Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : feminizm

Niewidzialna praca kobiet-artystek

izakow2

W ostatnim czasie ukazały się Polsce co najmniej dwa opracowania dotyczące prekaryzacji pracy twórczej, braku honorariów dla artystów za udział w wystawach, braku zabezpieczeń socjalnych, silnej polaryzacji dotyczącej dochodów artystów oraz innych procedur wyzysku. Problemem jest brak namysłu nad zróżnicowaniem płciowym pracy artystycznej. Autorzy „Fabryki Sztuki” piszą: „Kwestie płci i powiązanych z nimi niesprawiedliwości pozostają niewidoczne i nierozpoznane”. Rozmawiałam dzisiaj z Mikołajem Iwańskim, który powiedział mi, że ten temat nie doczekał się do tej pory opracowań w ramach działań Ogólnopolskiego Forum Sztuki Współczesnej (choć prawdopodobnie pojawi się ze względu na przypadek bardzo złego potraktowania pewnej znanej artystki przez jedną z polskich uczelni artystycznych, ale o tym postaram się napisać przy innej okazji).

 

A przecież kwestia pracy artystów i artystek, ich sytuacji materialnej, zabezpieczeń socjalnych, sytuacji na rynku sztuki, jest zróżnicowana, jak w przypadku każdej innej pracy, ze względu na płeć. Można postawić tezę, że to zróżnicowanie jest tutaj nawet większe, niż w przypadku innych zawodów. Jak pokazały amerykańskie artystki działające w ruchu Guerilla Girls na swoim plakacie z połowy lat 90.: „Kobiety w Stanach Zjednoczonych zarabiają tylko 2/3 tego, co mężczyźni, kobiety artystki zarabiają tylko 1/3 tego, co mężczyźni artyści”.

 

 

guerillagirls3 

 

Niedawno ukazał się numer „ARTnews” zatytułowany „Women In the Art World”, powracający do dyskusji rozpoczętych na łamach tego pisma niemal 45 lat temu, kiedy opublikowany został tu słynny esej Lindy Nochlin, w którym postawiła prowokacyjne pytanie: „Dlaczego nie było wielkich kobiet artystek”. Pojawił się też tekst Elisabeth C. Baker, która pisała o utrudnieniach oraz stereotypach w zasadzie uniemożliwiających kobietom karierę artystyczną. Teksty te zostały ponownie opublikowane w „ARTnews” i, co więcej, cały numer pokazuje, że w zasadzie wciąż pozostają one aktualne.

 

Autorki współczesnych już tekstów zwracają uwagę na dysproporcje związane nie tylko z zarobkami artystów i artystek, ale też z ilością wystaw indywidualnych w, uchodzących za najważniejsze, galeriach i muzeach, a także z zasadniczo mniejszym z udziałem kobiet w najbardziej prestiżowych wystawach.

 

Maura Reilly przywołuje badania dotyczące udziału kobiet w wystawach w latach 2007 – 2014. W tym czasie w Whitney Museum w Nowym Jorku zostało zorganizowanych 29% wystaw indywidualnych kobiet artystek, jeszcze gorzej sytuacja wyglądała w takich muzeach jak Guggenheim i MoMa.

 

06_15_Women_Figure1Za: ARTnews

 

Podobne dysproporcje dotyczą wystaw indywidualnych organizowanych przez najważniejsze muzea i galerie w Niemczech, Wielkiej Brytanii oraz Francji. Reilly zauważa, że w przypadku takich ekspozycji jak Biennale w Wenecji czy Documenta w Kassel, mamy do czynienia z wzrastającym udziałem artystek. Jednak w tym przypadku najwięcej zależy od głównego kuratora i zdarza się, że udział kobiet w późniejszych edycjach jest niższy, niż we wcześniejszych. Autorka tekstu o seksizmie we współczesnym świecie sztuki, daje przykład Biennale w Wenecji, kiedy podczas edycji w 2009 roku, której kuratorem był Daniel Birnbaum, udział kobiet wynosił aż 43%, jednak w 2013, podczas edycji kuratorowanej przez Massimiliano Gioni ich udział spadł do 26%.

Również przeceniany i zmitologizowany rynek, zdecydowanie rzadziej interesuje się kobietami artystkami, zaś prace kobiet, jak podkreśla Amelia Jones, zyskują dużo niższą wartość od prac mężczyzn artystów z tego samego pokolenia oraz kręgu. Prawdopodobnie wciąż pokutuje przeświadczenie, które przywołała w 1971 roku Elisabeth C. Baker, że prace artystek sprzedają się gorzej. Maura Reilly podaje najwyższe ceny, jakie do tej pory na rynku sztuki osiągnęły prace artystek, porównując je z kwotami najdrożej sprzedanych prac stworzonych przez mężczyzn. I tak wśród artystek żyjących najwyższą cenę osiągnął obraz Yayoi Kusamy sprzedany za 7,1 mln $. Jednak najdrożej sprzedanym dziełem artysty żyjącego - za 58,4 mln $ - jest rzeźba Jeffa Koonsa. W przypadku XX-wiecznych twórców już nieżyjących, najdroższym obrazem namalowanym przez kobietę jest dzieło Georgii O’Keeffe sprzedane za 44 mln $, natomiast przez mężczyznę – tryptyk Francisa Bacona sprzedany za 142,4 mln$.

 

Amelia Jones pisze z kolei: „Rasistowski, klasowy i stosujący wykluczenia geograficzne zachodni system sztuki jest też seksistowski i heteronormatywny: „kobieta” jest ok, jeśli jest biała, niefeministyczna i odgrywa rolę „artysty geniusza” [jak przywołana w tekście Marina Abramović], „gej” może być akceptowany o ile artystę można zidentyfikować jako męskiego, białego i wpisującego się w średnia lub wyższą klasę”. Podkreśla ona również kwestię związaną z komercjalizacją sztuki, która pogłębia jeszcze istniejące dysproporcje, bowiem zarówno komercyjne galerie, jak i domy aukcyjne uprzywilejowują prace artystów, którzy pasują do „bezpiecznych” kategorii, takich jak: „biały męski malarz” lub „biały męski artysta intermedialny”.

 

Warto zwrócić na marginesie uwagę na kwestię geograficznych wykluczeń, o których wspomina Amelia Jones. Są one jednak również grzechem zachodnich feministek. Niedawno Wydawnictwo Rebis opublikowało polski przekład obszernej książki Whitney Chadwick „Kobiety, sztuka i społeczeństwo”. Autorka stara się przepisać historię sztuki z feministycznego punktu widzenia, dając wgląd w dzieje kobiecej twórczości od średniowiecza (m.in. niezwykła historia Hildegardy z Bingen) po współczesność. Ta publikacja wydana po raz pierwszy w 1990 roku była kilka razy aktualizowana. Autorka starała się uwzględnić i opisać artystki działające po dacie pierwszego wydania. Współczesności przygląda się ona bardzo szczegółowo, omawiając przede wszystkim artystki, które brały udział w takich wystawach jak Biennale w Wenecji.  Ale, choć wspomina zdawkowo o takich artystkach jak Katarzyna Kozyra czy Elżbieta Jabłońska, w zasadzie Europa Wschodnia jest w tej książce „białą plamą”, zaś wykluczenia geograficzne nie zostają sproblematyzowane. Nie znajdziemy informacji na temat Olgi Boznańskiej, Katarzyny Kobro, Aliny Szapocznikow, Marii Bartuszowej czy Sanji Iveković, zaś w przedmowie do wydania polskiego, autorka nie widzi potrzeby, aby z tych braków w jakikolwiek sposób się wytłumaczyć, dość ogólnie wskazując na potrzebę feminizmu w globalnej rzeczywistości XXI wieku, ale też zwracając uwagę, niestety bezkrytycznie, na obecny związek sztuki z realiami rynku.

 

 

Kobietysztukaspoleczenstwominimalka213x300

 

 

Można dojść do mało optymistycznego wniosku, że nasze rodzime artystki wciąż funkcjonują w systemie wielokrotnej dyskryminacji: jako należące do grupy zawodowej twórców, których dotyka prekaryzacja pracy, która jednak w naszych rodzimych dyskusjach dotyczących pracy artystów wciąż pozostaje niezróżnicowana płciowo, a co za tym idzie niezauważane są takie problemy jak np. „szklany sufit”; jako kobiety-artystki, które, aby funkcjonować w świecie sztuki muszą dostosować się do jego wymogów, odpowiadać na konkretne zapotrzebowania, wpisywać się w dominujące trendy (aktualnie podejmowanie przez nie tematów związanych z feminizmem czy orientacją homoseksualną w zasadzie usuwa je poza nawias mainstreamu), ale też jako artystki z Europy Wschodniej niezauważane przez zachodni feministyczny dyskurs (publikacja Chadwick pokazuje, że wystawa stworzona przez Bojane Pejić "Gender Check" przeszła niestety bez większego echa).

 

Zdecydowanie więc pojawia się u nas potrzeba sproblematyzowania pracy kobiet artystek, zobaczenia tej kwestii jako problemu strukturalnego, ale również, jak pisze Maura Reilly, potrzeba otwartego działania na rzecz zmiany tej sytuacji. Reilly przywołuje Jacqueline Rose, która uważa, że feminizm dzisiaj potrzebuje nowego, głośniejszego, bardziej wyrazistego, wręcz skandalicznego języka, który nie będzie siebie ugrzeczniał.   

 

Dlatego warto na koniec raz jeszcze przywołać Guerilla Girls:

advantages_woman_poster_15182_large

Bez różu ani rusz!

izakow2

 

W ostatni piątek wybrałam się wraz z moimi studentkami z krytyki artystycznej na wystawę „Bez różu” w poznańskim Arsenale oraz na towarzyszące jej spotkanie.

 

Zastanawiałyśmy się wcześniej nad założeniami wystawy, dlaczego tak istotne stało się odrzucenie różu – koloru tradycyjnie przypisanego kobietom, ale też przywłaszczonego przez artystki, takie jak choćby klasyczna już Maria Pinińska-Bereś czy młodsza Basia Bańda, a także przez feministki, zwłaszcza te, które identyfikują się z tzw. trzecią falą i nie chcą rezygnować z dobrej zabawy („Jeżeli nie mogę, tańczyć, to nie moja rewolucja!”, jak pisała Naomi Wolf). „Bez różu”, według kuratorki wystawy, Karoliny Staszak, to: „bez infantylizacji kobiecej ekspresji, bez epatowania fizjologią i seksualnością”. A może bez radości?

 

Jaki jest sens organizowania wystawy kobiet-artystek, których nie łączy nic, oprócz ich płci? To pytanie zawsze mnie nurtowało. Czy stoi za tym wiara w przypisaną kobietom – inną wrażliwość oraz „kobiecą” estetykę? Możliwe, że tak, ale sama sztuka bywa tak różnorodna, że wiele prac wykonanych przez mężczyzn można z powodzeniem określić jako kobiece i na odwrót. „Kobieca” estetyka jest więc tylko i wyłącznie kulturowym konstruktem.  Jeśli wpada się w taką pułapkę myślenia o kobiecości, wpada się zarazem w kategorie esencjalistyczne, gdzie kobiecość określona jest w gruncie rzeczy właśnie przez cielesność oraz fizjologię (a więc to wszystko od czego Staszak chciała uciec. Ot, taki paradoks).

 

Co więc można powiedzieć o „kobiecości” na przykładzie wystawy „Bez różu”? Jest przede wszystkim dojmująco smutna i przygnębiająca, i… szara. Wystawa ukazuje m.in. depresyjną bezdzietność (Magdalena Kopytiuk), smutek menopauzy i przemijania (Aldona Mickiewicz), przedstawia beznamiętne kobiety wstawione w ikonograficzne pozy ze sztuki chrześcijańskiej (Beata Ewa Białecka) oraz mgliste zarysy kobiecych ciał (Justyna Respondek). Ekspozycja pokazuje też, że kobiety kochają rękodzieło oraz zwierzęta: psy, rybki i gołębie (w pracy NeSpoon). Pracy z gołębiami w kontekście wystawy sztuki kobiet nie rozumiem zupełnie, może dlatego, że sama tych stworzeń nie darzę sympatią. Czy chodzi może o ukazanie „kobiecej” łagodności, stadnego działania czy o przypisywaną kobietom – etykę troski i karmienia? – trudno to rozstrzygnąć. A może chodzi jedynie o ukazanie pięknych form miseczek do karmienia gołębi? Bo trzeba przyznać, że mandalowe street-artowe kształty NeSpoon mogą wzbudzać podziw.

 

Zupełnie niejasne są też zestawienia prac, które nie mają ze sobą kompletnie nic wspólnego, jak w przypadku łączenia parareligijnych obrazów Ewy Białeckiej z obrazami-mapami Anny Kruszak. Nic nie mówi też zestawienie cielesnych prac Respondek z pracami ukazującymi bodaj komety Katarzyny Wiesiołek, bardzo słabymi zresztą.  A przecież powieszenie obok siebie obrazów, zbyt ciasno zresztą, nie czyni jeszcze wystawy… Ciekawe artystki (Mickiewicz, Białecka) tracą wiele na tym pokazie. Ich artystyczny kunszt ginie w porównaniu z nijakimi pracami innych twórczyń. Wszystkie zresztą są strasznie powtarzalne, jakby artystki opętała jakaś nerwica natręctw.

 

Jeszcze dziwniejsze było piątkowe spotkanie odbywające się pod hasłem „Czego pragną kobiety. Jeśli nie różu?”. Doszłam do wniosku, że publiczność w Arsenale nie jest już w ogóle potrzebna. Spotkanie miało odbyć się o godz. 17.00 (choć informacje w różnych miejscach podawały godzinę a to 17, a to 18), czekaliśmy jednak na jedną z prelegentek, która początkowo nie dotarła. Zaczęło się więc z obsuwą o 17.20, przy mało liczebnej publiczności (jakieś 10 osób, może nawet mniej). Większość, przynajmniej na początku, stanowiły moje studentki, które zresztą cichcem ze spotkania uciekały (podobnie jak ja nieco później).

 

Przybyłą na czas prelegentką była dr Aneta Gawkowska, „socjolog” (nie socjolożka!), która opowiadała o „nowym feminizmie”, którego podstawą są pisma Jana Pawła II. I choć Karolina Staszak dwoiła się i troiła, aby przeciwstawić sobie feminizm papieski – feminizmowi głównego nurtu, pani doktor nie dawała się wpuścić w taką sztampę, podkreślając raczej podobieństwa, wskazując na różnorodność feminizmów i akcentując atrakcyjność feminizmu papieskiego dla katoliczek. Wskazywała też na różnice między nowym feminizmem a teologią feministyczną. W sumie podejście, które zaprezentowała jest sprytne i przewrotne, gdyż w gruncie rzeczy postuluje dążenie do równouprawnienia, ukazuje komplementarność kobiet i mężczyzn oraz wskazuje na potrzebę poprawy życia społecznego. Kilka rzeczy zaskakiwało, Gawkowska powoływała się bardzo ogólnie – jako na źródła nowego feminizmu, opok pism papieskich i Ewangelii, na Księgę Rodzaju oraz pisma św. Tomasza z Akwinu czy w ogóle ojców kościoła, które nie wyrażały przecież potrzeby równouprawnienia, ale odwrotnie: były podstawą myślenia o tym, że kobieta jest podległa mężczyźnie i bywa narzędziem szatana. Ale może to mało znaczące szczegóły...

 

Ogólnie pani „socjolog” opowiadała w ciekawy sposób o nowym feminizmie i spotkanie można by uznać za udane, gdyby po godzinie nie pojawiła się druga prelegentka – pani psycholog, Bogna Białecka, która była zdecydowanie przeciwna feminizmowi w jakiejkolwiek odmianie, dlatego też nie podobała jej się nawet nazwa feminizmu nowego. Staszak, ignorując zupełnie publiczność, poprosiła wówczas panią „socjolog” o streszczenie tego, co zostało w czasie tej godziny już powiedziane. Wtedy pomyślałam, że czas się zbierać. Po ponownym przedstawieniu zasad nowego feminizmu, pani psycholog wypaliła niczym z armaty argument przeciwko feminizmowi w ogóle, że szwedzcy naukowcy dowiedli, iż bezdzietne kobiety w wieku około 50 lat popadają w depresję i popełniają samobójstwa. Ale co ma piernik do wiatraka? Nie słyszałam, żeby feminizm wzywał kobiety do bezdzietności! Na szczęście z odsieczą przyszła Aneta Gawkowska, która rzeczowo po raz kolejny podkreśliła, że istnieje wiele feminizmów, a w ostatnim czasie różne jego nurty podkreślają znaczenie macierzyństwa (nie tylko duchowego, o którym mówiła w kontekście nowego feminizmu). Pani psycholog nie odpowiedziała na ten argument, ale za to zaczęła opowiadać o innym badaniach nad dziećmi małpek, które w różny sposób bawią się klockami lego… W tym momencie ogarnęła mnie tak straszna nuda, że pomyślałam, że jednak lepiej pojechać do domu, do męża, dzieci i tego wszystkiego, co chroni przed depresją, ale też – może przede wszystkim – przed brakiem zdrowego rozsądku.

 

Nie dopytałam więc już panią „socjolog” o ojców kościoła, ani też pozostałych pań, w którym miejscu by były i co by robiły, gdyby nie ten „wstrętny” feminizm.

 

O wystawie podczas dyskusji mowy nie było, co potwierdziło przypuszczenie moich studentek, że ekspozycja została zrobiona „z tezą”, zaś prace użyte instrumentalnie.

 

A jednak wystawa dowiodła, że bez różu ani rusz!

 

Foty z wystawy do zobaczenia tutaj, ja, czekając na spotkanie, z nudów zrobiłam jedynie zdjęcie pustych krzesełek:

 

 


 

 

Urszula Kluz-Knopek w galerii KontenerArt

izakow2

 

Skóra zdjęta z mamy – tak mówi się niekiedy o dzieciach, które są bardzo podobne do swych matek. To podobieństwo odkrywamy jednak z czasem, gdy dziecko dorasta i coraz bardziej usamodzielnia się. Niemowlę opuszczając bezpieczną wyściółkę matczynego ciała, żyje najpierw w symbiotycznej relacji z matką, spożywa jej pokarm i jest całkowicie od niej uzależnione. Stopniowo jednak zaczyna się od matki oddzielać, najpierw zauważając, że jest osobnym podmiotem (słynna faza lustra Lacana), a potem ucząc się samodzielnie funkcjonować. Powoli staje się coraz mniej zależne od matki, zaczyna funkcjonować wśród innych dzieci, a gdy dojrzewa, rówieśnicy stają się dla niego ważniejsi od rodziców. Matka musi zaakceptować ten moment oddzielenia i w sposób symboliczny odciąć pępowinę. Nie jest to wcale łatwe, dzieci dorastają zbyt szybko, by w końcu opuścić rodzicielskie gniazdo. Ich dorastanie uświadamia nam, jak szybko sami starzejemy się.

 

Ciekawe są cielesne i naturalne metafory pojawiające się przy okazji opisu tego procesu – zdjęta z mamy skóra, odcinanie pępowiny, odstawienie od cycka, opuszczanie gniazda... Ten język zastanawia zwłaszcza w kontekście teorii feministycznych zwracających uwagę na niedowartościowanie w naszej kulturze macierzyństwa oraz jego cielesnych aspektów. O symbolicznym matkobójstwie pisała Luce Irigaray, zauważając, że początki naszego życia to „ciało-w-ciało z matką”, jednakże to ciało zostało wykluczone z kultury. Francuska filozofka proponowała wynalezienie języka, który będzie towarzyszył ciału - słów, które nie przekreślą cielesności, ale będą cieleśnie mówić.  

 

Nie jest to łatwe w języku werbalnym, dużo bardziej adekwatny do mówienia o ciele wydaje się język wizualny. I takim właśnie cielesnym mówieniem są prace Urszuli Kluz-Knopek pokazywane aktualnie w galerii Cargo w poznańskim KontenerArcie: cykle „Powłoki” i „Niewydarzenia”.

 

 

Urszula Kluz-Knopek to jedna z tych młodych artystek, które w sposób odważny podejmują na nowo, wydawałoby się zarzuconą już, tematyką ciała. Towarzyszy temu namysł nad somatycznymi odczuciami i doświadczeniami, pamięcią ciała, ale też nad związkami pomiędzy cielesnością a całym światem natury.

 


 

Na wystawie prezentowane są projekcje wideo, fotografie oraz instalacja składająca się z półprzezroczystych, wykonanych z tetrowych pieluch, jakby cielesnych, powłok.

 

 

Trzeba wejść w tę instalację, odczuć ją na własnej skórze, zaś wiszące figury – poruszając się – sprawiają wrażenie ożywionych. Te figury pojawiające się na zdjęciach i animacjach sprawiają wrażenie zjaw albo też ciał pozbawionych tożsamości (co wynika z braku twarzy oraz cech płciowych). Wszystkie te prace odnoszą się do omówionego tu procesu zrywania symbiotycznej relacji z dzieckiem oraz tęsknoty za utraconą jednością. Mówią też o związkach z naturą oraz przemijaniu.

 

 

Zaakcentowane jest ono najbardziej w fotografii ukazującej przekwitłe, ogołocone z kwiatów i liści róże oraz w animacji, w której ukazany jest proces przekwitania i opadania płatków, choć nie następuje to zgodnie z naturalnym rytmem – momentami rozkwitniętym różom towarzyszy obraz płatków pod wazonem. 

 


 

Macierzyństwo to także rola, w którą się wchodzi, rodzaj stygmatu, który pozostaje na całe życie, ale też powłoka, jak wskazuje artystka. Te prace mówią również o pamięci ciała, o tym, jak zapisują się w nich nasze doświadczenia, jak wreszcie, wraz z kodem genetycznym przekazywane są one następnemu pokoleniu. I dlatego, choć Urszula ukazuje proces rozdzielania i przemijania, to zarazem akcentuje brak końca, ciągłość i powtarzalność, wpisanie nas samych, naszych ciał w cykle nieśmiertelnej natury.

 


 

Bo, jak pisze Rosi Braidotti: „Rozumienie siebie jako części natury oznacza dla podmiotu postrzeganie siebie jako wiecznego, to znaczy zarazem podatnego na zranienie i ulotnego. Zakłada to jednak również uwzględnienie wymiaru czasowego: to, czym jesteśmy, zależy od rzeczy, które istniały przed nami i od tych, które będą istnieć, gdy nas nie będzie”.

 

Animacje prezentowane na wystawie można obejrzeć na stronie Urszuli Kluz-Knopek.

Fotografie: Kamil Wnuk, Ewa Łowżył oraz ze strony artystki.


Konsola - przeciwko przemocy wobec kobiet

izakow2

 

Poznańskie Stowarzyszenie Kobiet Konsola wraz z fotografką Anną Kamińską przygotowało znakomitą kampanię fotograficzną w ramach Dni Przeciwdziałania Przemocy Ze Względu Na Płeć. Na każdej fotografii inna osoba trzyma w rękach hasło zwracające uwagę na problem przemocy wobec kobiet, jej lekceważenia oraz przemilczania. Bo właśnie w milczeniu tkwi największy problem.

 


Pewnie każdy i każda z nas słyszał/a o przypadkach przemocy dotykającej kobiety, np. o kobietach bitych przez swoich mężów. Czasami niewiele możemy zrobić, jeśli ofiara związana ze swoim oprawcą, nie pozwala sobie pomóc i nie chce zerwać przemocowej relacji. Wtedy najczęściej jest obwiniana przez otoczenie. Tyle tylko, że prowadzi to do jej jeszcze większego napiętnowania. Jackson Katz w książce „Paradoks macho” udowadnia, że przemoc wobec kobiet jest tak naprawdę problemem mężczyzn, choć niewielu z nich chce o tym w ten sposób myśleć. A więc nie na ofierze, ale na oprawcy powinna koncentrować się uwaga otoczenia, to on powinien usłyszeć, że to, co robi jest złe.

 


 

Pewnie też każdy i każda z nas słyszał/a też o przypadkach molestowania seksualnego, na przykład w szkołach, w klubach sportowych, na uczelniach, w pracy. Czasami przybiera ono formę ustnego nagabywania, niekiedy poklepywania po pupach, a zdarzają się też gorsze rzeczy. Najczęściej wiąże się to z układem zależności, dlatego też tak wiele uczennic, studentek, podwładnych zaciska zęby i nie chce mówi o problemie, czasami tylko zwierzają się tym, do których mają zaufanie. Ale nie chcą o tym mówić publicznie. Kiedy pewna polska wykładowczyni na jednej z uczelni postanowiła przerwać milczenie, wiedząc o przypadkach molestowania swoich studentek, skończyło się na tym, że to ona została napiętnowana jako aferzystka. Studentki niestety nie chciały o tym mówić, bały się, że może im to zaszkodzić nie tylko na studiach, ale też w dalszej karierze zawodowej.

 


 

To w gruncie rzeczy właśnie dlatego jest tak trudno przeciwdziałać przemocy wobec kobiet, jest ona bowiem, jak pisze Katz, przemocą systemową, w której ofiary ponoszą nie tylko jej bezpośrednie konsekwencje, ale też konsekwencje mówienia o niej, jej ujawnienia, wciąż są obwiniane, wyszydzane, wyśmiewane. Kulturowe wzorce i postawy sprzyjają w gruncie rzeczy tym, którzy takiej przemocy się dopuszczają. Dość wspomnieć o aktualnych atakach niektórych przedstawicieli Kościoła na tzw. ideologię gender, bo niszczy rodzinę. A teorie gender uświadamiają nam jedynie, że role płciowe są konstruowane przez kulturę, a więc również, że prawdziwej męskości nie trzeba udowadniać stosując przemoc, zaś kobieta, która doświadcza przemocy nie powinna być zmuszona do „dźwigania swego krzyża”, ale powinno jej się pomóc na wszelkie możliwe sposoby.

 


 

Wracając do kwestii milczenia na temat przemocy – bywa też tak, że molestowania dopuszczają się osoby znane i szanowane przez swoje otoczenie, znajomi również wolą milczeć w obawie przed popsuciem sobie dobrych stosunków z taką osobą, jak i przed stygmatyzacją otoczenia. Zdarza się również, że słyszymy niewybredne żarty czy pogardliwe opinie na temat znajomych kobiet. W takiej sytuacji, bojąc się ośmieszenia przed innymi, znowu milczymy, ignorujemy, bagatelizujemy.

 



Niekiedy przemoc ze względu na płeć bywa subtelna, mogą to być na przykład e-maile z dwuznacznymi treściami czy też seksistowskie treści pojawiające się na portalach społecznościowych. Samej zdarzyło mi się nadawcę tego rodzaju maili przerzucić do spamu, a wątpliwych znajomych usunęłam ze swojego grona. Swój problem rozwiązałam, ale przecież sprawę przemilczałam, bo w obawie przed ośmieszeniem się, nie chciałam robić awantur…

 



W tych wszystkich sytuacjach najczęściej nie wiemy, co robić i jak zareagować, jak pomóc doświadczającym przemocy kobietom. Nie zastanawiamy się nad tym, że nasze bagatelizowanie problemu może przyczynić się do tego, że jeszcze ktoś doświadczy takiej przemocy, że komuś innemu może być jeszcze gorzej. Zapominamy w ten sposób o naszych etycznych zobowiązaniach wobec innych, zwłaszcza słabszych.

 

 

Zdjęcia Ani Kamińskiej wykonane w ramach Akcji znakomicie pokazują, że przede wszystkim należy przełamać milczenie, ale też zerwać ze stereotypami, przestać obwiniać doświadczające przemocy kobiety, zerwać z tradycyjnymi stereotypami płci, ukazać pozytywne wzorce męskości, uczyć synów szacunku do kobiet. Ważne, że na tych zdjęciach pojawiają się również sami mężczyźni, w akcjach przeciwko przemocy nie chodzi bowiem o ich obwinianie, ale o ukazanie, że prawdziwi mężczyźni nie stosują przemocy, ale również nie pozostają wobec niej obojętni.

 


© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci