Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : rosliny

Documenta XIII - próba ucieczki poza wizualność i kulturę

izakow2

 

Documenta XIII w Kassel to z jednej strony wystawa nadmiaru – prac, znaczeń, wrażeń, opowiedzianych historii i zaanektowanej przestrzeni. Obejrzenie wszystkiego wydaje się niemożliwe w przeciągu dwóch dni zarezerwowanych dla prasy, zaś przejście rozległych obszarów parku, dworca, a także poszukiwanie niektórych miejsc ekspozycyjnych wymaga niezwykłej kondycji i wytrwałości.

 

Na wystawie pojawiają się prace mówiące o nadmiarze obrazów, o wizualnych muzeach wyobraźni, jak ręcznie malowane obrazy Yana Lei:

 

 

- o ilustrowanej historii współczesności - Nanni Balestrinni i jego film trwający 2400 godzin:

 

 

- jak i o popularnej ikonosferze  - Geoffrey Farmer:

 

 

- o rzeczywistości utkanej z obrazów, jak kilimy czy arrasy, które można podziwiać we Fridericjanum.

 

(Goshka Macuga)

 

(Hannah Rygen)

 

 

Każe to przywołać ideę „Atlasu” Aby Warburga, do którego nawiązywały już Documenta XII.


Jednakże ta wystawa wskazuje również na kompromitację obrazu, na fakt że dzisiaj większe znaczenie od kunsztownie namalowanych obrazów czy mozolnie utkanych kilimów mogą mieć zdjęcia z telefonu komórkowego. O tym mówi niezwykła praca Rabiha Mroué „Pikselowa rewolucja”.


O tej pracy pisze Dorota Jarecka:


"W Staatstheater w Kassel ten libański reżyser i aktor prowadzi wykład ze slajdami. Na YouTubie pozbierał filmiki kręcone telefonami komórkowymi w czasie zamieszek w Syrii. Łączy je jedno: ich autor zginął albo został postrzelony w momencie filmowania. Powtarza się sekwencja: kamera śledzi snajpera, snajper dostrzega człowieka, który go filmuje, i celuje prosto w kamerę. Potem następuje huk wystrzału, ciemny obraz, czasem krzyk. Dlaczego, pyta Mroué, filmujący nie uciekł, czemu czekał do ostatniej chwili? Po pierwsze, dlatego że dziś nikt nie wierzy w realność filmowego obrazu. To, co widać na ekranie komórki, za bardzo przypomina film. A na filmie broń może być skierowana prosto na nas, ale nigdy nie pada strzał. Jednak filmujący, uważa Mroué, mają też inny powód, żeby tak się zachowywać. Komórka jest sztucznym okiem, widzi obrazy, które zapisują się na siatkówce tuż przed śmiercią. Ci ludzie chcą spojrzeć w twarz zabójcy i ja też chciałbym - mówi Mroué - by zidentyfikowano morderców i postawiono ich przed sądem."



 

Mnie najbardziej poruszyło pytanie zadane przez Mroué, czy można na podstawie tych filmów określić, czy ich autor żyje czy został zamordowany. „Nie wiem” – odpowiada reżyser i zostawiając nas z tą niewiedzą, każe nam przewracać kartki w książeczkach zrobionych na podstawie filmików, które być może ukazują ostatnie kadry, które widział filmujący dane zdarzenie człowiek…

 

I paradoksalnie, choć wystawa każe zadać pytania o znaczenie obrazów, o to, jak czytać wizualność, a także o to, kiedy obrazy stają się dokumentami swojej epoki (jak w przypadku rysunków zamordowanej w Auschwitz  dwudziestoczteroletniej i będącej w piątym miesiącu ciąży Charlotte Salomon czy politycznych gobelinów Hannah Rygen), a kiedy dokumenty stają się dziełami sztuki (bo jak na przykład traktować fotografie Lee Miller ukazujące ją samą pozująca w wannie Hitlera?), to na Documentach XIII nie dominuje wcale wizualność!

 

(Charlotte Salomon)

 

Napisałam, że z jednej strony wystawa mówi o nadmiarze, z drugiej jednak – zostawia poczucie niedosytu ze względu na prace, które są mało efektowne, stapiają się z rzeczywistością, przenikają z nią, jak choćby kopce czy enklawy zieleni, problematyzujące pojęcie natury czy samego krajobrazu.

 

(Maria Loboda, a w tle: Song Dong)

 

Pytania o kultury nieludzkie, o przenikanie się świata ludzi i zwierząt, o konstruowanie „dzikiej natury” oraz o naturę wymierającą nasuwają się po obejrzeniu prac rozsianych w parku Karlsaue. Szczególnie ciekawy w tym kontekście jest The Wordly House, będący zbiorem archiwów artystycznych inspirowanym badaniami Donny Haraway nad międzygatunkową egzystencją. Archiwa zebrane przez Tue Greenfort dotyczą sztuki przedstawiającej koegzystencję światów ludzi, zwierząt i roślin.

 

 

Podobnego problemu dotyczy praca francuskiego artysty Pierre’a Huyghe ukazująca przypadkowo zestawione ze sobą elementy różnych kultur (m.in. ludzi, pszczół, zwierząt i bakterii), a także park zabaw dla psów Briana Jungena.

 

(Pierre Huyghe)

 

Zaś symbolem wymierającej natury staje się wykonane z brązu drzewo Giuseppe Penone:

 

 

 

Odwrót od wizualności najbardziej jednak widoczny jest w innych pracach, choćby u Ryana Gandera, który w dolnych salach Fridericjanum stworzył instalację z wiatrem. Niczego się tu nie ogląda, ale na nogach, we włosach, na całym ciele czuje się chłodny, dość silny wiatr. Z jednej strony może chodzić o wrażenia zmysłowe, z drugiej jednak – trudno nie skojarzyć tej instalacji z wiatrem historii, o którym na poprzednich Documentach mówił opisywany przez Waltera Benjamina obraz Paula Klee pod tytułem "Anioł historii". Tegoroczne Documenta łączy z poprzednimi zainteresowanie traumatyczną historią, pojawiają się odniesienia do Auschwitz (np. praca Sanji Ivekovic z dziecięcymi maskotkami przedstawiającymi osiołki, które podpisane zostały znanymi z historii kultury nazwiskami, jak Primo Levi czy Walter Banjamin, odnosząca się do historii o nazistach, którzy prezentowali gapiom osła jako symbol głupoty i upartości, przyrównując go do Żydów),

 

 

- do wojen światowych i wojennej biopolityki, a także problemu sztuki zdegenerowanej - praca Kadera Attia:

 

 

A jednak nie jest to wystawa europocentryczna!

 

Problemy krajów arabskich, wojna w Afganistanie, Ameryka Południowa i degradacja jej kultury, rozgrywające się na całym świecie konflikty i zaśmiecanie świata to dominujące tematy tych Documentów. Odwrót od wizualności łączy się więc z odwrotem od europocentryzmu, racjonalności i logiki.

 

(Ida Applebroog)

 

Stąd już krok do wątków eksploatujących emocje, paranoję, jeśli nie wręcz szaleństwo, (ale także pokazujących jak owo szaleństwo bywa konstruowane, choćby w znakomitym filmie Javiera Telleza, przedstawiającym szpital psychiatryczny w Mexico City). Stąd już krok do próby ucieczki poza kulturę i konsumpcyjny świat, jak w przypadku Garetha Moore’a i zbudowanej przez niego z odpadów osady, w której mieszka od 2010 roku, unikając jakichkolwiek związków z konsumeryzmem.

Prace na Documentach przenikają się z antysystemowym protestem, który zainstalował się tuż przed Fridericjanum, przypominając, że żyjemy w epoce „Occupy Wall Street” i wojen o wolność w Internecie.

 

 

Za patronów tych Documentów uznać można Josepha Beuysa i Jeana Dubuffeta (który poszukiwał możliwości ucieczki od naszej kultury w sztuce umysłowo chorych, dzieci i "prymitywów" - cokolwiek miałoby to znaczyć). I wbrew temu, co pisała Dorota Jarecka, jest to wystawa bardzo polityczna. Może nawet bardziej niż berlińskie biennale... Zaś teoretycznym mentorem tych Documentów wydaje się być Nicolas Bourriaud propagujący ideę estetyki relacyjnej, gdyż wiele jest tu prac zmuszających odbiorców do działania, do bezpośredniego zaangażowania, włączających ich w rytuały picia herbaty czy też jedzenia alternatywnych posiłków (oczywiście ekologicznych), namawiających do wspólnych gier czy też podjęcia zbiorowych terapii.

 

Odbiorca ma wcielać się w antropologa, historyka, a raczej detektywa przysłoniętych kurzem czasu historii, nie może jednak pozostać bierny, ma być uczestnikiem, a nie obserwatorem. Najlepiej ilustrują to prace Janet Cardiff i George’a Burresa Millera, jedna zainstalowana na dworcu, druga – w lesie w parku Karlsaue. Są to instalacje audialne. Siedzący w parku odbiorcy otoczeni są przeróżnymi dźwiękami – muzyki poważnej, wiatru, zbliżających się kroków, a w końcu wystrzałów, walki i bombardowania.

 

 

Wrażenie jest niezwykłe, słyszalny wiatr można poczuć, niektórzy oglądają się za siebie, aby zobaczyć, kto zbliża się do tego miejsca, odgłos wystrzałów przeraża i powoduje skurcze żołądka. To zresztą jedna z najlepszych prac na tych Documentach. Inną świetną instalacją dźwiękową jest praca Susan Philipsz zainstalowana na peronach dworca w Kassel, skąd odjeżdżały transporty do obozów. Ze starych głośników (może pamiętających jeszcze tamte czasy?) płyną dźwięki  koncertu skrzypcowego, który skomponował Pavel Haas, więzień obozu w Theresienstadt. Jeszcze inną dźwiękową pracą są szafy grające autorstwa Susan Hiller z politycznymi, buntowniczymi pieśniami oraz współczesnymi protest songami.

 

 

Myślę, że to odejście od wizualności jest swoistym signum temporis oraz świadectwem wielkości sztuki. Dzisiaj, gdy wszystko można pokazać, zobrazować, gdy porządek wizualny dominuje nad wszystkimi innymi, sztuka płata nam figla, zmuszając do zwrócenia się w stronę innych zmysłów (słuchu, dotyku, smaku…), prezentując coś, czego zobrazować i pokazać nie można, co można tylko przeżyć. I to jest najważniejsza wartość tej męczącej i dość niepozornej, choć wielkiej, wystawy.

 

 

Telewizja, muzea, wystawy, albumy, internet, blogi, portale społecznościowe - wszystko to kierunkuje nas jedynie na widzenie (ja sama od obrazowania nie potrafię się oderwać, co widać na przykładzie tego wpisu), a przecież spojrzenie może nas zwodzić, zaś rzeczywistość jest dużo bardziej wielowymiarowa.

                                                          

Florofilia Ani Mizgajskiej

izakow2

Jedną z nowych gałęzi sztuki jest bio art – twórczość zainteresowana różnorodnymi formami życia pojawiającymi się w naszej rzeczywistości, zwierzętami, roślinami, a także samą biologią. Sztuka ta łączona bywa z posthumanizmem, gdyż, jak podkreślają współcześni myśliciele, nie jesteśmy jedynymi, a przy tym najważniejszymi mieszkańcami Ziemi. Jesteśmy raczej zapatrzonymi w sobie egoistami, którzy zapominają o tym, jak bardzo nasze życie uzależnione jest od całego świata przyrody. A słyszeliście, że wymierają pszczoły? Gdy ich zabraknie, życie na ziemi może zacząć umierać. Bio art to również poszukiwanie transgresji, przekraczanie granic, poszukiwanie tego, co wspólne pomiędzy nami a innymi mieszkańcami planety. Ale bio art to również próba odpowiedzi na pytania, jak daleko może sięgać ludzka ingerencja w naturę, co mogą przynieść nam genetyczne modyfikacje czy inne sposoby ingerencji w świat biologii. Zaciera się przy tym różnica między nauką a sztuka, gdyż ta ostatnia, tak jak nauka, wykorzystuje często biotechnologie, a także dąży do odpowiedzi na pytanie, jak może wyglądać nasza przyszłość. Sztuka ta podejmuje również wezwania etyczne, każąc nam zastanowić się nad słabszymi (a przynajmniej za takie uważane) formami życia.  


Dużo na ten temat pisze Monika Bakke, która wydała ostatnio książkę „Bio-transfiguracje. Sztuka i estetyka posthumanizmu”. Bardzo podoba mi się jej określenie florofilia, czyli miłość do roślin. Pisała o tym między innymi w numerze „Czasu Kultury” pod znaczącym tytułem „Rośl-inność” (5, 2008). Bakke pisząc o francuskim artyście George Gessercie, zwraca uwagę, że rośliny są wszędzie, jednakże postrzegamy je przede wszystkim poprzez nasze potrzeby fizjologiczne, takie jak oddychanie czy jedzenie, choć traktujemy je również jako obiekty estetycznej kontemplacji. „Najrzadziej zaś myślimy o roślinach w kontekście wspólnej genealogii, gdyż nasze ciała tak bardzo różnią się od ich ciał. Rośliny są jednak naszymi przodkami, formami życia zamieszkującymi Ziemię na długo przed nami. Mają więc własne strategie przetrwania i skomplikowane relacje z innymi formami życia, takimi jak na przykład zwierzęta, którym nie tylko pozwalają się zjadać, ale również potrafią się nimi posługiwać. W kontekście jednak Arystotelesowskiej hierarchii bytów, a później jeszcze pod wpływem idei chrześcijańskich – rośliny zostały niemalże całkowicie zdegradowane i uprzedmiotowione”.  Dalej Bakke pisze o poszukiwaniu tego, co w nas roślinne, pytając o roślinność naszych ciał, zwracając także uwagę na nasze upodobanie do roślin, szczególnie do kwiatów.  


Piszę o tym, bo niedawno odwiedziła mnie koleżanka jeszcze z liceum, Ania Mizgajska, fotografka, ostatnio zafascynowana też ogrodnictwem. Pokazała mi swoje zdjęcia, które od razu skojarzyły mi się z opisywaną przez Bakke, florofilią.




 

Na tych fotografiach roślinność przenika się z cielesnością, gdyż nałożone i odpowiednio skomponowane ze sobą (zmodyfikowane komputerowo) zostały zdjęcia roślin i intymnych miejsc kobiecego ciała. Przez to roślinność na tych fotografiach jest zarazem piękna, jak i groźna.



 

Okazuje się, że to, co wspólne roślinom i ludziom, to właśnie aspekt seksualny. Jak pisze Bakke: „szczególnie fascynują nas kwiaty, które jako organy płciowe roślin w sposób oczywisty istnieją właśnie po to, by budzić zainteresowanie: owadów, ptaków i innych zwierząt, w tym człowieka”. Warto więc przyglądać się uważniej roślinom, a także pracom artystycznym podejmującym ten temat.



Ogród Zofii Kulik

izakow2

Ogród kojarzy się zwykle z czymś pięknym, niezwykłym, tajemniczym. Z miejscem natchnienia, lub wytchnienia.


Ale ogród jest też po prostu miejscem, które nam czegoś dostarcza, gdzie coś hodujemy, albo wyrasta samo: proszone, albo i nie, chciane, lub niechciane. Mogą to być owoce, warzywa, kwiaty, chwasty, grzyby (moje ostatnie grzybobranie ograniczyło się w zasadzie do przestrzeni mojego leśnego ogrodu).


Ale czy może to być ludzkie ciało?



 

To pytanie pojawiło się w związku z cyklem prac „Ogród” Zofii Kulik, o którym przypomniałam sobie w związku z „Deseniami” i pytaniem o modela, które pojawiło się przy poprzednim wpisie.


Tutaj forma kwiatu została nałożona na wizerunek modela (tak, tak, wciąż tego samego).



 

Ale o czym to świadczy? Czy kwiat jest jak ciało, a ciało jest jak kwiat? Jaki kwiat? Szlachetny, polny, chwast? Choć o nie, pielęgnujemy, dbamy, i tak zwiędnie... Nieposłuszne i nieokiełznane, jak trawa i chwasty na ogrodzie, które mimo naszych wysiłków i tak mają nad nami przewagę.


Albo wątek 'genderowy' - bo kto by wpadł na pomysł porównania męskiego ciała do formy kwiatu? Czy nie jest to przewrotne, a zarazem perwersyjne?



 

Choć myślę, że artystka chciała jeszcze coś innego pokazać. Pokazać własny zielnik, w którym jak kwiaty kolekcjonuje ludzkie pozy.

Kłącza, anty-kłącza i inne

izakow2

Jakiś czas temu prowadziliśmy w Indeksie dyskusję na temat pojęcia „kłącza”. Ktoś zaproponował, aby nasze objazdowe Forum nazwać „Kłącza wolnej kultury”. Niektórzy trochę krzywili się na tę metaforę wziętą z Deleuze’a i Gauttari’ego. Ale zostało.


Ja bardzo lubię to pojęcie „kłączy” odnoszącą się do otwartego tekstu, rozrastającego się w sposób niekontrolowany dyskursu, połączonego w systemie poziomym rozmaitymi linkami, przechodzącego jeden w drugi, nie mającego początku, ani końca.


Można mówić o kłączeniu się tekstów i dyskusji. Właśnie ślady takiego rozkłączenia znalazłam na blogach: Ali i Tomka Kozaka, którzy wciąż prowadzą rozpoczętą tu dyskusję, wywołaną moim wpisem o „Zmurzynieniu”.


Nie ukrywam, że momentami dyskusja jest fascynująca, choć ogólnie trudno mi już ją ogarnąć.


Blog Tomka nosi tytuł „Idź na wojnę” i trudno oprzeć się wrażeniu, że dla tego artysty wojna to jego żywioł.


Zastanawiałam się też, czy istnieje wizualna figura „kłącza”.


Pomyślałam o pracach Zosi Kulik, a dokładnie o jej „Deseniach”. Dostałam od niej właśnie detale z „Deseni”. Są cudne.



 

Tu też wzory nie mają początku, ani końca, przechodzą jeden w drugi, a przy tym są doskonałe estetycznie. Gdzieś w to wszystko wpisana jest ludzka figura, odindywidualizowana, sprowadzona jedynie do roli detalu, elementu dekoracyjnego. Przez to wszystko te pozornie tylko dekoracyjne prace Zosi ukazują coś niebezpiecznego, groźnego, może wręcz totalitarnego (ta doskonale zorganizowana forma!).



 

A wiec to chyba jednak nie są kłącza, bo te powinny rozrastać się w sposób kontrolowany. Może to raczej swoiste anty-kłącza?


 Zastanawiam się też, jak bardzo w myśleniu o estetyce, tekście, obrazie, władzy i antywładzy, wracamy wciąż do myślenia strukturalnego.


Bo nie ma nic poza strukturą? ;-)

Czarne tulipany

izakow2



 

Oj nie, dzisiaj nie mam siły na pisanie o sztuce. Chociaż wczoraj na weselu Paweł Ł. przekonywał mnie, że powinnam być artystką ze względu na silną osobowość i rozstawianie ludzi po kątach. Jednak nigdy nie chciałam być artystką, bo to wymaga zbyt wiele cierpliwości. Ale, mam jedną słabość, hoduję kwiaty. Czarne tulipany, to jedne z moich chlub, choć oprócz posadzenia cebulek, niewiele więcej trzeba było z nimi robić. To właśnie lubię.



 

Impreza wczoraj była cudna, a dzisiaj zupełnie przez przypadek udał się nam przesympatyczny piknik u ciotki. A przy okazji doszłam do wniosku, że moje upodobanie do okropności nie jest w tej rodzinie odosobnione. Prawie rodzina Adamsów. Najpierw dzieci bawiły się w popiele z kominka, obsypując przy tym moją matkę. Potem mój starszy syn był bez rączki, Olka (kuzynka chłopaków) była wampirem, zaś najmłodszy Bartek przygotowywał truciznę dla bobo, czyli dla lalki. Próbował złapać do butelki dym z papierosa mojego kuzyna, ale jakoś nie dało rady.


A’propos kuzyna, który jest między innymi fotografem, kiedyś na naszym ogrodzie złapał do słoika szerszenia, by zrobić mu później zdjęcie. Moja mama nie mogła przeżyć, że męczymy biedne stworzenie. Krzych-sadysta zabrał słoik z szerszeniem, ale zdjęcia nie zrobił do teraz. Z ogrodu zostały mi więc jedynie moje zdjęcia czarnych tulipanów. Może kiedyś uda mi się pokazać jednak szerszenia.


© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci