Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : LGBTQ

Transeuropa w Lublinie

izakow2


5 maja w Lublinie rozpoczyna się festiwal "Transeuropa". Podjęte zostaną kwestie mniejszościowe (zarówno żydowskie, jak i LGBTQ). To z jednej strony próba powrotu do tradycji wielokulturowego, zróżnicowanego Lublina, a z drugiej uderzenie w ksenofobię i nacjonalizm, które są chyba szczególnie silne na tych terenach (a może jest to stereotyp, który taki festiwal pomoże zanegować?). To zarazem postawienie pytania, czy Lublin jest miastem otwartym - otwartym na przybyszów, na innych, na mniejszości. Bo to stosunek do mniejszości jest w gruncie rzeczy największym testem na demokrację.
Niestety sama nie dam rady pojechać, ale jeśli będziecie w okolicach, to gorąco namawiam, a poniżej tekst Tomka Kitlińskiego na temat festiwalu:

 

Sztuka, by zmienić Lublin. Lublin, by zmienić sztukę

Tomasz Kitliński

 LGBTQ i inne mniejszości ożywiają Lublin. To miasto między Polską a Ukrainą stanowiło przed Zagładą centrum kultury żydowskiej, a w XVI wieku ośrodek Reformacji. Sto sześćdziesiąt lat temu, Narcyza Żmichowska, feministka i autorka powieści Poganka (przełożonej ostatnio na angielski przez Ursulę Phillips) opiewała miłość między kobietami i za swój bunt wolnościowy uwięziona została przez władze carskie w Zamku Lubelskim. W międzywojniu, awangardzista Józef Czechowicz pisał poezję homoerotyczną i fotografował żydowski Lublin.

Choć uprzedzenia są silne, wyłania się dziś homo-Lublin: działają grupy upominające się o prawa mniejszości (Kampania Przeciw Homofobii, stowarzyszenie Faber Homo, Amnesty International, kolektyw alternatywny Tektura). Lubelscy artyści uczestniczyli w wystawach Pawła Leszkowicza Miłość i demokracja oraz Ars Homo Erotica w warszawskim Muzeum Narodowym. Ale Lublin nie jest wolny od polityki antymniejszościowej: w roku 2006 została zakazana wystawa przeciw fundamentalizmowi Tiszert dla wolności, a w roku 2009 skinheadzi zagrozili pokojowemu zgromadzeniu LGBTQ. Mimo naszych protestów, w roku 2010 neonazistowski marsz przeszedł głównymi ulicami miasta, w tym dawnej dzielnicy żydowskiej.

Przedstawiona w Galerii Labirynt podczas Festiwalu Transeuropa, wystawa Miłość to miłość ewokuje przestrzeń inności w sercu lubelskiego Starego Miasta, Żydowskiego Miasta Lublina. Ekspozycja przeciwstawia się wykluczeniom kulturowym w Lublinie i wzywa do równych praw w całej Europie. Wystawa prezentuje kampanię widzialności lesbijek i gejów Niech nas zobaczą, zakazywaną i wandalizowaną w roku 2003, ale popieraną przez Izabelę Jarugę-Nowacką, feministkę i obrończynię praw LGBTQ, która zginęła w katastrofie smoleńskiej. Na wystawie podobne kampanie z Chorwacji, Włoch i Wielkiej Brytanii tworzą panoramę sztuki aktywistycznej. Takie współdziałanie sztuki i sfery publicznej mogłoby zostać określone jako performowanie praw człowieka w sztuce (Lois Weaver i Lois Keidan), demokracja performatywna (Elżbieta Matynia), polityka rzeczy drobnych (Jeffrey C. Goldfarb) czy rewolta  intymna (Julia Kristeva).

         Kurator wystawy, Paweł Leszkowicz, uważa sztukę queer za nową dysydencję w Europie: to sztuka intymnej demokracji. Według niego, wobec represyjnego tła, kultura wizualna i kampanie LGBT rozwijają się dynamicznie,  reprezentując seksualny/polityczny bunt i tworząc alternatywną egzystencję oraz społeczeństwo obywatelskie. W swych wystawach, Leszkowicz  dowodzi, że nowa fala sztuki queer jest niezwykle silna w Europie Środkowo-Wschodniej. „Czas walki”, jak nazwał on jedną z części wystawy Ars Homo Erotica, inspiruje wyraz artystyczny.

          Leszkowicz argumentuje, że miłość pogłębia i personalizuje ideał demokratyczny, demokracja zaś promuje różne modele miłości. Przeciwstawiając się nietolerancji i politycznej homofobii, sztuka współczesna w naszej części Europy to pierwszy krok ku demokracji intymnej, która oznacza akceptację różnorodnych kultur, różnorodnych tożsamości, różnorodnych miłości.


Plakat chorwackiej organizacji lesbijskiej LORI z 2002 roku

 

W ramach Festiwalu Transeuropa w Cluj Napoca odbywa się wystawa Pulse, in the Veil insirowana Ars Homo Erotica Leszkowicza. Organizatorzy rumuńskiej ekspozycji piszą, że pokaz stanowi „gest polityczny poprzez otwarcie dialogu na temat miłości i pragnienia tej samej płci w Rumunii, w miejscu, gdzie jest to nadal tabu”. W Lublinie Festiwal Transeuropa obejmuje Miłość to miłość, debaty, warsztaty  i prezentację o niepokornych Żydówkach pochodzących z Lubelszczyzny: rewolucjonistce Róży Luksemburg, przywódczyni Bundu Belli Szapirze i artystce queer Nan Goldin. Spotkanie z Ireną Grudzińską-Gross, współautorką studium Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów zaplanowano w Ośrodku „Brama Grodzka-Teatr NN”, który odnawia żydowskie życie w mieście. Inne dyskusje o żydowskim, ukraińskim i romskim Lublinie odbędą się także na Festiwalu Transeuropa. Międzykulturowość, płeć, queer i ekologia stanowią główne tematy Festiwalu.

Aktualne pozostaje pytanie etyczne: jak praktykować gościnność, żyć razem, troszcząc się o siebie i Innych, szanować tożsamości oraz różnice? Jak pielęgnować nasze wspólne człowieczeństwo - z uchodźcami umierającymi na granicach UE, kobietami, migrantami zamienionymi w niewolników, z Żydami, Romami, bezdomnymi, bezrobotnymi, osobami transgenderowymi i homoseksualnymi? Jak ograniczyć nadmierne, wręcz patologiczne, hołdowanie ścisłemu należeniu do „normy” (dominujący naród, heteronormatywność, grupa uprzywilejowana ekonomicznie) ze szkodą dla tych, którzy nie należą?

Inspirowani Biblią hebrajską, filozofowie Levinas i Derrida projektowali miejsce spotkania, myślenia i troski o inność w pomyśle kosmopolitycznego miasta otwartego (ville franche) czy miasta-schronienia (ville refuge).  Ich komentatorzy, Simon Critchley i Richard Kearney, określają to miasto jako przestrzeń, gdzie „migranci mogą szukać schronienia od prześladowań, zastraszenia i deportacji”. Myślicielka Hélène Cixous rozwija ideę gościnności w jej nadzwyczajnych pismach teatralnych i innych tekstach. W trakcie odwiedzin w Lublinie, historyk sztuki Piotr Piotrowski mówił o pojęciu muzeum krytycznego, które mogłoby inspirować „krytyczne, samokrytyczne miasto”; samokrytyczne otwarte miasto schronienia jest pilnie potrzebne tu i teraz.

Lublin szczyci się teatrem eksperymentalnym i sztuką. Galeria Labirynt przedstawiła prace feministyczne Zofii Kulik i Natalii LL; Waldemar Tatarczuk z Magdaleną Linkowską pracują nad nowym programem Galerii i podczas Festiwalu Transeuropa zaprezentują heterodoksyjne przedstawienia Madonny w malarstwie Katarzyny Hołdy. Żywimy nadzieję, że Miłość to miłość i inne wydarzenia Festiwalu wzmocnią na nowo różnorodność Lublina. Wystawa pielęgnuje dysydencję seksualną i odmienność uczuciową – i otwiera miasto. Czy Lublin będzie znów cosmopolis? Czy znikną fobie przeciw gejom, kobietom, „przybyszom”? To zależy od nas.


Igor Grubić, East Side Story, 2006-2008

 

Przygotowana w Lublinie, wystawa Miłość to miłość. Sztuka jako aktywizm LGBTQ – od Brytanii po Białoruś bada performatywne kampanie praw LGBT i sztukę queer w Europie. Poprzez estetykę, różnorodność miłości proponuje etykę równych praw. Mniejszości uczuciowe – zawsze twórcze w Lublinie – komponują swój autoportret; obok prac Igora Grubića (Chorwacja), Franko B (Włochy/Wielka Brytania) i grupy Bergamot (Białoruś), są tu kampanie z różnych regionów kontynentu i zawierają naszą fotografię – pary gejowskiej z Lublina – oraz instalację stu książek LGBT, wymyśloną w tym mieście. Ponad granicami, ponad uprzedzeniami, wystawa tworzy obraz gość-innych Lublina i Europy.

 

Męskość ranliwa

izakow2

Dzisiaj w WSNHiD w Poznaniu otwarta zostanie wystawa prac Bartosza Buszkiewicza połączona z prezentacją poezji Kuby Wojtaszczyka w ramach projektu nazwanego przez autorów Naczynie.


To niezwykła prezentacja stworzona przez studentów kulturoznawstwa, którzy w swoistym dialogu sztuk wypowiadają się na tematy dla nich ważne, wskazując między innymi na problematykę męskości, homofobiczne odrzucenie, poszukiwanie własnego miejsca w rzeczywistości, która wyznacza sztywne granice tożsamości.




 

Prace Bartka Buszkiewicza niepokoją, mogą drażnić, ale zarazem jest w nich dużo delikatności, intymności, odsłonięcia siebie. Odsłonięte zostaje jakieś zranienie, pęknięcie odnalezione we własnym „ja”. Ukazaną tu męskość określić można jako "ranliwą". Podziwiam za tę szczerość. I trzymam kciuki za artystyczny rozwój.




Ars Homo Erotica i Ars Erotica

izakow2

 

Za nami otwarcie wystawy „Ars Homo Erotica” w warszawskim Muzeum Narodowym. To bardzo dobra wystawa przygotowana przez Pawła Leszkowicza w świetnej aranżacji Ramana Tratsiuka. Wystawa ważna, gdyż to pierwsza w Polsce (i nie tylko w Polsce!) prezentacja usuniętej na margines homoerotycznej ikonografii, która istnieje w sztuce od czasów najdawniejszych. Zarzuty, które pojawiały się przed wystawą, że jest ona jedynie dla gejów i lesbijek są zupełnie absurdalne. Tak, jak absurdalny byłby argument, że wystawa sztuki religijnej, która powstawała najczęściej na zlecenie kościoła katolickiego, jest tylko dla katolików, albo, że np. obrazy przedstawiające bukiety kwiatów są tylko dla florystek a obrazy marynistyczne tylko dla żeglarzy. Przyznacie Państwo, że gdyby padły te ostatnie argumenty, trudno byłoby potraktować je poważnie. Tematy religijne, erotyczne, florystyczne, marynistyczne i wiele, wiele innych składają się na rozległy krajobraz sztuki dawnej. Tak się jednak stało, że w obrazie dawnej sztuki, który kształtują instytucje (historia sztuki, muzea, krytyka artystyczna i inne) dominuje perspektywa męska i heteroseksualna. I nawet, jeśli w kanonie dawnej sztuki jest miejsce na arcydzieła choćby Michała Anioła czy Caravaggia, to jednak kwestia ich seksualności, jako, że nienormatywnej, zostaje pominięta milczeniem. Kanon nie był tworzony z perspektywy uniwersalnej, tworzony był przez określonych ludzi, o określonym statusie społecznym, mających określone upodobania.  

W roku 1994 w warszawskim Muzeum Narodowym miała miejsce wystawa „Ars Erotica” która, jak twierdziły jej kuratorki, Elżbieta Dzikowska i Wiesława Wierzchowska, była największym dotychczasowym przeglądem współczesnej sztuki erotycznej w Polsce. Autorki wystawy zauważyły zróżnicowanie podejść artystek i artystów do erotyki, jasne i ciemne strony erotyzmu, ale jednak ich wybór oraz przedstawienie tematu, wpisywał tę sztukę w heteronormatywny ogląd. Choć były na tej wystawie prezentowane prace, w których uwidaczniał się homoerotyzm: Izabelli Gustowskiej czy Igora Mitoraja.

Maria Janion w katalogu „Ars Erotiki”, przywołując „Cierpienia młodego Wertera”, pisała o romantycznej miłości, o szaleństwie, cierpieniu i umieraniu z miłości. W takiej perspektywie nawet erotyka obciążona jest straceńczą wizją i zamiast przyjemności pojawia się kult cierpienia. W jakiś sposób uwidoczniło się to również w niektórych pracach pokazywanych na „Ars Erotice”, gdzie więcej było bólu niż przyjemności, smutku (np. u Zbyluta Grzywacza), aniżeli radości. Według mnie, w tym „prawidłowym” i „poprawnym” erotyzmie, dominowała wizja sadomasochizmu, co potwierdza tezę Ewy Lajer-Burchardt o polskiej samomasochistycznej kulturze.

Wystawa Pawła Leszkowicza zrywa więc nie tyle z dominacją paradygmatu heteroseksualnego, ile przede wszystkim z erotyczno-cierpiętniczym paradygmatem na rzecz pochwały przyjemności. Oczywiście wystawę można (i powinno) się krytykować. Mam problem z niesproblematyzowanym męskim aktem. Szkoda, że wystawa przeciw wykluczeniu w jakiś sposób jednak kontynuuje tradycję wykluczeń. Brakuje ciał kolorowych, gdyby był chociaż malutki Mapplethorpe..., albo niepełnosprawnych (mam na myśli chociażby homoerotyzm w dawnych pracach Artura Żmijewskiego). Jest to w gruncie rzeczy wystawa dość grzeczna (sadomasochizm, który może nawet zdominował „Ars Erotikę” na „Ars Homo Erotice” pojawia się marginalnie). Zabrakło mi Tamary Łempickiej i bardziej kolorowych czy odważnych przedstawień erotyzmu lesbijskiego. Nie mam jednak zamiaru czepiać się Pawła Leszkowicza, choć pewnie podejmę jeszcze dyskusję z tą wystawą.  To jego autorski wybór, nieoczywisty i intrygujący (np. „Ganimedes”), estetyczny, ale też niezapominający o polityce („Czas walki”). To bardzo ważna wystawa i chwalić trzeba Muzeum Narodowe w Warszawie, że tę wystawę zorganizowało. Bo kanon, o którym pisałam na początku należy problematyzować i zmieniać, jeśli tylko chcemy by sztuka (także ta dawna) była dla nas wciąż czymś żywym i fascynującym.


 

Fragment pracy Davida Ćernego. O zamieszaniu i historii związanej z tą pracą tutaj 

Klęska feminizmu i queer?

izakow2

Zmieniam na chwilę temat, bo na homikach.pl ukazała się bardzo ciekawa diagnoza sytuacji politycznej, autorstwa Tomka Kitlińskiego i Pawła Leszkowicza, z towarzyszącym jej rysunkiem wspomnianego ostatnio przeze mnie Mariusza Tarkawiana.


 

 

Diagnoza zatytułowana jest „20 lat minęło z naszej perspektywy i nic” i dotyczy klęski postępowej polityki feministycznej i queer w Polsce. Jest to opis sytuacji bardzo pesymistyczny, wskazujący na to, że w zakresie prawnym, jeśli chodzi o wolności obywatelskie nic się nie zmieniło.


„Po pierwsze, restrykcyjne przepisy antyaborcyjne wprowadzone w 1993 r. i wynikająca z nich okrutna praktyka pozostały niezmienione, a przyszłość wygląda tu jeszcze mroczniej - jesteśmy wciągani w coraz bardziej restrykcyjną politykę reprodukcyjną”. I „po drugie, żaden przepis prawa polskiego nie gwarantuje zabezpieczenia praw par jednopłciowych. Polska jest jednym z niewielu europejskich krajów nie posiadających tego rodzaju rozwiązań prawnych. Jedynym przepisem chroniącym osoby homoseksualne przed dyskryminacją jest kodeks pracy, gdzie wprowadzenie takiego rozwiązania było wymuszone przyjęciem dyrektywy o zatrudnieniu przy wejściu do Unii”.


Kitliński i Leszkowicz piszą dalej:


„(...) ciągle żyjemy w społeczeństwie, które nie uznaje naszych podstawowych praw obywatelskich. Żyjemy w wyjątkowo dwoistej sytuacji - i dlatego właśnie zadajemy pytanie o klęskę. Bo nie odnieśliśmy prawdziwego zwycięstwa.
Nauczyliśmy się akceptować ten niesprawiedliwy stan rzeczy, a często wręcz udajemy, że nasza kultura jest otwarta i liberalna, bo obecny jest w niej silny nurt dyskursu dotyczącego płci i seksualności - mimo, że rozwiązania polityczne i prawne pozostają daleko w tyle za nim, pozostawiając Polskę i NAS na obrzeżach europejskiej cywilizacji praw człowieka”.


Zmienia się również perspektywa autorów patrzenia na sztukę feministyczną oraz queer:


„Kiedyś uważaliśmy sztukę feministyczną i queerową za rodzaj rodziny zastępczej dla demokracji i praw obywatelskich w Polsce, za zwiastun i siłę inicjowania zmiany.


Dziś jednak chcielibyśmy zmienić perspektywę i pokazać sztukę jako pesymistycznego proroka, pokazującego klęskę postępowej polityki w naszym kraju i świadka tego specyficznego dualizmu i hipokryzji otwartego/zamkniętego społeczeństwa i kultury, z którymi musimy się mierzyć i żyć”.


Tu już od siebie zadałabym pytanie, czym więc jest ta sztuka? W najlepszych przypadkach – obszarem uświadomienia, wentylem bezpieczeństwa, a w najgorszym – modą, jak sugerowała niedawno jedna z moich komentatorek, która ułatwia sukces artystyczny? Czy więc twierdzenie, że sztuka ma polityczną siłę jest jedynie ułudą?


Kitliński i Leszkowicz kontynuują:


„Nie zrobiliśmy wystarczająco dużo. Pławimy się w substytutach - rozmawianiu, publikowaniu, maszerowaniu, wizualizowaniu, na które pozwala się nam w tym „demokratycznym” kraju, aby utrzymać nas we frustrującym stanie zmniejszającym napięcie i stwarzając iluzję liberalizacji.
Jest to iluzja demokracji (...)”.


A może też trzeba zmienić opcję i zacząć baczniej przyglądać się regułom neoliberalizmu i wpływom rynku? Czy nie jest czasami tak, że wykształcone, dobrze zarabiające kobiety z dużych miast, żyjące w partnerskich związkach, korzystające z uroków pop-kultury w zasadzie prawie żadnej dyskryminacji na swojej skórze nie odczuwają? Kultura popularna czy wychwalany niegdyś przez Leszkowicza liberalizm, odsyłają mizoginizm do lamusa. Chyba gorzej jest z homofobią, ta wydaje się w Polsce silniejsza, ujawnia się w widocznym wciąż w kulturze popularnej dominującym heteronormatywie. Ale z drugiej strony, czy nie jest tak, że narzekać aż tak bardzo na sytuację nie mogą geje i lesbijki z wolnych zawodów, naukowcy, artyści, którym te referaty, publikacje, wizualizacje przynoszą konkretne profity? Takich profitów nie daje polityka, która również jest jak żmudna orka na ugorze (tu prostuję „donos” Banasiaka, sama już od dawna w polityce nie działam).


Czy nie należy raczej wyjść poza swój ogródek i na ten obraz przedstawiony przez Kitlińskiego i Leszkowicza nałożyć problem wykluczeń ekonomicznych, związanych z biedą, długotrwałym bezrobociem, brakiem wykształcenia i związanym z tym brakiem perspektyw i brakiem szans na samorealizację?


Ustawa antyaborcyjna uderza w kobiety biedne, żyjące w tradycyjnych rodzinach. Podobnie homofobia sprawia, że młodzi ludzie z tradycyjnych rodzin często skazani są na swoistą autocenzurę, cenzurując swoje uczucia, skazując się niejednokrotnie na dramaty czy życie w nieudanych związkach.


Niestety podobnie, jak autorzy tekstu, za bardzo konkretnych rozwiązań nie widzę (oni sami piszą o realizacji utopii). Może rewolucja? (ale kto ma ją wywołać skoro nam samym jest w miarę dobrze?)  Może dalsza liberalizacja? (ale ta prowadzi do pogłębienia wykluczeń ekonomicznych) A może nowa solidarność, która pozwoli nam wyjrzeć poza swoje opłotki? (choć zawsze pozostaje niebezpieczeństwo, że będziemy w takim przypadku kolonizować innych i wypowiadać się w ich imieniu). Może jednak praca u podstaw (ale ta jest faktycznie żmudna i nie przynosi żadnych widocznych efektów)? A może wszystkie te strategie razem?

Marsz Tolerancji w Krakowie

izakow2

Pisząc o Manifie 8 Marca, próbowałam wyśledzić znaczenia prasowych zdjęć oraz medialnych przekazów. Niestety miałam ambiwalentne odczucia dotyczące tego, kto zyskuje w tych rozgrywkach przewagę wizualną: feministki czy rzekomi obrońcy życia.


Media i fotoreporterzy sami wpadli w pułapkę tej ambiwalencji, indywidualizując przeciwników wolności wyboru, powtarzając ich przekazy poprzez dokładne ukazywanie ich transparentów lub relacjonując rozhisteryzowane reakcje jako istotne argumenty.


Wydaje mi się, że te przekazy wizualne są ważniejsze niekiedy niż suche informacje, bo przekaz wizualny dociera bardziej do podświadomości, działa na emocje, w dość prosty sposób wywołuje sympatie lub antypatię.


Dziś odbył się w Krakowie Marsz Tolerancji. Pierwsze fotografie zamieszcza portal Gazety.


I akurat w tym przypadku przekaz wizualny nie pozostawia wątpliwości, po której stronie stanąć. Media jak zwykle chętnie wydobywają konflikt: uczestnicy Marszu Tolerancji kontra przeciwnicy: Wszechpolacy, faszyści i kibice.


Znaczenia tych fotografii są dość jasne:



 

Kolorowy, pokojowy Marsz Tolerancji kontra:


 

Nienawiść, agresja i zaciśnięte pięści. Oto "polska tradycja i kultura", bo to przecież właśnie pod tymi hasłami odbywała się kontrmanifestacja.


Nie dochodzi do konfliktu, bo nad wszystkim czuwają policjanci wyglądający niczym armia klonów ze „Star Wars”:


 

Ten antagonizm jest ogromny. Oczywiście najważniejsze pytanie powinno brzmieć, jak go zmniejszyć, jak zapobiegać takiej agresji, jak leczyć tych ludzi z nienawiści. To powinno być zadanie dla państwa. To w szkołach powinny być lekcje uczulające na różnice, uczące akceptacji dla tych różnic. Bo bez różnic nic nie ma, nie ma rozwoju, jest stagnacja. Brak różnic to klęska demokracji. I dlatego trzeba bić na alarm, że edukacją zajmują się w tym kraju tacy ludzie jak Giertych czy Orzechowski.


Dobrze, że przekaz wizualny był w przypadku tego Marszu jasny.


Bo Marsz Tolerancji jest też probierzem demokracji. Zarazem pokazuje dwie Polski: jedną – kolorową, radosną, otwartą na inność i drugą, kreowaną przez część prawicowych polityków: ksenofobiczną, zamkniętą, nienawistną w stosunku do innych, ośmielę się powiedzieć – faszystowską.


Każda i każdy z nas powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, w jakiej Polsce chce żyć i co zrobić, żeby ograniczyć tę agresję i nienawiść. Każda i każdy z nas, jeśli chce żyć w Polsce wolnej i otwartej, powinien dziś promować homoseksualizm. Powinniśmy powiedzieć, że wszyscy jesteśmy gejami i lesbijkami i nie życzymy sobie wszechpolskiej i faszystowskiej propagandy na ulicach. Liczę, że dojrzejemy do tego.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci