Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : queer

Dziewica jako queer?

izakow2

Ha, dość trudne zadanie zadała mi Heizez, a mianowicie, abym napisała o queerowaniu Dziewicy Orleańskiej. Zadanie trudne, bo na ten temat trochę już pisałam, można coś na ten temat znaleźć na przykład w „artmixie”. Pisałam tam o możliwość potraktowania protagonistki obrazu Matejki, Joanny jako postaci queer


 

Ale takie podejście do samej Joanny – postaci historycznej, ale też protagonistki w dramacie Williama Szekspira Henryk VI proponuje Theodora A. Jankowski w książce Pure Resistance. Queer Virginity in Early Modern English Drama (2000).  



 

I może o tym własnie napiszę tutaj.


Joanny d’Arc została spalona na stosie w 1431 roku, a wyrok został wydany przez sąd kościelny w Rouen za sprawą Burgundczyków i Anglików. Karol VII, którego Joanna doprowadziła do koronacji w Reims, nie zrobił właściwie nic by ją przed tą śmiercią uchronić. Joanna sądzona była nie z politycznych czy militarnych przyczyn, ale oskarżona została o herezję i postawiona przed sądem kościelnym, który rozważał dwie podstawowe kwestie: problem jej widzeń oraz jej męskie przebranie. Rehabilitacja Joanny nastąpiła dopiero w 1456 roku, nie mniej jednak ta postać rozpoczyna dopiero własne życie – w świadomości, w legendach, podaniach, biografiach. Staje się też protagonistką wielu tekstów, obrazów, a współcześnie również filmów, bohaterką narodową, a wreszcie świętą (dopiero w 1920 roku).


Ale czy Joanna rzeczywiście mogła zginąć za czary? Jankowski uważa, że to niemożliwe, gdyż czarownica nie mogła być dziewicą, a tą była Joanna. Kwestia jej płci i dziewictwa była sprawdzana – po raz pierwszy w 1429 roku, gdy Joanna przybyła ze swą misją do Karola, ten poprosił damy dworu o sprawdzenie jej ciała, czy jest mężczyzną czy kobietą, czy jej cnota została naruszona czy też jest dziewicą.


 

I choć to badanie nie pozostawiło wątpliwości, co do jej cnoty i kobiecej płci, chociaż według przekazów Joanna miała typowo kobiecą figurę – podkreślano piękny zarys jej piersi oraz smukłą talię; jej tożsamość nie była jednak nigdy czymś oczywistym; świadczy o tym między innym fakt, że podczas egzekucji ukazywano tłumowi jej jeszcze niedopalone ciało, aby potwierdzić jej kobiecość. Można więc powiedzieć, że Joanna była przede wszystkim postacią transgresyjną, przekraczającą utarte podziały, postacią niejako z marginesu płci. A więc ten wyrok był w gruncie rzeczy wyrokiem na „odmieńca”.


Karii Utrio pisze:


„Anglicy musieli dowieść, że słyszane przez nią głosy pochodziły od diabła, a wszystkim innym więcej pożytku mogła przynieść jako męczennica niż żywa istota. Cóżby z nią poczęli, gdyby ją zostawili przy życiu? Była transwestytką przebraną w męskie szaty [...] Joanna była kobietą, która przekroczyła wszystkie granice i zerwała wszystkie więzy, jakie Bóg i ród męski wyznaczyli kobiecie”.


 Jej transgresyjność nie przeszkadzała jednak, by stała się ona postacią – ikoną dla Francuzów, a także antybohaterką dla Anglików.


 

Jankowski przywołuje w swej książce dramat Szekspira Henryk VI, (część I), gdzie Joanna la Pucelle występuje jako postać nie tylko transgresywna na polu bitewnym, ale również transgresywna seksualnie: jako uwodzicielka (między innymi Delfina), osoba seksualnie aktywna. Anglicy musieli bowiem w jakiś sposób poradzić sobie z mitem Joanny, uwypuklona została więc jej ambiwalencja. Jako, że nie była skromna, cicha, posłuszna – jaka powinna być dziewica, według standardów ówczesnego angielskiego społeczeństwa, wykreowano ją na postać – monstrum, osobę kłamliwą, brutalną, nieczystą, lubieżną – kogoś, kto zagraża ustalonemu porządkowi (przede wszystkim wyraźnemu dualizmowi: kobiece – męskie). Co ciekawe ten obraz rozpustnej Pucelli Szekspira miał swoje przełożenie również na inne kulturowe teksty – których Jankowski już nie omawia. Mam tu na myśli przede wszystkim libertyńską La Pucelle d’Orleans Woltera (1738), która została przetłumaczona przez młodego Adama Mickiewicza jako Darczanka. Powieść ta jest określana jako antylegenda i antyepopeja, obalająca mit Joanny.


 

W Polsce zaliczano Darczankę do lektur frywolnych, była bowiem niezwykle pikantną opowieścią o Joannie – „służącej w oberży, córce rozpustnego mnicha, wyzwalającej Orlean na ośle i po zwolnieniu ze ślubów czystości oddającej się uciechom życia”. Jak pisze Katarzyna Czarna, Joanna była postrzegana przez Polaków jeszcze w XVIII wieku nie jako bohaterka narodowa Francji, ale jej śmieszne i żałosne zaprzeczenie. Można więc zauważyć, że mitowi Joanny towarzyszył antymit, obalający jej dziewictwo i jej świętość. Ukazywana była jako zagrożenie dla porządku. To zagrożenie zostało obezwładnione z jednej strony przez jej świętość oraz to, że stała się narodową bohaterką, a z drugiej strony – przez zanegowanie jej dziewictwa i stworzenie karykaturalnego obrazu Joanny.


Warto zatrzymać się jeszcze przy pojęciu queer. Jankowski używa tego terminu nie tylko dla zdefiniowania nieheteroseksualnej aktywności, ale także dla zdefiniowania aktywności heteroseksualnej, która zaprzecza reprodukcyjności i odrzuca genitalną aktywność erotyczną. Jankowski zauważa, że autorzy zajmujący się queer theory odnoszą te stwierdzenia jednak przede wszystkim do orientacji homoseksualnej. Powołuje się też na Evę Sedgwick, która wymienia rozmaite aktywności zaprzeczające heteroseksualnej logice. Szeroki zakres tożsamości, które przywołuje Sedgwick włącza w obszar rozważań queer zarówno osoby określone homoseksualnie, heteroseksualnie, jak i te nieokreślone, osoby określone jako kobiety i mężczyźni oraz transgresyjne. Znajduje się tu więc miejsce dla homo-, hetero-, bi-, transseksualistów, jak i innych – niemożliwych do zdefiniowania. Jankowski zauważa, że mimo tego szerokiego zakresu, Sedgwick nie wymienia dziewictwa, celibatu, czystości. Nie jest to oczywiście zaskakujące, gdyż odmowa seksualnej aktywności z inną osobą nie jest traktowana jako specyficzny rodzaj, wybór czy manifestacja seksualności, ale jako jej zaprzeczenie. W ten sposób celibat zostaje usunięty z kategorii seksualności. Jeśli jednak wieczne dziewictwo odnosi się do relacji wola – cielesność, oznacza relację do seksualności, a więc w ten obszar rozważań może być włączone. Dlatego też Jankowski próbuje poszerzyć termin queer włączając do niego właśnie wieczne dziewice, gdyż według niej trwałe dziewictwo reprezentuje to, co zagraża systemowi opartemu na rygorystycznym dualizmie płci.


Jankowski porównuje stwierdzenia Monique Wittig z The Straight Mind z tekstem Marilyn Frye Virgin. Jak pisała Wittig lesbijki nie są kobietami, gdyż te kategorie niejako wykluczają się wzajemnie w społeczeństwie, którego podstawą jest normatyw heteroseksualny i gdzie kobiety nie mogą egzystować inaczej niż w sytuacji zależności wobec mężczyzn. Podobnie Frye postrzega kobiety jako zdominowane w patriarchalnym społeczeństwie, dlatego jako Dziewicę definiuje kobietę, która seksualnie i w związku z tym również społecznie pozostaje swoją własną osobą, (istnieje sama dla siebie). Dziewica nie skażona pożyciem seksualnym to jeszcze-nie-kobieta, zaś kategoria wiecznej dziewicy jest sprzeczna z kategorią kobiety. Kobietą nie jest bowiem dziewczyna, dopóki nie posiądzie jej mężczyzna. Obie autorki zakładają, że patriarchalne społeczeństwo nie dopuszcza do istnienia kobiecej autonomii i opiera się na seksualnym podporządkowaniu kobiet mężczyznom. Kobieta jest obiektem, własnością mężczyzny, jako żona i matka pozwala na zachowanie męskiej hegemonii. Wittig powiada: „'kobieta' ma znaczenie tylko w heteroseksualnym systemie, a zwłaszcza w heteroseksualnym ekonomicznym systemie”. Podobnie „dziewica” (nie wieczna, tylko dziewczyna przed wyjściem za mąż) jest przede wszystkim kategorią związaną z heteroseksualnym porządkiem. Kategoria ta miała bowiem na celu zagwarantować przyszłemu mężowi dziewicy pewność, co do jego ojcostwa. Dlatego też kobiety, które sprzeciwiają się temu miejscu w społeczeństwie, muszą zostać zdefiniowane w kategoriach opisujących opór. Obie autorki, zarówno Wittig, jak i Frye piszą więc o kobietach (jedna o lesbijkach, druga o dziewicach), które wyrażają opór wobec kultury przydzielającej im podporządkowaną pozycję i próbują zajmować opozycyjne miejsce względem patriarchalnego systemu. Dodać warto, że zarówno Wittig, jak i Frye używając kategorii „lesbijki” i „dziewice” nie wiążą tych kategorii jedynie z osobami, które można jasno przez te terminy zdefiniować. Dla Wittig, lesbijką może być nie tylko kobieta, która jest seksualnie aktywna jedynie z kobietami, zaś dla Frye dziewicą może być kobieta, która nie posiada nietkniętej błony dziewiczej. Obie autorki widzą jednak podmioty swych opisów w kategoriach podważenia patriarchalnej kategorii kobiety jako podporządkowanej mężczyznom. Jankowski zauważa, że zarówno lesbijki, jak i dziewice reprezentują pozycję w sferze seksualnej, do której zasadniczo nie zostają włączeni mężczyźni. Jeśli więc normatywna seksualna aktywność zostaje zanegowana zarówno jeśli chodzi o lesbijki, jak i dziewice – obie można zdefiniować, według niej, jako queer.

Genderqueer u Kubiak/Krawczyk

izakow2

Rzadko piszę o malarstwie, czasami podoba mi się jakiś obraz, ale jakoś tak mam, że malarstwo mnie nie urzeka. Z wyjątkami oczywiście.



Od jakiegoś czasu przyglądam się malarstwu Wojciecha Kubiaka i Lidii Krawczyk. Tworzą oni wspólnie niezwykłe obrazy mające coś z klimatu płócien Luciena Freuda (wnuka słynnego Zygmunta).




I. i L., 2007



Trochę w tym jest fotorealizmu, trochę perwersji, trochę brutalizacji malarstwa. I wszystko to sprawia, że powstają niezwykle ciekawe obrazy, mające to "coś".



Ich tematem bywa samotność, trudność dopasowania się do swego ciała, niekiedy niezdarna seksualność, czasem nuda, ale również gra z własną płcią, jak w prezentowanych obrazach z cyklu "Genderqueer". Tu wszystko wydaje się iluzją, a może wręcz symulacją - i płeć, i samo malarstwo. Uległy zmieszaniu ze sobą cechy fotografii (te ciemne okulary na portrecie poniżej!) i obrazu z jednej strony, a z drugiej - płci żeńskiej z męską. I powstały w ten sposób hybrydy, tajemnicze byty z obszaru "pomiędzy".




B., 2007



I dlatego bardzo mnie ucieszyło, że Kubiak/Krawczyk otrzymali Grand Prix 38 Biennale Malarstwa Bielska Jesień.



Gratulacje!!!

Justine Frank - idealny Inny

izakow2

Trudno było mi ostatnio znaleźć czas, by napisać o niezwykle ciekawej instalacji izraelskiego artysty Roee Rosena pokazanej na wystawie „Tratwa Meduzy” w warszawskiej Królikarni.


Artysta ten zasłynął jako twórca pracy „Żyj i umrzyj jak Ewa Braun”, 1995, poprzez którą odbiorca zmuszony był do identyfikacji z kochanką Hitlera. Praca ta, ze względu na swą obsceniczność, a także mówienie o Holokauście z punktu widzenia opreawcy, wywołała sporo zamieszania. Ernst van Alphen opisując tę pracę w tekście „Zabawa w Holokaust”, porównuje ją między innymi z pracą „Lego. Obóz koncentracyjny” Zbyszka Libery.


W pracy pokazanej na wystawie „Tratwa Meduzy” Rosen przedstawia życie i twórczość fikcyjnej belgijsko-żydowskiej artystki Justine Frank (1900 – 1943).


Nie jest to nowa praca, bowiem po raz pierwszy Rosen powołał do życia Justine Frank w 2001 roku, kiedy stworzył książkę na temat twórczości Frank (z esejem historyczki sztuki na jej temat – oczywiście również postaci wymyślonej).


(Na marginesie trudno oprzeć się skojarzeniu, że Foks i Libera tworząc książeczkę „Co robiła łączniczka?” skorzystali z tego konceptu Rosena. Podobnie zresztą obie prace pytają o konstruowanie historii, o to, czym jest historia i jaką rolę pelni w niej fikcja. Na ile samo pisanie historii jest tworzeniem symulacji historii?).


Zastanawia też nazwisko Justine - czyżby była ona krewną Anny Frank? Praca ta naprowadza równocześnie na historię burzliwego dwudziestolecia międzywojennego oraz II wojny światowej, kwestie Holocaustu i antysemityzmu, przed ktorymi Justine uciekła do Palestyny.



 

Rosen stworzył doskonałą symulację retrospektywy prac artystki, gdzie znalazły się jej portrety, również te wykonane przez słynnych surrealistów, prywatne zdjęcia (jak na przykład to na plaży, gdzie stoi ze swoją najlepszą przyjaciółką i zarazem kochanką), jej prace łączące elementy surrealizmu z żydowską symboliką, biografia opisująca jej życie i perypetie w kręgu surrealistów, łącznie z konfliktem z Andre Bretonem. Instalacji towarzyszy film, w którym przeplata się historia Roee Rosena i Justine Frank.


Jeśli chodzi o same prace Justine Frank – są one przede wszystkim grą z symboliką seksualną oraz ze stereotypami (stereotypowy wizerunek Żyda, stereotyp kobiety definiowanej przez jej seksualność, stereotyp szalonej artystki, itp., itd.).



 

Wszystko wydaje się tu realne. To niemożliwe, żeby nie istniała sama Justine Frank, skoro widzimy jej prace, jej zdjęcia, czytamy o jej życiu. Nie przypadkiem jednak, podczas wspomnianego filmu pojawia się Jean Baudrillard.


Roee Rosen zastawił na nas pułapkę. Stworzył postać artystki wręcz idealną dla wszystkich badaczy studiów mniejszościowych – kobiety, Żydówki, lesbijki. Jest więc ona doskonałą figurą Innego.



 

Rosen zabawił się też genderowymi maskami. Justine Frank tworząc swoje wizerunki, nie raz wcielała się w mężczyznę, również w starego Żyda z antyżydowskich karykatur, powielała wciąż swój wizerunek, niczym Fantomas. Dystansowała się od własnej kobiecości, ale również od swej narodowości, krytykując syjonizm.


 

Jej obsesją była jej własna twarz, upodabniana do męskiej. Jednak, czy to ona staje się mężczyzną, czy po prostu Roee Rosen staje się wymyśloną kobietą? Można mieć wrażenie, że w przypadku tej pracy, gra symulacji jest nieskończona.



 

Ciekawie pisze o tym Marcin Teodorczyk na stronach Bunkra Sztuki: „Płeć jawi się tutaj jako akt performatywny, staje się żartem, grą, teatrem pozorów. W tle mieszają się elementy tożsamościowe żydowskie oraz seksualizowanie poszczególnych elementów kompozycji (szkiców czy obrazów jest kilkanaście, wszystkie układają się na portfolio Justine). Jest to przewrotny cykl, interesująco pokazany na wystawie, wywrotowy o tyle, że odkrywa genderową powłokę dyskursu nacjonalistycznego”.


Najzabawniejsze, że przez tę pracę Rosena trudno mi ocenić całą wystawę "Tratwa Meduzy". Wydaje mi się, że było tam jeszcze kilka ciekawych prac. Jednak nic nie było w stanie przebić tej instalacji. Prace Justine wydawały się tam najbardziej prawdziwe...

Norah Vincent - mężczyzna zdekonstruowany

izakow2

Właśnie została wydana książka Norah Vincent „Mężczyzna od podstaw. Podróż pewnej kobiety do świata mężczyzn i z powrotem”. Przeczytałam ją jeszcze w trakcie pracy wydawniczej. Jest niezła!


Norah Vincent, dziennikarka, lesbijka przez półtora roku żyła w przebraniu mężczyzny jako Ned, zbierając materiały do swej książki.


 

 

Kobiety nieraz przebierały się za mężczyzn – żeby walczyć (jak Joanna d’Arc), działać w sferze publicznej, pracować naukowo (jak przyjaciółka Woltera, matematyczka Emile le Tonnalier de Breteuil), być uznane za pełnoprawne twórczynie (jak Georg Sand). Męskie przebranie oznaczało wejście do świata zamkniętego dla kobiet, a także konieczność postępowania wobec nieznanych sobie wcześniej reguł gry.


Udawanie mężczyzny może mieć też na celu poznanie tego obcego świata. Taką podróż odbyła w 1999 roku polska artystka Katarzyna Kozyra, wchodząc do męskiej łaźni.


Wyruszyła w nią również Norah Vincent, która przez ponad półtora roku badała „męskość” w takich miejscach, jak kręgielnia, kluby striptizu, klasztor oraz grupy wsparcia, którym przyświecają idee rodem z „Żelaznego Jana” Roberta Bly’a.


Ta książka pokazuje jak w gruncie rzeczy trudno być mężczyzną. „Męskość to ciężka jak ołów mitologia ciążąca na barkach mężczyzny” – konkluduje autorka. Książka stanowi interesujący przyczynek do dyskusji nad problemami, z jakimi borykają się dzisiaj mężczyźni. Polecam!

futra, futerka

izakow2

Jeśli nie macie jeszcze dość upałów, proponuję pomyśleć o futrze, a ściślej o wrażeniach habtycznych w sztuce, o fetyszyzmie zawartym w niektórych pracach, o czarodziejskiej mocy sztuki.


Oto moja ulubiona praca: „Śniadanie na futrze” Meret Oppenheim z 1936 r.


 

Muszę przyznać, że cierpiałam na wystawie MoMy w Berlinie, oglądając tę pracę za szybą i nie mogąc jej dotknąć.


Inna praca z futrem, to portret Rrose Selavy wykonany przez Man Raya (ok. 1921):




Uwodzicielską Rrose nie jest nikt inny, jak sam Marcel Duchamp. Tym nazwiskiem podpisywał zresztą część prac, rozsadzając tym samym ideę autorstwa. Warto zwrócić uwagę na te ręce, które przybliżają futrzany kołnierz do twarzy. Czy nie kryje się za tym jakiś wysmakowany autoerotyzm?


Dalej Robert Mapplethorpe w autoportrecie z 1980 roku:


 

I wreszcie artysta współczesny: Maciej Osika – portret pod tytułem: „Tytuł niepotrzebny”...


 

I znowu ta dłoń, ukryty autoerotyzm i świadomość bycia obiektem oglądu (o żonglowaniu maskami kobiecymi i męskimi przez Osikę napiszę kiedy indziej). Bardzo lubię tego artystę.


To, co bym podkreśliła to przyjemność z faktu bycia oglądanym.


Mam ochotę napisać tekst, który pokazałby jak sztuka z kręgu mniejszości seksualnych rewiduje pewne założenia feministyczne: a mianowicie bycie obiektem oglądu było w tych teoriach utożsamiane z rodzajem doznawanej przemocy.


Może najwięcej zawinił zresztą John Berger wypisując straszne banały, że kobiety znajdują się we władzy oglądających je mężczyzn itp. (nie mogę przytoczyć żadnego cytatu, bo jest to jedna z tych książek, które bawią się ze mną w chowanego i najzwyczajniej nie wiem, gdzie jest).


Tacy twórcy, jak Duchamp, Mapplethorpe czy Osika – pokazują jednak wyraźnie, że bycie obiektem oglądania/pożadania sprawia przyjemność i również daje pozycję władzy – władzy nad oglądającymi. Jest tu więc zawarta ambiwalencja i spora dawka wywrotowości.


No i na końcu obraz, ktory zdaje się, że według Bergera, też jest taki niejednoznaczny: Helena Fourment w futrze Rubensa (ok. 1638).



 

Chodzi więc nie o to, czy jest się obiektem oglądania, ale w jaki sposób i, jakie znaczenia się z tym wiążą.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci