Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : malarstwo

Manie i obsesje - wystawa Adoracja słodyczy

izakow2

 

Wspomniałam ostatnio o czarującej wystawie w warszawskiej Zachęcie, a mianowicie o „Adoracji słodyczy”, której kuratorką jest Krystyna Piotrowska.  

Punktem wyjścia jest twórczość Krystiany Robb-Narbutt (1945-2006), artystki, która planowała wystawę pod takim tytułem, jednak ze względu na swoją przedwczesną śmierć, nie zdążyła jej zrealizować.

 

Krystiana Robb-Narbutt, bez tytułu, lata 90. XX wieku, fot. Krystyna Piotrowska, materiały prasowe Zachęty

 

W jej sztuce pojawiają się przedmioty zwyczajne, nietrwałe, z pozoru nieważne. Miały one jednak dla artystki znaczenie osobiste, poprzez te obiekty mówiła o biografii własnej oraz swojej rodziny. W pracy zatytułowanej „Fuga pamięci”, przy użyciu banalnych przedmiotów, artystka opowiedziała o historii zagłady żydowskich członków swojej rodziny.

 


 

Biografie rzeczy i ludzi wiążą się ze sobą. Rzeczy mają swoją historię, towarzyszą nam, na nich zostawiamy odciski naszych palców. Rzeczy zużywają się, niszczeją, ale jednak pozostają. Kiedy ludzie umierają, zostają po nich tylko rzeczy, które mogą stać się swoistymi wywoływaczami pamięci.

 

W sztuce tradycję zbieractwa zapoczątkował Kurt Schwitters w obrazach z cyklu „Merz” , wklejając banalne przedmioty będące odpadkami z życia jego i jego przyjaciół. Później jeszcze chował tego rodzaju znaleziska i pozostałości w Kolumnach Nędzy Erotycznej – Merzbau.

 

Niektórzy wykazują jednak przesadne przywiązanie do rzeczy, nie potrafią niczego się pozbyć, każda – najbanalniejsza rzecz jest dla nich ważna. Przeradza się to w swoistą manię zbieractwa, która bywa też przypadłością artystów, a z pewnością tę manię przejawiali zarówno Schwitters, jak i Krystiana Robb-Narbutt.

 


Nicolas Grospierre, Pracownia Krystiany Robb-Narbutt, 2010, materiały prasowe Zachęty

 

 

Ekspozycja stworzona przez Krystynę Piotrowską wskazuje właśnie na rozmaite natręctwa, manie, obsesje, między innymi seksualne oraz związane z jedzeniem. Chodzi więc o wszystko, co jest przyjemne, ale w nadmiarze może szkodzić, jak tytułowe słodycze.

 

Krystiana Robb-Narbutt zaczęła używać słodyczy w swoich pracach po roku 2000. Wykorzystywała pierniczki, cukierki, odpustowe ciastka, które mocowała na deseczkach i umieszczała w gablotkach. Sztuka do zjedzenia? Niekoniecznie, bo przecież nie można mieć ciastka i go zjeść. Ale z pewnością mamy tu do czynienia ze swoistą grą wyobraźni, z pytaniami o smak – w życiu i w sztuce, a zarazem o cielesne doświadczanie sztuki. Cukierki pojawiają się na wystawie także w pracy „Fred Flinstone z Knossos” (1995) duetu Kijewski & Kocur.

 

fragment

 

Zabawny Fred wykonany z cukierków malinek ukazany jest z rogami, przez co kojarzy się z diabłem. Przyjemne i zabawne miesza się tu z groźnym i niebezpiecznym. Podobnie dzieje się w pracy Doroty Podlaskiej, jaką jest zestaw przepięknych czekoladek, które po przyjrzeniu się bliżej ujawniają swoją zawartość – robaki, żuki, ćmy, coś, co raczej odrzuca i czego nie wzięlibyśmy do ust…

 

ador_podl2_ok

Dorota Podlaska, Czekoladki smaczne, zdrowe, fot. ze strony artystki

 

A może to tylko żart i owadzie odwłoki też wykonane są z czekolady? A może są pyszne? Chęć poznawania różnych smaków, smakowania świata również może stać się obsesją. Dorota Podlaska jest też autorką cyklu małych obrazków zatytułowanych „Wszystkiego najlepszego, Dorotko”, przywołujących mit słodkiego, niewinnego dzieciństwa, a może obsesję związana ze stworzeniem sobie takiegoż obrazu…

 

 

 

Z kolei u Zuzanny Janin mamy słodką dziewczynę i słodkiego chłopaka wykonanych z warty cukrowej. Ludzie do zjedzenia? Nawiązanie do kanibalizmu? Z tym ostatnim mamy przecież wciąż do czynienia w kulturze popularnej ukazującej pięknych ludzi, którymi mamy sycić nasze oczy. Nawet popularne metafory na to wskazują, według których atrakcyjne kobiety to babeczki, a przystojni mężczyźni to ciacha…

 


 

 

Manią, obsesją, która łączy wszystkich twórców jest mania tworzenia - kompulsywne przetwarzanie rzeczywistości, ozdabianie, malowanie, wycinanie, dzierganie...

 

Wisława Szymborska, autorska kadra pocztowa, 1995, fot. dzięki uprzejmości MOCAK, Kraków, materiały prasowe Zachęty

 

 

Przymus tworzenia ujawniają zabawne kolażowe pocztówki wykonywane przez Wisławę Szymborską. Pojawia się też charakterystyczny dla zachowań obsesyjnych nadmiar, na przykład w pracach Małgorzaty Dmitruk  - przepięknych swetrach ozdobionych ludzkimi twarzami, których nie sposób zliczyć. Te swetry tworzące krąg jakby nieobecnych osób, również działają obsesyjnie. A ja jestem przekonana, że gdzieś już je widziałam – tylko gdzie, a może raczej na kim?

 


 

Obsesję rysowania ludzkiej twarzy, w kółko takiej samej, przejawiał Edmund Monsiel, który zaczął rysować w czasie II wojny światowej, gdy ukrywał się na strychu. Nie przypadkiem Georges Didi-Huberman pisał o tym, że przymus tworzenia i próba utrzymania ludzkiego wizerunku w warunkach zagrożenia życia, a dokładnie w obliczu Zagłady, była próbą ocalenia człowieczeństwa. W setkach twarzy zapełniających całe kartki można również dostrzec zarysy postaci, również o powtarzalnym układzie.

 

 


Edmund Monsiel, Twarze, 1956, fot. Edward Koprowski, kolekcja Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie, materiały prasowe Zachęty

 

Sama Krystiana Robb-Narbutt odczuwała silny przymus tworzenia, niekiedy przybierało ono formę kompulsywną, jak w obrazach składających się z tysięcy punktów nanoszonych stalówką maczaną w ekolinie, które wykonywane były po śmierci matki artystki.

W wielu pracach pojawia się też dbałość o szczegół, o drobiazgowe wykańczanie najmniejszych elementów, jak na przykład w obrusie Katarzyny Józefowicz.

 


 

Nadmiar charakteryzuje też obrazy Magdaleny Shummer, odkrytej zupełnie przez przypadek przez Krystynę Piotrowską w Muzeum Etnograficznym w Warszawie.

 

Magdalena Shummer, Prehistoria, 2005, fot. Krystyna Piotrowska

 

Shummer, choć jest żoną Wojciecha Fangora, zaś sama skończyła historię sztuki, malarstwa uczyła się samodzielnie. Widać u niej fascynację sztuką naiwną, a przede wszystkim obrazami Henriego Rouseseau, zwanego Celnikiem. U niej, tak jak u Rousseau, pojawiają się sielskie krajobrazy, zaś ludzie żyją w symbiozie ze zwierzętami i z całą naturą. Inne obrazy ukazują pulchne kobiety i radość zmysłowego istnienia. Pojawiają się też sceny we wnętrzach, w których roi się od zwierząt, przede wszystkim kotów – magicznych i dostojnych, jak w kociej uczcie.

 


Magdalena Shummer, "Obiad kotów", 2003, fot. Muzeum Etnograficzne w Warszawie 

 

 

Zwierzęce szczęście przedstawia także film Izabelli Gustowskiej prezentujący ogonek jej jamnika. A zarazem praca ta prowokuje do pytań, czy zwierzęta także posiadają własne obsesje, czy okazywana przez psy miłość do ludzi nie jest w gruncie rzeczy obsesyjna?

 

Ciekawe są także dokonane przez kuratorkę zestawienia. Obrazy Shummer zostały zestawione z naturalnych rozmiarów figurami kobiet wykonanymi z drewna lipowego (a więc niczym figury świętych) przez innego „naiwnego” twórcę, Bogdana Ziętka. Powstały one w latach 60. i 70. XX wieku, a więc w czasach tęsknoty za amerykańską kulturą popularną. Czy zresztą te rzeźby nie sa cudownie pop-artowskie?

 

 

Autor ten mówi, że ma powołanie do pięknych kobiet, a one są dla niego całym światem. Nadaje więc tym figurom imiona, pielęgnuje je, ubiera. W jego obsesji ujawnia się magia sztuki, według której przedstawienia żyją własnym życiem, mają moc działania. I może dlatego jego miłość przypomina nieco mit o Pigmalionie i Galatei.

 

Bogdan Ziętek, Kobiety, lata 60.-70 XX wieku, fot. Grzegorz Piaskowski, materiały prasowe Zachęty

 

 

Obsesyjne uwielbienia dla kobiecości, a raczej kobiecej maskarady ujawnia się także w pięknych i tajemniczych zdjęciach Macieja Osiki, które towarzyszą pracom Shummer oraz Ziętka.

 


Maciej Osika, Autoportret 2, 2006, fot. dzięki uprzejmości Dolnośląskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, materiały prasowe Zachęty

 

 

Adoracja słodyczy zamienia się w adorację sztuki oraz życia. Zarazem wystawa nie jest ani przesłodzona, ani przegadana. Nie musimy obawiać się mdłości, raczej wychodząc z niej odczuwa się jeszcze niedosyt…

 

Zuzanna i starcy

izakow2

Z obrazów Artemisji Gentileschi chyba największe wrażenie robi na mnie ten ukazujący Zuzannę podglądaną przez starców, namalowany w 1610 roku.

 


 

 

Pojawia się tu triada: pożądanie – patrzenie – przerażenie, którą odzwierciedla oparta na odwróconym trójkącie kompozycja obrazu. Starotestamentowa historia o Zuzannie i starcach posłużyła za temat wielu obrazom, ale chyba w żadnym innym Zuzanna nie jest przedstawiona tak strasznie zdominowana, przerażona i niemogąca uciec z narzuconej jej roli. Whitney Chadwick pisała, że bohaterka obrazu wygląda jak motyl przytwierdzony szpilką do planszy. Przestrzeń zajmowana przez nią jest niewiarygodnie ciasna, a mężczyźni wydają się przytłaczać dziewczynę.

 

Ta biblijna historia opowiada o dwóch starcach, którzy choć byli sędziami, pożądali pięknej i cnotliwej żony Joachima. Pewnego razu, gdy Zuzanna brała kąpiel, starcy zaskoczyli ją, żądając, aby im uległa. Zuzanna odrzuciła ich zaloty, a wtedy starcy w zemście oskarżyli ją o cudzołóstwo. Zuzanna poniosłaby śmierć przez ukamienowanie, gdyby nie młody prorok Daniel. Oburzony nieprawością starych sędziów, wykazał ich kłamstwa, za co skazano ich na śmierć, a Zuzanna odzyskała wolność i cześć. Artyści, którzy ukazywali w swych obrazach Zuzannę i starców wybierali właśnie moment podglądania Zuzanny w kąpieli, wydobywając tym samym centralny motyw patrzenia. W wielu obrazach sam akt patrzenia ulega zwielokrotnieniu. Do podglądających starców dołącza najczęściej także widz obrazu.

 

 

U Tintoretta (ok. 1560) Zuzanna dodatkowo przegląda się sobie w lustrze. John Berger pisał, że w tym obrazie Zuzanna ukazana jest jako świadoma tego, że jest oglądana i przedstawiona jest tak, jakby czerpała z tego przyjemność. Inaczej dzieje się u Artemisji, gdzie bohaterka tej historii jest przerażona, próbując zasłonić swoje ciało przed natarczywymi spojrzeniami mężczyzn.


Starcy pożądają Zuzanny i patrzą na nią. Pożądanie i patrzenie są tu ze sobą utożsamione, wydają się niemal tym samym. Pożądać kogoś i patrzeć (przyglądać się, patrzeć natarczywie, patrzeć lubieżnie) to wywoływać u tej osoby przerażenie, lub choćby tylko niepokój, zakłopotanie. Pożądanie to również chęć wzięcia kogoś w posiadanie, zdobycia, zawłaszczenia jego (jej) ciała, zmuszenia go (jej) do uległości. I choć zwykle pożądanie kojarzy się z przyjemnością (tak jest pokazane u Tintoretta), to w tym przypadku pożądanie i patrzenie związane są z przerażeniem. Warto zauważyć jeszcze jedną rzecz – jeśli chodzi o adekwatność przedstawienia malarskiego do tekstu – większość twórców pozwalała sobie raczej na radosne interpretacje tematu, Artemisja natomiast postanowiła oddać ten temat zgodnie z opisem biblijnym.

 

 

Obrazowy remiks Cesara Santosa

izakow2

I znowu piszę pod wpływem obrazu, który pojawił się na facebooku. To Tatoo Cesara Santosa.


 

Prawdę mówiąc w pierwszej chwili myślałam, że to fotografia wykonana przed obrazem Rembrandta. Potem dopiero zdałam sobie sprawę, że to obraz, w którym przywołany został autoportret Rembrandta, a na pierwszym planie namalowane zostały dwie współczesne dziewczyny w pozach przywołujących ikonograficzne przedstawienie Chrystusa z niewiernym Tomaszem. Dziewczyna prezentująca tytułowy tatuaż ubrana jest w różowe majtki z charakterystycznym obrazkiem Hello Kitty, jednym z ulubionych dziewczyńskich symboli. Zestawienie dziewczyny w majtkach z Hello Kitty z wizerunkiem podstarzałego Rembrandta może szokować, ale z drugiej strony obraz namalowany jest w taki sposób, że wszystko wydaje się do siebie pasować, każda postać zajmuje swoje miejsce, nie ma tu zbędnych elementów. Ktoś zasugerował, odnośnie mojego poprzedniego wpisu, że ten obraz kojarzyć może się również z medycznymi oględzinami kobiecego ciała.

 

Wyszperałam w sieci inne obrazy Santosa oraz trochę informacji na jego temat. Artysta urodził się w 1982 roku na Kubie. W 1995 roku wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Studiował sztukę w Miami i dokształcał się we Florencji, w Stanach miał już kilka prestiżowych wystaw. Cała jego sztuka jest dialogiem z dawnymi mistrzami, wiele obrazów wykorzystuje i przekształca europejskie arcydzieła.


 

Sztuka Santosa to kolejny przykład potwierdzający tezę Gombricha, że sztuka rodzi się ze sztuki, a artysta fascynuje się tym, co jest mu znane, przekształca schematy i czerpie z doświadczeń swoich poprzedników. Tutaj, dodatkowo, ujawniony jest sam proceder czerpania z innych obrazów. Proces powstawania tych obrazów jest dość skomplikowany. Wydaje się, że artysta aranżuje najpierw żywe obrazy (Tableaux vivants), w których zresztą bardzo często występuje on sam i jego bliscy, następnie te obrazy są fotografowane, a później artysta maluje z uzyskanej w ten sposób fotografii. Medium malarstwa poddane jest więc najpierw obróbce w rzeczywistości, potem przerobione zostaje przez fotografię, aby w końcu do malarstwa powrócić.


 

Widać tu pewien eklektyzm, ocieranie się o kicz, fascynację zarówno akademizmem, jak i XIX-wiecznymi praktykami popularyzującymi sztukę (to nie przypadek, że zarówno fotografia, jak i Tableaux vivants rozkwitły właśnie w XIX wieku). Ujawnia się także fascynacja galerią obrazów, mamy tu do czynienia z obrazami w obrazie.


 

Tematem prac Cesara Santosa jest bardzo często sama twórczość, postać artysty, a także jego muzy (ta zamienia się rolą z artystą i maluje obraz). Santosa interesuje również problem odbioru sztuki, co ujawniają właśnie obrazy z muzeum.


 

Ale najważniejsza jest magia sztuki. Obrazy albo postacie z obrazów ożywają, niekiedy podążając za zwiedzającymi muzeum, jak to się dzieje w przedstawieniu odwołującym się do Guerniki Picassa.


 

Przywołać można tu mity, o których pisał Freedberg, że obrazy mogą nieść pomoc, uzdrawiać, ale bywają też złe i okrutne. Santos wydaje się pytać, czy wciąż wierzymy w ową magię sztuki, zwłaszcza dzisiaj w czasach nieustannych reprodukcji, powielania i przetwarzania obrazów. I mimo, że malarstwo Santosa wydaje się dość tradycyjne, ten aspekt przetwarzania może kojarzyć się z kulturą konwergencji bądź po prostu z kulturowym remiksem. Tu postacie z dawnych obrazów występują wraz z osobami jak najbardziej współczesnymi, przeszłość współwystępuje z teraźniejszością, realność nakłada się na czas i rzeczywistość obrazu, przemieszaniu ulega sacrum i profanum, świętość i niezwykłość nakładają się na codzienność, zaś malarstwo miesza się z fotografią.



 

Zastanawiałam się również nad aspektem płciowym obecnym w obrazach Santosa. W wielu z nich występują nagie kobiety, ukazane w konwencji aktu lub jako dodatek do namalowanych obrazów. Z drugiej strony, Santos wydaje się również podejmować grę z płcią oraz rolami przypisanymi płci.


 

To na przykład muza, która maluje obraz Picassa Panny z Avignon, albo niezwykłe przedstawienie zatytułowane Pikinik w Central Park, będące odwołaniem do Śniadania na trawie Maneta, ale zarazem zamieniające role, gdyż kobiety są tutaj ubrane, a nagi jest mężczyzna.


 

Zresztą chyba ten obraz podoba mi się najbardziej, obok przywołanego na początku Tatuażu.



Dudovich: mężczyzna jako twórca i obiekt

izakow2

Filip Lipiński opublikował na Facebooku plakat Marcella Dudovicha (1878 – 1962), włoskiego twórcy związanego z secesją z 1899 roku.


 

Jest to chyba reklama firmy produkującej atrament, ale niezwykle ciekawa, zarówno w kontekście sztuki, jak i reklamy.


Sam Dudovich jest autorem między innymi odważnych prac erotycznych (a może nawet pornograficznych), a także licznych reklam, w tym również reklamy Martini. W większości tworzonych przez siebie reklam Dudovich stosował typową w tamtych czasach (ale i obecnie dość częstą) praktykę komodyfikacji kobiecego ciała, a więc utożsamienia go z reklamowanym towarem.


Tu jednak tej komodyfikacji podlega ciało męskie, a nie kobiece. Mężczyzna widziany jest od tyłu, przedstawiony w przyklęku i piszący na ścianie słowa: Fisso l’idea, co oznacza "Utrwalam myśli", jak podpowiedziała mi w komentarzu Magda.


Uwagę przyciąga jednak przede wszystkim nagie ciało mężczyzny, jędrne pośladki, ociekające czernią nogi oraz prawa ręka. Jeśli chodzi o lewa rękę, ukazany mężczyzna trzyma ją z przodu w geście, który może kojarzyć się dwuznacznie. Ten plakat wydaje mi się niezwykle ciekawy właśnie w kontekście skojarzeń seksualnych, a dokładnie kojarzenia aktu twórczego z wyzwalaniem seksualnej energii.


Przywoływałam tu już kiedyś uwagi Lyndy Nead, która wskazała, że sam akt malowania utożsamiany był w kulturze zachodnioeuropejskiej z wyzwalaniem seksualnej energii twórcy oraz wzięciem obrazu w posiadanie. Autorka Aktu kobiecego przywoływała m.in. słowa Renoira: „Maluję moim penisem”, wskazywała na wypowiedź Kandinssky’ego o zdobywaniu płótna, które stało przed nim niczym naga dziewica, pisała również o sztuce Yvesa Kleina, urzeczywistniającej ideę femme pinceau (czyli żywego, kobiecego pędzla). Kobiety były tu pokryte błękitną farbą, a następnie odciskały formy swego ciała na białym papierze wiszącym na ścianach i leżącym na podłodze galerii.


Plakat Dudovicha odczytuję właśnie w kontekście tych praktyk, jednakże jest on niezwykle przewrotny, jeśli chodzi o kwestię płci.


Tutaj nie dość, że mężczyzna jest obiektem do oglądania (a może również – zdobywania), to staje się także „żywym pędzlem”. W tym kontekście, warto przypomnieć też akcje malarskie Pollocka (czyli Jacka Chlapacza), który rozlewał farbę, pryskał nią, a niektórzy przyrównywali to wręcz do orgazmicznego tryskania spermą. Zresztą niesamowite jest to, że plakat ten powstał na długo przed działaniami Pollocka, Kleina, przed body artem, z którym ten mężczyzna pokryty częściowo czarnym atramentem, również może się kojarzyć.


W przypadku reklamy Dudovicha można mieć wrażenie, że to właśnie z ukazanego mężczyzny wylewa się ów czarny atrament, a dokładnie z miejsca, którego nie widać, a które być może dotyka lewa ręka... Mężczyzna jest tu więc jednocześnie zarówno twórcą, jak i twórczym materiałem, działającym podmiotem, jak i obiektem widzenia. Jest również towarem, utożsamiony z reklamowanym tu atramentem. Dokonuje zapisu, nadaje sens swemu twórczemu działaniu, ale jednocześnie jest jego częścią, realizuje więc akt twórczy, ale i tym aktem twórczym sam jest.  


Jest to więc niezwykle ciekawe przedstawienie w kontekście rozważań nad znaczeniem twórcy dzieła sztuki, który tradycyjnie był mężczyzną i dokonywał przekształcenia biernej materii (natury lub kobiecego ciała) w obiekt sztuki. Tutaj opozycja między aktywnym twórcą a bierną materią zostaje rozbita. A ukazany mężczyzna jest i jednym, i drugim.  



Konkurs Gepperta i obrazy Bartosza Kokosińskiego

izakow2

 

Już 14 października we Wrocławiu zostanie otwarta wystawa Co robi malarz?, prezentująca prace artystów wybranych do X konkursu malarstwa im. E. Gepperta. Na młodych artystów i artystki czekają nagrody finansowe – od 30 do 5 tysięcy złotych.


Kibicuję zgłoszonym przeze mnie Julii Curyło oraz Pawłowi Matyszewskiemu, ale do konkursu zakwalifikowało się wiele ciekawych twórców, wśród których wymienić warto Agatę Katarzynę Bielską, Michała Gayera, Bartosza Kokosińskiego czy Paulinę Sadowską.  O tych i innych artystach można przeczytać w katalogu wystawy.  


Wielu z nich próbuje wyjść poza wąsko rozumiane malarstwo, na przykład poprzez łączenie obrazów z filmem wideo. Myślę zresztą, że organizowanie konkursów malarstwa jest dziś, co najmniej, anachroniczne. Czy nie można by zorganizować po prostu konkursu dla młodych artystów? Czy wciąż trzeba tkwić w sztywnych ramach wyznaczonych przez media artystyczne, wśród których największą renomą cieszy się medium najbardziej tradycyjne, jakim jest malarstwo? Czy organizatorzy tego rodzaju konkursów nie zauważają, że żyjemy w kulturze konwergencji, gdzie tej konwergencji podlegają również media używane przez artystów?  I czy wreszcie malarstwo nie jest takim trupem, którego wciąż próbuje się reanimować przez podobne konkursy i wystawy?


Tym, co piszę, nie chcę jednak przekreślać malarstwa. A sama z przyjemnością biorę udział w takich konkursach, bo dają możliwość poznania twórczości młodych twórców (choć oczywiście pojawia się od razu wątpliwość, dlaczego nie można być młodym artystą czy młodą artystką, przekroczywszy wiek lat 50 albo 60?), pozwalają zapoznać się z najnowszymi trendami artystycznymi, inaczej mówiąc – pozwalają zobaczyć, co w trawie piszczy.


Dla mnie osobiście takim odkryciem są prace Bartka Kokosińskiego, których tematem zresztą jest właśnie medium malarstwa, a dokładnie sam obraz.



 

Artysta pyta o relację między sztuką a rzeczywistością, jak choćby w Obrazie pożerającym pejzaż, mniej interesuje go to, co można na obrazie namalować, a bardziej to, czego z reguły nie widać.



 

Można powiedzieć, że to już było, że wielu twórców walczyło z obrazem i pytało o jego właściwości, a rzeczywistość weszła do sztuki najpierw właśnie na obszarze obrazu (w kubistycznych i dadaistycznych kolażach). W końcu obraz zaczął odrywać się od ściany, a rozrastające się elementy rzeczywistości, jak w pracach Merz, a szczególnie w Kolumnach nędzy erotycznej Kurta Schwittersa, doprowadziły do powstania asamblażu. Tak rodzi się obiekt i sztuka instalacji, która z tradycyjnym obrazem nie chce mieć już wiele wspólnego. Z drugiej strony obrazy wciąż są w sztuce obecne i dlatego też przewrotne działania Kokosińskiego przyciągają uwagę. Wyczynia on z obrazami rzeczy dziwne – wygina je, wykręca, odwraca, zaś wygięte formy napycha jakimiś dziwnymi przedmiotami. Na niektórych obiektach ukazuje podobrazie i rozrastające się na nim bąble. Stara się w ten sposób przenicować obraz, jakby pokazać jego „flaki”, „bebechy”.


 

Znakomicie opisała działania artysty Marta Lisok przy okazji jego wystawy w Galerii BWA w Katowicach:

 

„Najnowsze nabrzmiałe płótna Bartosza Kokosińskiego stwarzają wrażenie jakby zaledwie przed momentem coś przemieściło się pod ich powierzchnią. Swoim kształtem i ciężarem naciągnęło płótno albo wykrzywiło ramę. Zawłaszczana przez malarza materia stawiła opór, szamotała się jak ryba w sieci. Cokolwiek to było najprawdopodobniej po chwilowych zmaganiach zdążyło już opuścić bezpieczny kokon obrazu, zostawiając za sobą tylko jego obwisłe, skotłowane płótno. Kokosiński zdaje się w ten sposób pokazywać malarstwo od jego słabej strony, wpisanych w nie kryzysów twórczych, zwątpienia, pomyłki, niemożliwości, braku”.



 

Tutaj obraz nie jest już znakiem autorytetu artysty, przestaje być gładką powierzchnią pokrytą farbami w określonym porządku. Mamy raczej do czynienia z zapisem emocji, które kryją się pod spodem.  Potraktowany w ten sposób obraz staje się cielesny, jakby artysta chciał pokazać to, co kryje się pod jego skórą. Szczególnie odnosi się do tego cykl pt. Skins z 2010 roku.



 

Fascynuje mnie nowy nurt w malarstwie, gdzie obraz skojarzyć można z podatnym na zranienia ciałem (z tym samym mamy do czynienia u wspomnianego tu i opisywanego już kiedyś przeze mnie Pawła Matyszewskiego). To malarstwo nie oddaje już dumnego i pewnego siebie podmiotu, ale ukazuje raczej jego pęknięcie, które ujawnia jego emocje, delikatność oraz niestabilność a więc właśnie to, co kryje się pod powierzchnią.

 

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci