Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : duchy

Magia Wenecji i praca Konrada Smoleńskiego

izakow2

Biennale w Wenecji to wielki spektakl, ale przecież sama Wenecja jest spektakularna, tajemnicza, potężna. Jest ona jednym totalnym dziełem sztuki. Dlatego też postanowiłam przyjrzeć się kilku wybranym pracom w kontekście tego miasta. Część z nich to rzeczywiście prace site-specific, inne, choć nie mają z Wenecją wiele wspólnego, mogą prowokować do odczytań odnoszących się do tego magicznego miejsca.  

 


Choć rzeźba niepełnosprawnej ciężarnej artystki Allison Lapper Marca Quinna to dobrze znana praca, która w latach 2005 – 2007 prezentowana była na londyńskim Trafalgar Square, zaś w ubiegłym roku jej powiększona reprodukcja stała się symbolem uroczystości otwierających paraolimpiadę, to jej nowa odsłona na Weneckim Biennale prezentuje się okazale. Ogromnych rozmiarów rzeźba stanęła na tle wyspy i kościoła San Giorgio Maggiore. Inna, piękna i wyniosła Allison Lapper jest jak Wenecja, która na przekór wszystkiemu celebruje życie, zaś spełnienie znajduje w twórczości.

 

Wenecja to miasto zbudowane na wodzie, stolica Republiki Weneckiej, w średniowieczu i na początku nowożytności gospodarcza potęga, port, z którego wypływały statki prowadzące handel ze Wschodem, a także gdzie swój początek miały wyprawy geograficzne (w XIII wieku Marco Polo wyruszył stąd do Chin), miasto ekspansji i zrabowanych dzieł sztuki. Jak pisze Nicolas Jubber w powieści podróżniczej „Tajemnice Prezbitera. Śladami papieskiego emisariusza z Wenecji do Etiopii” jest to miasto kultu religijnego św. Marka, miasto ostentacji, gdzie w centralnej Bazylice św. Marka niewiele jest jednak rzeczy weneckich. „To, co nie pochodzi z Konstantynopola, przywieziono tu z Ziemi Świętej, Egiptu, Syrii czy wysp greckich…” Autor odkrywający ślady średniowiecznej legendy Prezbitera Jana pyta: „Czego można się spodziewać po mieście, w którym nawet patron jest kradziony? Rzeczy są tylko rzeczami, ale Wenecja to jedna wielka jaskinia złodziei, wypełniona przedmiotami należącymi do innych ludzi”.  Owego rabunku dokonywała wenecka flota, zaś jej przypomnieniem na Biennale jest wypływający z Arsenału stateczek, na którym orkiestra gra melancholijną melodię.

 


 fot. Ewa Łowżył

 

Wenecja miała monopol na handel tkaninami, produkowano tu również wspaniałe tkaniny, o czym przypomina Pawilon Wenecki poświęcony tekstyliom, zetknięciu świata Zachodu i Wschodu, bogactwu i swego rodzaju dekadencji.

 

 

 

AES_F, Last Riot

 

Również kolejna edycja wystawy Glasstress „White Light/White Heat” w Palazzo Cavalli Franchetti przywołuje magię weneckiego szkła i weneckich legend. To wszystko prowokuje do pytań, na ile owa imperialna przeszłość Wenecji kontynuowana jest współcześnie przez biennale sztuki, architektury czy festiwal filmowy, które odbywają się w tym mieście. Bo przecież biennale to również świat artystycznych hierarchii, a ponadto anachroniczne już myślenie o sztuce w kategoriach narodowych. Wciąż bowiem głównym punktem Biennale są pawilony narodowe, z których główne – przede wszystkim europejskie, ale też amerykański, znajdują się w Ogrodach Giardini. Większość z nich wybudowana w klasycyzującym stylu miała symbolizować potęgę poszczególnych krajów.

 

Do tej kwestii odnosi się praca Alfredo Jaara „Venezia, Venezia” w Pawilonie Chile (który, trzeba dodać, należy do nowszych pawilonów i mieści się na terenie Arsenału). 

 


 

To instalacja, w której pawilony w ogrodach Giardini, wyłaniają się spod tafli wody, aby za chwilę znowu pod nią zniknąć. Przypominają zatopioną Atlantydę, ale wydaje się, że artysta chce nas zmusić do postawienia pytań, o to czy europocentryzm widoczny w świecie sztuki ma szansę zniknąć, jak zatopione Giardini, czy raczej jest tak, że wciąż powraca, obnosząc się ze swą potęgą.

 

Ta praca jest niezwykle widmowa, podobnie zresztą jak praca Pawła Althamera prezentowana na opisywanej już przeze mnie wystawie „Il Palazzo Enciclopedico”, ukazująca tłum polietylenowych figur Wenecjan, którzy ukazani są jako postacie – szkielety z opracowanymi całościowo twarzami.

 

 

Artysta wskazuje, że jest to współczesny portret mieszkańców, a także kieruje naszą uwagę na ulotność ciała. Ja jednak mam wrażenie, że te postacie to widma przeszłości, ci, którzy współtworzyli jej świetność, którzy dla niej ginęli, zwyczajni ludzie, o których nikt już nie chce pamiętać. Mogliby być również mieszkańcami podwodnego świata, topielcami, żywymi trupami, marami Wenecji.

 

 

Bo Wenecja to również miasto duchów i zjaw, miasto, które ze względu na klaustrofobiczne uliczki ma w sobie coś z atmosfery horroru, co genialnie zostało wykorzystane w filmie „Nie oglądaj się teraz” Nicolasa Roega z 1973 roku ze znakomitą rolą Donalda Sutherlanda jako Johna Baxtera błądzącego po wąskich uliczkach Wenecji w poszukiwaniu ducha swojej utopionej córki.

 

Po Wenecji się błądzi, trzeba nauczyć się innego rodzaju orientacji, wyzbyć się przyzwyczajeń z chodzeniem na skróty. Ja przedostając się od strony mostu Rialto do Academii, w okolicach, której znajduje się następne skupisko pawilonów i wystaw towarzyszących, musiałam przejść przez zatłoczony Plac św. Marka, nie udało mi się znaleźć tam jednego z pawilonów, za to trafiłam na wystawę „Beware of the Wholy Whore: Edvard Munch, Lene Berg and Dilemma of Emancypation”, gdzie rysunki Muncha z okresu jego załamania nerwowego robiły ogromne wrażenie. W końcu stanęłam na Placu zahipnotyzowana dźwiękiem dzwonów bijących na dzwonnicy św. Marka, będącej najwyższym weneckim budynkiem. Dźwięk był ogłuszający, widziałam ludzi, którzy byli akurat na dzwonnicy i nie wyobrażałam sobie, że można to dudnienie wytrzymać. Tym samym praca Konrada Smoleńskiego, od której prawdę mówiąc zaczęłam zwiedzanie Biennale, a którą w opisie – zostawiłam sobie na deser, stała się dla mnie pracą o Wenecji.

 


 „Everything Was Forever, Until It Was No More” – bo taki jest tytuł pracy Smoleńskiego, to wizualno-dźwiękowa instalacja z umieszczonymi w centrum dwoma spiżowymi dzwonami wykonanymi w Odlewni Dzwonów Braci Kruszewskich. Po bokach zaś znajdują się szerokopasmowe głośniki, gdyż dźwięk z dzwonów nie jest odgrywany tradycyjnie – unplugged, ale przez wzmacniacze. Dzwony wydają się jednak bardzo stare, surowe, a ponadto ciężkie i takie są w istocie – jeden z nich waży 420 kg, a drugi – 350. Praca interpretowana była już zanim się pojawiła na Biennale. Ze względu na zbieżność nazwiska artysty z miejscem katastrofy samolotu prezydenckiego – mówiono o niej jako o podzwonnym dla Smoleńska. Inni wskazywali na podzwonne dla komunizmu, o czym świadczyć mógłby tytuł pracy będący cytatem z książki Alexeia Yurchaka „Everything Was Forever, Until It Was No More. The Last Soviet Generation”.

 

podczas otwarcia

 

Ale dzwony w naszej historii to również słynny dzwon Zygmunta. W tym kontekście praca Smoleńskiego kojarzyć się mogą z polską historią czy raczej historiografią, z jej uwielbieniem dla momentów wyjątkowych, tragicznych, tych wszystkich, którym towarzyszyło bicie dzwonów. Z drugiej strony instalacja ta wpisuje się w zauważalny we współczesnej sztuce odwrót od wizualności, o którym pisałam już przy okazji ostatnich Documenta w Kassel.


Szczególnie efektowne wydają się właśnie instalacje dźwiękowe, choć zarazem są one niesamowicie inwazyjne, wręcz przemocowe, jak w przypadku pracy Janet Cardiff i George’a Burresa Millera w Kassel, instalacji Smoleńskiego czy przejmującej pracy Zsolta Asztalosa „Fired but Unexploded” prezentowanej również na obecnym Biennale w pawilonie węgierskim. Tutaj autor starał się odtworzyć dźwięki sprzed wybuchu różnych bomb.


Przed wyjazdem do Wenecji rozmawiałam o pracy Smoleńskiego z Ewą Majewską, wskazując, że skojarzenia ze Smoleńskiem nie mają sensu, że chodzi przecież o dowartościowanie dźwięku, o jego fizyczne odczucie (faktycznie tak jest, bo dźwięk dzwonów rezonuje niezwykle silnie w ciałach słuchaczy), że chodzi również o odwrót od wzrokocentryzmu, łączonego z logocentryzmem, a wręcz z fallookulocentryzmem (ten dziwny termin ukuł Martin Jay, wskazując, że zmysł wzroku jest zarazem najbardziej męskim ze zmysłów). Ewa zauważyła jednak trzeźwo, że dźwięk jest bardziej przemocowy niż obrazy, bo przecież oczy można zamknąć i nie widzieć obrazu, który drażni, ale uszu nie zamkniemy, a nawet, jeśli spróbujemy je zatkać i tak dźwięk będzie słyszalny (wchodząc do pawilonu polskiego, można wziąć zatyczki do uszu, jednak na niewiele się one zdają). Każdy, kto słyszał głośne bicie dzwonów czy syreny alarmowe wie, że te dźwięki mogą wywoływać strach, kojarzą się z czymś niebezpiecznym, groźnym. Są zarazem dźwiękami, od których nie ma ucieczki (w przypadku pawilonu, można jednak po prostu z niego wyjść, choć ten dźwięk zarazem niezwykle silnie hipnotyzuje).

 

Jednak te wszystkie rozważania i dyskusje na temat polskiej historii czy odwrotu od wizualności, przestały mieć dla mnie większe znaczenie, gdy znalazłam się na Placu św. Marka ponownie zahipnotyzowana dźwiękiem dzwonów. W ten sposób praca Konrada Smoleńskiego stała się dla mnie podzwonnym dla Wenecji, jej potęgi, piękna, ostentacji, bogactwa, zrabowanych dzieł sztuki, widm i duchów, trawionych grzybem pałaców, chorego, wilgotnego powietrza oraz nachalnych i brudnych gołębi. Bo mimo wszystkiego, co wstrętne, powiedziałabym nawet – mimo jej abiektualności, Wenecja wciąż wzbudza zachwyt i osłupienie – takie, jak to, które odczuwa się słuchając dzwonów na Placu św. Marka.

 


 

Francesca Woodman - zobaczyć własną śmierć

izakow2


House #3, Providence, Rhode Island, 1975-1976


Roland Barthes napisał: „Fotografia jest niedialektyczna. Jest teatrem o zmienionej naturze, gdzie śmierć nie może „oglądać” siebie, zastanowić się nad sobą czy uwewnętrznić się”.


Untitled, Summer 1980


Zastanawiam się, jak te słowa mają się do fotografii Francesci Woodman, która, jak się wydaje, chciała zobaczyć własną śmierć, naświetlić ją, a może nawet jej dotknąć – właśnie poprzez fotografie.


Untitled (Italy), 1977-78


Ta niezwykła fotografka (1958-1981) zaczęła tworzyć swe widmowe fotografie jeszcze jako dziecko, pierwsze zdjęcia, w tym swój niezwykły autoportret, wykonała w wieku 13 lat.



Self portrait at thirteen, 1972-75


Studiowała w Providence, rok spędziła na stypendium w Rzymie, następnie przeniosła się do Nowego Jorku. Fascynowała się surrealizmem i symbolizmem.



Eel series, Roma , 1977-1978


Stworzyła ponad 500 fotografii, które zdają się przedstawiać duchy i widma, a może jej własne pragnienie śmierci. Zginęła w wieku 22 lat, rzucając się z okna.

 


House #4, Providence, Rhode Island, 1975-1976


Fotografie z: http://www.heenan.net/woodman/


 


Providence, Rhode Island, 1976

duchy i Holokaust

izakow2

Artblox (http://art.blox.pl) zamieścił plakat Mobile Academy, która odbywa się w Warszawie (25.08- 10.09.06.) pod hasłem „Ghosts, Spectres, Phantoms and The Places Were They Live”. Okazało się, że mam ten plakat w domu (leżał sobie na stercie papierów w kuchni). Strasznie dziwny.


 

W zaproszeniu na Mobile Academy napisano: „Upiory - istoty lub idee, mieszkańcy i zjawy, zawieszeni pomiędzy życiem a śmiercią, narodzinami a umieraniem, obecnością i brakiem - kiedy ukazują się na krótką chwilę, rzeczywistość wchodzi w stan zawieszenia, pozbawiona substancji i wiarygodności. Te niewidoczne duchy, fantomy, zjawy, wampiry i upiory można zrozumieć jedynie poprzez konteksty społeczne, które powołały je do życia: wykluczenie, wyparcie, zamknięcie, wymazanie”.


Ciekawe jest to wywoływanie duchów, przywoływanie upiorów przeszłości, moda na historię w sztuce, ale też w kulturze popularnej (czy „Ça ira” Watersa nie była przypadkiem tez takim przywołaniem duchów?). Sztuka każe nam się zastanawiać na paradoksami historii i wciąż przepracowywać traumy przeszłości. Dlaczego teraz?


Nina Braun zwróciła niedawno uwagę na swoim,niestety nieczynnym już, blogu (http://galeriakomoda.blox.pl) na relatywizację Holokaustu i próby zawłaszczenia tego terminu do zupełnie innych praktyk.


A dzisiaj ktoś przesłał mejl z informacją z „Gazetą Wyborczą” o darmowych reklamach w mediach publicznych dla NOP-u. Jest też informacja, że „Wkrótce NOP zacznie kampanię "Aborcja - prawdziwy Holocaust". Gaszyński: -Będziemy pokazywać plakaty ze zdrowym dzieckiem w łonie matki i wychudzonymi zwłokami ofiary Holocaustu”.
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3583086.html


Włosy jeżą mi się na głowie czytając takie rzeczy.
Jako komentarz polecam notę u Niny Braun:


"Holokaust znaczy: całopalenie; ofiara złożona w wyniku spalenia.
Kto tu kogo chce palić?

Czy porównanie "mordowania dzieci nienarodzonych" czyli aborcji
płodów do Holokaustu nie stawia Matki-Polki na stanowisku kapo z
obozu koncentracyjnego? To uwłacza godności kobiety, a nie tego
uczył papież.

Pomijam już uparte i świadome praktyki relatywizowania znaczenia
Holokaustu, jako masowej eksterminacji żydów, a to poprzez
relatywizację i przywłaszczenie terminu, którym się określa
nazistowskie tzw. ostateczne rozwiązanie. Ciekawe, że stróżom od
obrony moralności tak łatwo przychodzi relatywizm moralny w
przywłaszczaniu i przeinaczaniu terminu i zdarzenia historycznego
dotyczące Innego, którego przez setki lat prześladowano za tzw.
mordy rytualne na chrześcijanskich dzieciach..."



Dziwne jest to, że upiory faszyzmu wyłażą z kątów i na nowo próbują grać swoją grę. Nękają nas.


Nie wiem, czy sztuka może tu pomóc, ale sądzę, że pokazuje dobrą drogę – jedynie pamięć koszmaru może nas ocalić przed innym koszmarem.


P.S. Artblox – dzięki za tę wzmiankę o strasznej sztuce! A Szabłowski w „Dzienniku” rzeczywiście „wybiórczy”, ale w końcu pisze o pismach o sztuce, a nie o blogach. Ucieszyłam się z tego, że wspomniał mojego bloga, ale szkoda, że nie ma nic o artmixie (jak widać każdy z czegoś niezadowolony ;-).

Duchy Brukseli

izakow2



Wróciłam z Brukseli. Spieszę do czytelników, oglą-/podglą-daczy. Mile zaskakuje mnie liczba odwiedzin. Przez 10 dni, bo tyle mniej więcej dni temu założyłam licznik - ponad 500 odwiedzających. Blogosfera to niesamowity świat!



Na razie mam jeszcze powyjazdowy szum w głowie.



Ale proponuję krótką wycieczkę po Brukseli.


Nie będę pisać jak historyczka sztuki. Nie lubię zwiedzać miast w sposób profesjonalny, pełen powagi i nudy.


Wolę być włóczęgą, spacerowiczką, zaglądać w zakamarki miasta, oddawać się typowo turystycznym rytuałom, zapomnieć się fotografując to, co ważne i to, co nieistotne.






A przede wszystkim poczuć klimat miasta, jego atmosferę, jego sposób bycia.





Bruksela w moich odczuciach to: miasto polityki, kobiet i sztuki, także strasznej sztuki. O niej będę jeszcze pisać. Tu przeszłość przeplata się ze współczesnością. Sztuka, zarówno dawna, jak i współczesna - architektura, a także niezliczone pomniki, figury, figurki, postumenty, również współczesne obrazy zarówno w starej Katedrze, jak i na stacjach metra - wszystko to sprawia, że jest to miasto żywe, zaskakujące, nie bojące się nowości, otwarte.



Najpierw Grand Place, gdzie wszystko wygląda jak cudowna złotnicza robota.





 

Wieczorem na Grand Place odbywa się "Światło i dźwięk". Jest to w ogóle dość ciekawe zjawisko w dziedzinie turystyki.


Jest jak czarowanie widzów, przywoływanie duchów, próba olśnienia przybyszów.
Budynek, lub budynki, często cały plac - jak w tym przypadku - staje się sceną tego niezwykłego przedstawienia (choć trzeba przyznać, że równie niezwykłe efekty daje tu też zachodzące słońce - na zdjęciach powyżej).





Ma miejsce ukazywanie fragment po fragmencie, przy dźwiękach niesamowitej muzyki, coraz to innych niezwykłych miejsc danej budowli (tu: Ratusza).
Budynki kryją swoje tajemnice, chowają swe sekrety,opowiadają historię swego miasta.


I jak tu nie wierzyć w duchy?



Powoli zakochujesz się w tym mieście.





A kiedy już poddasz się urokowi, wiesz już, że chcesz tu wrócić.


Idź więc do Everarda d'Serclaes, który w XIV wieku przepędził z Brukseli Flamandów i pogłaskaj go. Popieść trupa, przytul się do niego, nie zapomnij też pogłaskać jego psa. Legenda mówi, że jeśli to zrobisz, wrócisz tu na pewno.





Dziwny jest ten nekrofilny rytuał, ale też takie jest to miasto: nie pozwala, by cokolwiek było tu martwe, uwodzi i czaruje swym bogactwem i niezwykłością.

Duchy Auguststrasse

izakow2

 

Dziś odkryłam historię Auguststrasse w Berlinie - prawie kilometrowej ulicy wzdłuż, której odbywało się berlińskie Biennale.



 

Oto ona:


Ulica znajduje się w miejscu w okręgu Spandauer Vorstadt, który jeszcze w XVII wieku był obszarem wiejskim, znajdującym się poza murami miasta. W 1672 roku, po wieku prześladowań i pogromów Fryderyk Wilhelm pozwolił Żydom na powrót do Prus. Osiedlili się właśnie w tych rejonach. Uzyskali też zgodę na budowę swojego cmentarza.


Na początku XVIII wieku na tej ulicy wieszano przestępców – dlatego była nazwana Aleją Biednych Grzeszników. Kiedy zniknęli grzesznicy, nazwę ulicy przekształcono na Armengasse (Aleję Biedy) – w 1723, a później – w 1739 na Hospitalgasse. Nazwa Auguststrasse pierwszy raz pojawia się w archiwach 1.07.1833, kiedy ulica otrzymała tę nazwę na cześć Księcia Pruskiego Augusta, bratanka Fryderyka Wielkiego. W XIX wieku, prosperita i boom budowlany dotknęły również Auguststrasse, Po roku 1830 wzniesiono tu wiele budynków, które stoją tu do dziś. Pomiędzy 1859 a 1866, na pobliskiej Oraninburgerstrasse zbudowano Nową Synagogę, co wzmocniło miejscową społeczność żydowską mieszkającą w tych okolicach. Ale Auguststrasse była wielokulturowa. W tym samym czasie, kiedy zbudowano synagogę, zbudowano też kościół ewangelicki pod wezwaniem św. Jana, przy Auguststrasse 90. Nieco później, w 1864 roku powstało tu wydawnictwo, mieścił się tu również budynek poczty oraz żydowski szpital, który został zaprojektowany przez architekta synagogi Eduarda Knoblaucha. Część ulicy rozwijała się i bogaciła w niesamowitym tempie.



 

Tymczasem od strony Cmentarza Garnizonowego zamykającego ulicę od wschodu (?), reputacja Auguststrasse była kiepska. Dominowała tu bieda, gromadziły się prostytutki oraz drobni przestępcy. Ale rozwijało się też bogate życie nocne miejscowej cyganerii artystycznej, a także znudzonych zwyczajnością burgeoisie. Na początku XX wieku bogaci Żydzi z klasy średniej zajmują zachodnią stronę Spandauer Vorstadt.



 

Na Augustststrasse 14-16 otwierają ochronkę i darmową kuchnię dla bezdomnych dzieci. Ochronka zwana jest Ahawah (Hebrajczycy dla Miłości). Jak więc widać ulica była prawdziwym tyglem kulturowym - przedziwną mieszanką Żydów i chrześcijan, burgeoisie, slumsów, inteligencji, rejonu czerwonych latarni oraz artystycznej bohemy. Pod koniec tych dobrych czasów, w 1927 roku zostaje jeszcze wybudowana w modernistycznym stylu szkoła dla żydowskich dziewczynek – pod numerem 11-13.


Po dojściu Hitlera do władzy ten raj zaczyna się rozpadać. 10.05.1933, na pobliskiej Oranienburgerstrasse, zbierają się młodzi faszyści idący palić na Opernplatz żydowskie książki. Beate Berger, dyrektorka Ahawah, przenosi ochronkę do Palestyny. Wszystko zmierza do tragicznego końca, mają miejsce pogromy, niszczone jest mienie mieszkających wciąż jeszcze na Auguststrasse Żydów. Nastaje wojna, a Hitler realizuje swój plan zgładzenia Żydów. 16.06.1943, Berlin zostaje oficjalnie ogłoszony miastem „judenrein” – oczyszczonym z Żydów. Historia tysięcy Żydów została w zasadzie wymazana. Kiedy wkracza do Berlina Armia Czerwona, walki rozgrywają się właśnie w tych okolicach. Trupy, zarówno cywilów, jaki żołnierzy chowane są w masowych grobach na Cmentarzu Garnizonowym.




 

Po wojnie wschodnia część Berlina była okupowana przez Związek Radziecki, w 1949 roku proklamowana została Niemiecka Republika Demokratyczna. Radzieccy notable, którzy rezydowali w Berlinie, zajęli budynek właśnie przy Auguststrasse 17. 13 sierpnia 1961 roku wybudowany został mur berliński, Berlin Mitte znalazł się oczywiście po stronie ogrodzonej. Sama Auguststrasse, choć opisywana przez pisarzy jako smutna, szara stawała się centrum życia artystycznego i intelektualnego. Niedaleko znowu pojawiła się dzielnica czerwonych latarni. Puste miejsca pomiędzy starymi budynkami, zaczęto wypełniać tzw. Plattenbaus budynkami z prefabrykatów mieszczącymi biura i mieszkania. Jednak pod koniec lat 80.wiele mieszkań na tej ulicy było opustoszałych. Straszyły budynki nie odnowione jeszcze od czasów wojny.


 

Pustoszały mieszkania, opuszczane przez Niemców uciekających na drugą stronę muru, a także na zachód (paradoksalnie wielka ucieczka zaczęła się dopiero latem 1989 roku, gdy otwarto granice z Zachodem). 9 listopada 1989 runął mur, Auguststrasse stawała się ulicą coraz bardziej artystyczną, powstały tu wciąż nowe galerie. Z wolna zaczęto przypominać sobie o Żydach, którzy kiedyś tworzyli jej życie. Tak w skrócie wygląda historia tej niemal kilometrowej ulicy, na której podczas Biennale ożyły duchy.


Jedna z ważniejszych części ekspozycji umieszczona została w byłej szkole dla żydowskich dziewczynek.A pierwsze prace, które można bylo zobaczyć od razu przywoływały jej historię. W filmie wideo „Summer Lightings” (2004) rosyjskiego artysty Viktora Alimpieva, ukazane zostały siedzące w ławkach szkolnych współczesne dziewczynki, które uderzając palcami o blat wydawały głosy przypominające strzały karabinu maszynowego.



 

Nie było wątpliwości, że znajdujemy się w miejscu, do którego chodzące uczennice w większości nie doczekały dorosłości, zamordowane, zagazowane. O tych, którzy zginęli, o których zapomniano mówiła też instalacja Boucheta „The Berlin Dirty Room” (2005), gdzie w trzech pomieszczeniach leżała ziemia równo przykrywająca podłogę, nasypana do wysokości około pół metra.



 

Te prace wyznaczały jakby oś poszukiwań artystów prezentujących swe prace w byłej szkole. Dziewczęce (ale też szkolne) koszmary – z jednej strony, z drugiej – to, co ukryte, przerażające, schowane w głębi – to, o czym mogą opowiedzieć nam duchy tych miejsc.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci