nie ma czasu odwiedzić przed śmiercią. On ma straszliwe wyrzuty sumienia, targają nim sprzeczne uczucia (bo przecież rodzina jest najważniejsza) i w końcu ona, aby uratować jego małżeństwo i jego samego, rzuca się pod tramwaj i ginie (bo wiadomo, że kobiety ponoszą ofiary). W filmie ma też miejsce gwałt, którego na przyjaciółce Agaty – Sabinie dokonuje jej „obrzydliwie bogaty” mąż. Sabina zmuszona zostaje też przez niego do aborcji, jest nieszczęśliwa, ale go nie zostawi (bo wiadomo, że kobiety cierpią). Film można uznać za mizoginiczny i powielający stereotypy płci. Myślę, że dzisiaj, po niespełna dziesięciu latach, ta historia wydaje się już kompletnie anachroniczna. Ale może jest też tak, że ten film krytykuje owo powielanie ról (lekkomyślna kochanka, nieszczęśliwa żona, kobieta ponosząca ofiarę)? Nie bez znaczenia jest bowiem, że pojawia się w nim scenarzysta wymyślający tę banalną historię. Mimo wszystko po obejrzeniu tego filmu czułam niesmak, uderzył mnie zwłaszcza dość obojętnie przedstawiony gwałt. Jakby nigdy nic się nie stało.


Oczywiście sceny z gwałtem w filmie nikt przy zdrowych zmysłach nie odczyta jako pochwałę gwałtu czy namawiania do gwałtu, ale, co się dzieje, jeśli gwałt pojawi się jako temat żartu w programie satyryczno-publicystycznym, jakim jest „Poranny WF”? Czy powiedzenie, że gdyby moja Ukrainka (od sprzątania) była ładniejsza, to bym ją zgwałcił, jest tylko topornym żartem czy przejawem mizoginii i ksenofobii jednego z prowadzących program? A może wręcz namawianiem do gwałtu?


 

Wiem, że ściągnę na siebie burzę krytyki, że znienawidzą mnie feministki, ale ja sama, choć też feministka, uważam, że ten durny żart był elementem licentia poetica, wynikającej z formuły programu. A jako, że tego programu słuchałam z lubością, może należałoby w skrócie tę formułę wyjaśnić. Wojewódzki i Figurski wcielają się w programie w postacie dwóch szyderców Misiurę i Martenkę, którzy do absurdu doprowadzają każdą sytuację, która zaistniała w polskim życiu publicznym, politycznym, kościelnym czy też rozrywkowym, tym samym uwypuklając absurdy, które w naszej rzeczywistości wciąż mają miejsce. Przejaskrawiają i wyostrzają głupotę, bo to ona jest podstawowym celem ich ataków.


Nie uznając żadnego tabu, obśmiewają wszystko, co możliwe, a przede wszystkim żartują na tematy, które wydają się absolutnie nie śmieszne. Jest to humor wisielczy i drażniący, momentami bardzo prymitywny, ale przypominający rodzaj żartów z Monty Pytona. Są to zarazem żarty sytuacyjne i kontekstualne, a brnięcie w absurdalizację rozbawić może do łez (zwykle słuchałam tej audycji w samochodzie, a inni kierowcy patrzyli na mnie z politowaniem, niekiedy pukając się w czoło). A, gdyby, jakikolwiek z tych żartów wyrwać z kontekstu, groza może ogarnąć człowieka.


Bo przecież, jak można śmiać się z Afroamerykanów, gdy wokół panuje rasizm, z Żydów w kraju antysemickim, a co więcej, czy można wyobrazić sobie żarty na temat Zagłady (kiedyś Wojewódzki, zastrzegając, że jest Żydem, wyobrażał sobie, że będzie wrzucony do pieca i spalony)? Czy można śmiać się z homoseksualistów, feministek i w ogóle wszelkich mniejszości? Czy można żartować z Edyty Górniak i tysiąca innych celebrytów niewidzących nic poza czubkiem własnego nosa? Czy można żartować sobie z tragedii i martwych ludzi („po trupach do celu, każdy chce leżeć na Wawelu”)? A czy w Polsce można śmiać się z religii, na przykład dzwoniąc do Nieba, by umówić się na durną rozmowę z Panem Bogiem? Czy można obśmiewać kościelnych hierarchów od ojca Rudzyka po Jana Pawła II, naśladując jego głos z zaświatów? Czy można przedrzeźniać kościelne i polityczne ceremonie, żar wyznawców Radia Maryja, czy można kpić z bogobojnych wiernych, dzwoniąc do nich i umawiając się na poświęcenie najbardziej idiotycznych rzeczy lub miejsc?


No i w ogóle, z czego śmiać się można, a co tematem żartów być nie powinno?


Mam wrażenie, że w Polsce śmiać się za bardzo nie wolno, bo z jednej strony mamy bogoojczyźniane zastępy, obrażone każdym niewłaściwym użyciem symboli czy treści religijnych (przypadek Dody, do której jeszcze wrócę), a także bezczeszczeniem narodowych wartości, a z drugiej strony – mamy polityczną poprawność, gdzie wszelkie kwestie mniejszościowe tematem żartów również być nie mogą. I za to cenię „Poranny WF”, za pokazanie, że śmiać się można ze wszystkiego, a nasza wyobraźnia nie musi być poddawana ciągłej pacyfikacji, z jednej strony – przez stróżów moralności, a z drugiej – przez polityczną poprawność, która sama w sobie może być fałszywa.


Zastanawiam się bowiem czasami, czy np. traktowanie osoby niepełnosprawnej jako potrzebującej specjalnej ochrony, a co za tym idzie wielka uważność w doborze słów, a przede wszystkim pomijanie milczeniem samej niepełnosprawności nie jest też rodzajem dyskryminacji, a w każdym razie bardziej niż traktowanie takiej osoby na równych prawach, a więc również obśmiewanie jej przywar? Proszę, odpowiedzcie Państwo sobie sami na to pytanie.


Oczywiście żartowanie na temat gwałtu wydaje się równie niestosowne jak żartowanie na temat jakiejkolwiek innej przemocy albo na temat śmierci. Ale znowu poza-kontekstualne odczytanie tego żartu, jak ma to miejsce we wszystkich wypowiedziach niekryjących oburzenia na Figurskiego i Wojewódzkiego, wiąże się z niezrozumieniem formuły tej audycji i jej przesłania. Kuba Wojewódzki i Michał Figurski odnosząc się do wygranej Ukrainy ze Szwecją w fazie grupowej Euro 2012, zaczęli odtwarzać sytuację zawiści Polaków do Ukraińców wynikającej z tego, że współorganizatorom Euro poszło lepiej w pierwszym meczu niż Polakom, którzy zremisowali z Grecją. Skoro nam nam poszło tak sobie, a im lepiej, to teraz na nich przenosimy wszystkie frustracje i wylewamy wszelkie pomyje itp. Przedmiotem żartów byli więc „prawdziwi Polacy”, a nie Ukraińcy czy Ukrainki. Zresztą, kiedy Figurski próbował to tłumaczyć, wskazując, że jego słowa zostały źle zinterpretowane, znowu się na niego oburzono. A przecież ów program jest rodzajem dzieła autorskiego, i jak każde inne dzieło, (na przykład opisana przeze mnie na początku „Pestka”), nie może być traktowany dosłownie, ma swoje reguły, które wielu osobom mogą nie odpowiadać i mogą ich oburzać (moja matka potrafiłaby wysiąść z jadącego samochodu, byleby tego nie słuchać), ale nikt nie jest przecież zmuszony do słuchania tej audycji. Tylko problem pojawia się, gdy próbuje się tego prawa odmówić innym, żądając usunięcia programu z anteny. Może i jestem prymitywna, ale chcę mieć możliwość słuchania tego programu dalej!


Ponadto zastanawia mnie tak powszechne oburzenie na słowa, podczas, gdy faktyczna przemoc przechodzi niemal bez echa. Dlaczego nie protestowano równie głośno, gdy policja spacyfikowała pod stadionem w Warszawie Ukrainki z Femenu?


 

 

Jedynie na Feminotece udało mi się znaleźć protest przeciwko brutalności policji. Zresztą, czy nie było warto przyłączyć się do ukraińskich feministek, które protestują przeciwko wykorzystaniu kobiet prostytutek podczas Mistrzostw Europy w piłce nożnej? Bo przecież wiele z tych kobiet, o których mówią Femenki, jest zmuszanych do prostytucji i wiele z nich jest również gwałconych. Ukrainki zwięźle mówią o celu swoich protestów przeciwko Euro 2012: „Główną ideą tych mistrzostw w rozumieniu UEFA jest zarabianie pieniędzy, wykorzystywanie seksualne ukraińskich i polskich kobiet, oraz rozpijanie mężczyzn” i trudno odmówić im racji. Dlaczego więc nie było powszechnego oburzenia przeciwko brutalnej akcji policji i aresztowaniu Femenek, równie powszechnego, jak teraz – przeciw Figurskiemu i Wojewódzkiemu? A może chodzi o to, że Femenki są zbyt ładne, by były prawdziwymi feministkami, a ich akcje zbyt dwuznaczne, bo w końcu obnażając swoje piękne piersi, wpisują się w kulturę uprzedmiotawiającą kobiece ciała? A przecież, ładne, czy brzydkie, ważne jest to, jak zostały potraktowane przez policję.


Jeśli przyjrzeć się kilku wydarzeniom z ostatniego czasu – potwierdzeniu skandalicznego wyroku skazującego Dodę za jej słowa o autorach Biblii, aresztowaniu Femenek, przesłuchiwaniu Kory za śladowe ilości marihuany, które otrzymała w paczce jej suczka Ramona, a teraz zdjęciu z anteny Radia Eska (tudzież zawieszeniu) programu „Poranny WF” oraz ukaranie autorów przez KRRiT za przejaw ksenofobii, chamstwo i mowę nienawiści, przyznać trzeba, że żyjemy w państwie policyjnym, a wolność słowa nie jest tu w specjalnym poważaniu. I prawdę mówiąc to mnie niepokoi, jak również to, że niektóre protestujące przeciwko programowi feministki kręcą bicz na same siebie. Za chwilę to my możemy być oskarżone o niewybredne chamstwo, bo komuś nie spodobają się nasze wypowiedzi. Dlatego bronię wolności słowa i bronię Figurskiego i Wojewódzkiego!


I zastanówcie się Państwo nad tym, czy wolicie żyć w kraju, w którym nie można śmiać się z niczego czy w takim, w którym można śmiać się ze wszystkiego?



Sztuka w teledyskach - Crazy Barkleya

izakow2

Sztuką mogą być także teledyski.


Jednym z moich ulubionych jest wideoklip do piosenki "Crazy" Gnarlsa Barkleya (2006) wykonany przez Roberta Halesa.


Gnarls Barkley - Crazy from Motion Graphic. on Vimeo.



Autor klipu odniósł się do zabaw i testów psychologicznych, których podstawą są atramentowe kleksy, które mogą wywoływać najróżniejsze skojarzenia.

 

W tym przypadku kleksy przechodzą jeden w drugi, zmieniają się niczym obraz w kalejdoskopie. Są też wieloznaczne, każdy wybrany obraz może mieć wiele odczytań, jak w słynnym przedstawieniu królika a zarazem kaczki (choć widzieć można tylko albo królika, albo kaczkę).

 

 

Odnieść można więc ten teledysk również do problemu złudzeń optycznych, a także do tych kwestii, o których pisał wielokrotnie już tu przywoływany Ernst Gombrich, że podstawą sztuki jest projekcja będąca właściwością naszej psychiki, a polegająca na możliwości zobaczenia w kształtach nie mających nic wspólnego na przykład z ludzką anatomią (jak atramentowe kleksy) czegoś zupełnie innego (np. kształtu twarzy).


Projekcja charakterystyczna jest dla dziecięcych zabaw, np. gdy kora może stać się pistoletem albo łódką. To również dostrzeganie w chmurach na niebie obrazów czegoś zupełnie innego, choćby kształtów zwierząt. Projekcja jest właściwością psychologii widzenia, ale, jak wskazuje Gombrich, można ją uznać również za impuls, który doprowadził do powstania sztuki.


Autor "Sztuki i złudzenia" przywołuje myśl Albertiego: „Sądzę, że sztuki, które zmierzają do naśladowania tworów natury, zrodziły się w taki sposób: pewnego dnia w pniu drzewa, bryle gliny lub w innej rzeczy, odkryto przypadkiem jakieś zarysy, które niewiele trzeba było zmieniać, aby stały się podobne do przedmiotów naturalnych”. Można też wspomnieć mit o powstaniu malarstwa poprzez obrysowanie cieni w chacie garncarza. 


Podstawą istnienia sztuki jest więc nasza wizualna wyobraźnia. A teledysk do "Crazy" pokazuje to w sposób genialny.


To również a'propos pytania w komentarzu pod poprzednim wpisem - czym jest sztuka?

Ambiwalentny Warhol

izakow2

 

Fascynują mnie różne odczytania sztuki Andy’ego Warhola. Większość interpretatorów podkreśla, że utożsamił on sztukę z towarem, a galerię ze sklepem. Mowa jest o aprobacie rzeczywistości kultury konsumpcyjnej i o wskazaniu na jej demokratyzację (słynna wypowiedź o coca-coli). Inni podkreślają, że sztuka Warhola to przede wszystkim czar i blichtr, za którym nic się nie kryje, a dokładnie kryje się pustka będąca charakterystyczną cechą kultury popularnej. Pisał tak Jean Baudrillard analizując obrazy ukazujące Marilyn Monroe – obrazy, które tak jak wiele innych prac Warhola, powielają jeden medialny wizerunek.


 

Trudno odnieść je do rzeczywistości. Są raczej symulacjami, kopiami kopii. Wizerunek Marilyn to jeden z najbardziej rozpoznawalnych znaków-towarów w świecie cyrkulacji obrazów.


 

 

Nie ma w tych obrazach prawdziwej Marilyn. Bo przecież, choć mało, kto znał ją naprawdę, niemal wszyscy znamy jej medialny obraz: boskiej Marilyn. To ekran wykreował ją na boginię seksu. Jaka była naprawdę, kim była? – o tym nie mówi nic jej wizerunek, a co więcej, właściwie wydaje się to nieistotne. Dlatego też można wskazać tu na dewaluację oryginału – a właściwie jego brak.


 

Według Baudrillarda wszystko, co łączy się z Warholem, jest sztuczne – „obiekt jest sztuczny, ponieważ nie zależy od podmiotu, tylko od przynależnego do obiektu pożądania (pożądania obiektu)”. Filozof pisał, że Warhol jako pierwszy urzeczywistnił logikę fetyszu, związaną z osobliwością pustki. Dlatego też nie istnieje nic poza figuracją: „Marilyn-gwiazda gra samą siebie: zdobywa sławę tylko dlatego, że weszła w czysty obraz samej siebie – w czystą figurację samej siebie”. Brak tu więc odniesienia w rzeczywistości, brak oryginału, istnieje jedynie świat medialnych reprezentacji.


 

 

Trudno mi zgodzić się z negatywną diagnozą pop-kultury postawioną przez Baudrillarda, zwracającą uwagę na pustkę. Uważam, o czym już pisałam, że kultura popularna jest obszarem, na którym toczy się walka o znaczenia, że odczytywana bywa na różne, często sprzeczne sposoby i, że może służyć postępowi społecznemu. Teoria symulakrów jest bardzo efektowna, ale raczej nie pozwala na zrozumienie mechanizmów kultury popularnej. Podobnie zresztą jest ze sztuką Warhola – interpretacja akcentująca jej symulacyjność, płaskość, kryjącą się za tymi obrazami pustkę – tak naprawdę tej sztuki nie wyjaśnia.  


Wolałabym inaczej patrzeć na sztukę Warhola. Był on zafascynowany sprzężeniem między sławą a tragedię. Marilyn Monroe portretował już po jej samobójczej śmierci. Zwracał w swych obrazach uwagę na to, czym fascynują się media, na tragedie i sensacje z lubością konsumowane przez odbiorców. Wskazuje się, że artysta uwiecznił amerykański mit o sławie, ale ukazał też jego ciemną stronę. Symbolom kultury amerykańskiej, takim jak Superman, Coca cola czy dolar, towarzyszą też antysymbole takie jak krzesło elektryczne. W tym kontekście pisał o artyście Thierry de Duve, wskazując, że Warhol urzeczywistnił amerykańskie marzenie do granic koszmaru i ukazał jego straszliwy impuls prowadzący do śmierci.

 

Warhol uwieczniał wypadki samochodowe, zamieszki na tle rasowym, przedstawiał Jackie Kennedy po zamachu na jej męża, powielał obrazy krzesła elektrycznego. Swoją drogą, to właśnie obrazy z krzesłem elektrycznym dają do myślenia, jeśli chodzi o kwestię pustki. Puste krzesło elektryczne to brak człowieka, którego już nie ma, który został zabity w majestacie prawa. Ta pustka jest tutaj porażająca. Dlatego prace Warhola interpretowane są również jako politycznie zaangażowane.

 

  

 

Pisał o tym Thomas Crow, wskazując, że fascynowały Warhola otwarte rany w amerykańskim życiu politycznym. Obrazy krzeseł elektrycznych uznać można za rodzaj agitacji przeciwko karze śmierci, a obrazy ukazujące zamieszki na tle rasowym można traktować jako dowód poparcia dla walki czarnych o swoje prawa.  Crow osadza więc sztukę Warhola w nurcie mówienia prawdy. 


 

Z kolei ta interpretacja wydaje się nieco naiwna, zwłaszcza w kontekście ironii czy wręcz sarkazmu typowego dla Warhola. Mówił przecież, że zależy mu tylko na karierze, która jest tożsama z sukcesem finansowym. Wskazywał też, że ludzie kupują sobie obrazy ukazujące krzesła elektryczne w takich kolorach, aby pasowały im do sypialni.


Czy był więc Warhol wnikliwym obserwatorem kultury popularnej potrafiącym wydobyć na jaw charakterystyczną dla niej pustkę czy artystą zaangażowanym? Czy tylko rejestrował medialną rzeczywistość czy opisywał ją w sposób krytyczny?


Hal Foster powiada, że należałoby raczej ukazać, że tego rodzaju interpretacje można połączyć. Pyta on: „Czy da się interpretować obrazy z serii Death In America jako referencjalne i symulakralne; powiązane i oderwane; odwołujące się do emocji i pozbawione emocji; krytyczne i obojętne?” Wskazuje, że jest to możliwe, jeśli zinterpretuje się je w kategoriach realizmu traumatycznego.


Ja z kolei wróciłabym to interpretacji kultury popularnej, gdyż to od nas jako odbiorców zależy, jakie znaczenia tym pracom nadamy, czy odczytamy je jako wyraz fascynacji czy jako wyraz krytyki, a może właśnie uda się nam dostrzec w nich sprzeczne znaczenia czy wręcz - walkę o znaczenia. Ja w każdym razie lubię tę sztukę właśnie za jej ambiwalencję.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci