Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : kanibalizm

Nasz narodowy kanibalizm

izakow2

 

1.08.2014 - 70. rocznica wybuchu powstania warszawskiego, oficjalne obchody, ale też powstanie jako atrakcyjny temat historii popularnej. A ja mam już dość tego kanibalizmu!


Sama historia powstania warszawskiego wpisywana jest w romantyczny paradygmat tradycji narodowo-wyzwoleńczej, która jest przede wszystkim historią bohaterstwa, odwagi, umiłowania czynu zbrojnego, często z góry skazanego na klęskę. Nasza oficjalna historia dokonuje swoistego uwznioślenia zbrojnych powstań, nie pyta o ich sens, wymazuje to, co potworne, dokonuje heroizacji uczestników i ich czynów (również bardzo ambiwalentnego udziału dzieci w powstaniu warszawskim – to Pomnik Małego Powstańca, Sala Małego Powstańca w muzeum, to również tegoroczna akcja (piknik?) „Podwórkowi powstańcy”, która ma odbyć się 3 sierpnia i przeznaczona jest dla dzieci w wieku od 5 do 12 lat).



 

Walka o wizję powstania jest walką o obrazy, a zarazem walką o wyobraźnię. Historia, która jest przedstawiona w samym Muzeum Powstania Warszawskiego ma przede wszystkim wymiar estetyczny. Ma uwodzić i nie zostawiać żadnych wątpliwości, co do sensu wybuchu powstawania. Kreowany jest tam dyskurs chwały, zaś interaktywność muzeum ma wymusić na zwiedzających poczucie uczestnictwa.  Widz muzeum ma nie tyle opłakiwać ofiary, ile wczuć się w ich wolę walki, odczuć ich męstwo, odebrać fakt uczestnictwa w powstaniu jako coś, w czym sam chciałby uczestniczyć. Ma poczuć się jak powstaniec, odczuć romantyczną potrzebę walki o niepodległość.

Opisywałam już na blogu wspomnianą salę Małego Powstańca, gdzie każde zwiedzające dziecko, słuchając piosenek Jana Pospieszalskiego, zakładając hełmy i ujeżdżając konie na biegunach powinno zapragnąć być małym powstańcem. Mój ośmioletni wówczas syn wyszedł z tej sali z obrzydzeniem.

Mówiąc o historii popularnej mam na myśli popularne interpretacje historii, a więc przede wszystkim filmy historyczne, reportaże, wspomnienia, fikcje, komiksy, muzykę popularną, koncerty, rekonstrukcje historyczne, gry wojenne, ale częściowo również muzea historyczne (w tym Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie można też pochodzić sobie po kanałach lub wypić kawę w kawiarni stylizowanej na Biklego).

Popularność tych form wynika z tego, że wzmacniają poczucie wspólnoty – z historią oraz z grupą ludzi, dla których równie ważna jest historyczna tradycja, ale w gruncie rzeczy przede wszystkim oferują rozrywkę. Ten rozrywkowy aspekt zabaw z historią znakomicie ujawnił w swoim filmie z 2013 roku Paweł Hajncel - polecam wszystkim zwolennikom rekonstrukcji.

Historia popularna to też różnego rodzaju „gadżety”, które można nabyć w muzeach, to także historyczne stylizacje czy wybrane elementy garderoby. W tym roku mytshirtdress wyprodukowało w limitowanej wersji koszulkę „Powstanie 44” ze śladem po kuli i plamą imitująca rozbryzganą krew.

 

 

Sarkastycznie powiedziałabym, że byłaby świetna na Marsz Zombie, ale towarzyszący reklamie napis: „W hołdzie Warszawie 44” w kontekście sprzedaży wizerunku tragicznej śmierci wydaje się pomysłem wyjątkowo wstrząsającym.  Jest to rodzaj kanibalizmu, którego jak najbardziej należy się bać…

Wspomniana przeze mnie historia popularna w dużej mierze kształtuje recepcję historii czy naszą historyczną świadomość. Historię II wojny światowej, wyzwolenia, powstania warszawskiego, a także Zagłady znamy nie tylko z podręczników historii, ale również z wersji sfabularyzowanych. W tych wersjach tragizm wojny przemieszany jest z elementami przygody, zabawy, romansu. Wymienić można tu produkcje, które przez długie lata zasilały wyobraźnię publiczności jak „Czterej pancerni i pies”, „Stawka większa niż życie”, produkcje komediowe (np. „Jak rozpętałem II wojnę światową”) oraz filmy poważniejsze, w których jednak również ważny jest wątek romansowy (np. „Kanał” Andrzeja Wajdy).

To także produkcje najnowsze – w tym roku powstały dwa filmy: „Powstanie Warszawskie” (reklamowany jako „pierwszy na świecie dramat wojenny non-fiction”) oraz „Miasto 44”, które pokazuje ponoć powstanie jak grę komputerową (Wojciech Engelking: „rzeź, jaka to świetna impreza”). A na marginesie, kiedy zobaczyłam zdjęcie z tego filmu, myślałam, że chodzi o nowy sezon mojego ulubionego serialu „Walking Dead”.

 


Ten ostatni to film o miłości, "Kanał" jakby został odesłany do lamusa...

W popularnych wersjach historii dominuje swoisty sentymentalizm, ujawnia się on równie mocno w muzyce popularnej czy w okolicznościowych koncertach. Na dzisiejszym koncercie rocznicowym, na którym śpiewano powstańcze pieśni publiczność otrzymała śpiewniki. Widziałam migawkę i zadrżałam na widok dzieci śpiewających z przejęciem: „Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój”.

Ta historia toczy się już od jakiegoś czasu, może od 2004 roku, kiedy otwarto Muzeum Powstania Warszawskiego. Można tam zakupić przeróżne pamiątki odwołujące się do powstania, a także gry i zabawki dla dzieci, m.in. grę planszową Zawiszak, układanki na temat powstania, powstańczy pamiętniczek, filiżanki z logo muzeum, a nawet cukierki krówki i wiele innych gadżetów. W roku 2009 firma Egmont Polska wydała grę planszową dla dzieci „Mali Powstańcy”. W tym roku firma Cobi wypuściła serię klocków „Powstanie Warszawskie”.

 

 

Zbigniew Libera, autor pracy „Lego. Obóz koncentracyjny” nie mógł przypuszczać, że jego artystyczna fantazja w nieco zmienionej wersji przerodzi się w realność. Warto też nadmienić o stylizacjach modowych „na powstanie”, w których zaczęli prześcigać się projektanci oraz szafiarki…

Można powiedzieć wręcz, że historia popularna zalewa nas wciąż nowymi reprezentacjami powstania, z których duża część skierowana jest do dzieci. Bo przecież, jak pisałam, jest to walka o wyobraźnię.

Ja na pewno nie posłałabym syna do powstania! „Sorry, Polsko” – jak śpiewa Maria Peszek -  „Lepszy żywy obywatel, niż martwy bohater!”. I przypominam na marginesie, że według Konwencji Genewskiej bezwzględnie zabroniony jest udział dzieci poniżej 15 lat w działaniach wojennych. Tym samym epatowanie dzieci figurą „małego powstańca”, zarażanie ich podniosłym nastrojem powstańczym, narzucanie im marzeń o walce, namawianie ich do zabaw w powstanie uważam za wyjątkowo obrzydliwe.

Podobnie obrzydliwe jest kupczenie obrazami śmierci. Od dawna już wiemy, że przeszłość stała się towarem, a wraz z nią towarem stały się cierpienie i śmierć. 


Oskarżam Polskę o żywienie się trupami. Może, zamiast śpiewać powstańcze pieśni, czas zacząć się leczyć z tego narodowego kanibalizmu!

 

P.S. A jeśli pojawi się pytanie o szacunek dla ofiar i pamięć, to odpowiem - nie wywlekajmy trupów i nie bawmy się na ich grobach, a pamięć powinna być przede wszystkim pamięcią krytyczną (czyli związaną z myśleniem o teraźniejszości i przyszłości).


Ola Ska do zjedzenia

izakow2

 

Zachwyciły mnie zdjęcia Aleksandry Ska z jej performance pod tytułem "Osobisty akt artystyczny", który odbył się 6 października przy Muzeum Sztuki w Łodzi w ramach akcji "Sztuka raz".


 

Ska wykonała swój performance w ogrodzie, zaś jego tłem stał się film Natalii LL "Sztuka konsumpcyjna". Tym samym Ska stała się następna artystką, po grupie Sędzia Główny i Karolu Radziszewskim, wchodzącą w dialog z najpewniej jednym z najważniejszych dzieł polskiej sztuki nowoczesnej, jakim jest praca Natalii LL. Ponadto performance Ska wpisuje się w twórczość o zabarwieniu kanibalistycznym, odnoszącą się do pojawiającej się w kulturze figury kobiety do zjedzenia (by wspomnieć tylko o pracach Zuzanny Janin, Joanny Rajkowskiej czy Eli Jabłońskiej).

 

 

Aleksandra Ska, poznańska artystka o łódzkich korzeniach, tworzy instalacje, obiekty oraz filmy wideo. Jej sztuka odwołuje się do obszarów seksualności i podświadomości. Interesuje ją cielesność prezentowana poprzez formy odcisków ciała, szczególną uwagę przykłada do przedmiotów, takich jak np. stroje czy ubrania mające kontakt z ciałem. Sztuce tej artystki towarzyszy wysmakowana elegancja, przepych i zmysłowość. Ska wprowadza jednak do swych instalacji to, co niepokojące, budzące lęk, co pochodzi z obszaru podświadomości, marzeń oraz snów. Artystka odnosi się do fetyszyzmu, wskazując na to, co uwodzi, oczarowuje, przyciąga, ale niekiedy też – przeraża. Jej prace odwołują się nie tylko do zmysłu wzroku, ale także dotyku czy smaku. Tak było w przypadku filmu wideo "Fat Love", którego projekcja odbywała się w jednym ze sklepów mięsnych w Poznaniu podczas festiwalu „Urban Legends” w 2009 roku, o którym pisałam na blogu.

 

Tym razem artystka sama zamienia się w kobietę do zjedzenia, w karmicielkę oplecioną zwojem kiełbas, której zielona suknia jest zarazem stołem, na którym podawane jest jedzenie.

 

 

Mam wrażenie, że w ostatnim czasie sztuka odwraca się od wizualności w stronę docenienia innych zmysłów: smaku, dotyku, zapachu, słuchu. U Ska mamy do czynienia ze zmysłowym kuszeniem, z odwołaniem się do cielesnej przyjemności związanej z jedzeniem, jednak nie rezygnuje ona z odwoływania się do zmysłu wzroku. Fotografie ukazujące artystkę ubraną w ogromną zieloną suknię oraz w kiełbasy na tle jesiennego ogrodu oraz niemal ascetycznej w tym kontekście formy filmu Natalii LL są niesamowicie malarskie, barokowe. Tak, jak dawna sztuka, dostarczają przede wszystkim przyjemności estetycznej. Mogą przywołać też skojarzenia z płodnością natury czy nawet przepych tych przedstawień, których centralnym punktem są kiełbasy, może też kojarzyć się z holenderskimi martwymi naturami. Tak jak w tamtych obrazach, tak i tu, uchwycony jest wątek fizyczności egzystencji, ale i przemijania.

 

Film Natalii LL jest tu znakomitym kontekstem, artystka ta ukazała bowiem kobietę wyzwoloną, świadomą swojej seksualności, nastawioną na sprawianie sobie przyjemności. Ola Ska z jednej strony chce sprawiać przyjemność innym, ale swoista monstrualność jej wizerunku wskazuje też na coś przeciwnego. Film Natalii odczytywany był również jako groźba, banan jako substytut męskiego przyrodzenia, zjadany przez ukazaną na filmie dziewczynę, wskazywał na zagrożenie kastracją, na to, że kontrolę nad spojrzeniem, przyjemnością oraz regułami reprezentacji przejęła kobieta. W zdjęciach ukazujących Ska z wielkim nożem kryje się również coś przerażającego…

 

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony artystki na facebooku.

Wszyscy jesteśmy kanibaliami!

izakow2

 

W Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Sztokholmie odbywa się wystawa na temat stereotypów rasowych. Nie obyło się bez skandalu. Największe kontrowersje wzbudziła praca Makode Linde’go, artysty o afrykańskich korzeniach, tworzącego sztukę odnoszącą się do problemów w Afryce. Artysta stworzył instalację w postaci ciasta w kształcie korpusu czarnoskórej kobiety. W ten sposób chciał zwrócić uwagę na problem Afrykańskich kobiet, jakim jest ich brutalne obrzezanie. Praca została jednak odczytana jako rasistowska i powielająca stereotypy, wzbudziła protesty, informację o rzekomym podłożeniu bomby, żądanie dymisji minister kultury Leny Adelsohn Liljeroth, która pokroiła tort w ramach w ramach 75. rocznicy Szwedzkiej Federacji Artystów.

 

 

Osoby oburzające się na pracę Linde’go nie wzięły pod uwagę faktu, że w naszej kulturze ciało czarnej kobiety bardzo często przedstawiane jest w kontekście konsumpcji. Tradycyjnie czarna kobieta pojmowana jest jako karmicielka, ale też jej ciało ukazywane jest jako obiekt do zjedzenia, przede wszystkim w reklamach czekolady, a także w samych czekoladowych produktach.

 

 

Ta fotografia została wykonana przez Agatę Araszkiewicz w cukierni w Brugii.

 

Praca Linde’go odwołała się do tych tropów kulturowych, do pojmowania czarnego kobiecego ciała jako dostarczającego rozkoszy, przy jednoczesnym zapomnieniu o realnej przemocy doznawanej przez kobiety w Afryce. Również, a może przede wszystkim ich ciała traktowane są w sposób przedmiotowy, jako nienależące do nich samych, jako poddane brutalnym okaleczeniom w celu przekształcenia ich w ciała użyteczne, czyli pozbawione możliwości odczuwania własnej rozkoszy.


Ale jak zwykle łatwiej oburzać się na sztukę, niż na porządek społeczny sankcjonujący realną przemoc.


Kanibalizm kulturowy, o czym już kilkakrotnie pisałam, ma jednak różne oblicza. Gdy cała Polska żyła sprawą małej Madzi, najpierw jej poszukiwań, a potem śmierci, gdy przez media przetaczał się spektakl z osobami rodziców dziecka oraz słynnego detektywa w rolach głównych, wciąż kołatało mi w głowie zdanie „We are All Cannibals”. Karmą medialnych spektakli jest śmierć. Na niej żerują też wszyscy, którzy chcą przy tej okazji coś ugrać. Osoba zmarła powoli przestaje mieć znaczenie, jej śmierć zostaje skonsumowana przez media.


 

Byłam zszokowana, gdy zobaczyłam, że myśl o kanibalizmie w odniesieniu do małej Madzi została zwizualizowana na Demotywatorach. Najbardziej wstrząsające może być to, że śmierć staje się tu pretekstem do żartu, ale z drugiej strony, obrazek ten przedstawia właśnie ów medialny kanibalizm, nieznający granic, wykorzystujący śmierć na różne sposoby. W medialnych przekazach potęgowane są emocje, nie sposób uciec od napięcia, które wydziera z każdego komunikatu, nie sposób też chronić przed tym własnej wyobraźni, choć najlepiej byłoby: "Nie słyszeć, nie widzieć, nie mówić nic”, jak w przekazie z blogu Kruszki:


 

 

Ciężar związany z tego rodzaju przekazami medialnymi, przemoc wdzierająca się do wyobraźni, domagają się odreagowania, czego przykładem może być ów szokujący demotywator. I znowu powiem, że łatwiej oburzać się na twórców demotywatora, niż na medialne kanibalistyczne spektakle, których przecież wszyscy mniej lub bardziej jesteśmy odbiorcami.


Przy okazji warto dodać, że medialny kanibalizm w czasie sprawy małej Madzi ujawnił się też przy okazji innych śmierci. Śmierć w katastrofie smoleńskiej wciąż jest takim przykładem wykorzystania jej w zupełnie innych celach, niż pamięć i szacunek dla ofiar. Śmierć poetki Wisławy Szymborskiej stała się również okazją do zupełnie innych rozważań, niż te związane z żałobą.  Poużywano sobie na posłance, która przekręciła nazwisko noblistki, aby przy okazji wyszydzić słabość partii, którą reprezentuje.


Kanibalizm kulturowy może pojawić się również w wersji glamour, jak w przypadku mięsnej sukni Lady Gagi.


 

Przy okazji zresztą warto wspomnieć o dużo wcześniejszej pracy artystycznej Jane Sterbak „Vanitas: Flesh Dress for an Albino Anorectic” (1991):


 

Suknia Lady Gagi stała się zaś inspiracją dla „słodkiego” obrazu Marka Rydena:


 

Oczywiście w sukniach Sterbak i Lady Gagi wykorzystano mięso zwierzęce, ale jesteśmy przecież kanibalami również w całkiem zwyczajny sposób, zjadając swoich pobratymców, a więc zwierzęta. Jednych kochamy i dbamy o nie, innych zabijamy i zjadamy.


Można zastanawiać się z czego wynika nasz kanibalizm. Louis Vincent Thomas w książce „Trup”  wskazuje, że jest on jednym ze sposobów unicestwiania śmierci: „Jako wyzwanie dla śmierci, popęd kanibaliczny drzemie w głębi nieświadomości, która marzy o afirmacji przez zdobycie nieśmiertelności”.


 



WPP w Złotych Tarasach

izakow2

Było tu ostatnio dużo na temat użycia ludzi w sztuce. Według mnie podstawowy błąd tych, którzy zarzucają współczesnym artystom brak etyki, to niezauważanie, że sztuka jest komentarzem na temat otaczającej nas rzeczywistości – rzeczywistości, w której prawo do prywatności szargane jest nieustannie. Artyści tworzą artystyczny komentarz na temat naszego nieetycznego świata.


I znowu mam wrażenie, że po prostu łatwiej oburzać się na artystów, zamiast wnikać głębiej, pytać, co charakteryzuje współczesną kulturę wizualną; dlaczego tak wiele otaczających nas obrazów dokonuje właśnie przekroczenia prawa do prywatności.

Oburzanie się nie jest dobrą strategią, może lepiej zanalizować, zapytać, dlaczego i po co obrazowana jest czyjaś prywatność, czyjeś nieszczęścia, a nawet śmierć, a przede wszystkim, co stało się z prawem do prywatności, skoro nie cieszy się ona należnym, jak nam się wydaje, szacunkiem?


Sztuka nie posuwa się jednak tak dalece w obrazowaniu nieszczęść i czynieniu z nich pięknych obrazów, jak choćby fotografia dokumentalna. Artyści problematyzują kwestie prywatności, nierówności społecznych, choroby, umierania. Zmuszają nas do zastanowienia się nad naszym stosunkiem do tej problematyki.


Tymczasem, proszę zobaczyć, co się dzieje w przypadku obrazów prezentowanych w ramach World Press Photo. Pisałam o tym tutaj wielokrotnie, że te fotografie przekształcają ludzkie nieszczęścia, wojny, konflikty, zwyczajną prywatność w estetyczny spektakl.




 

1. nagroda w kategorii Wydarzenia ogólne (zdjęcie pojedyncze): Luiz Vasconcelos, Brazylia, Jornal A Crítica/Zuma Press, Kobieta starająca się powstrzymać przymusową eksmisję swoich ludzi, Manaus, Brazylia, 10 marca



1. nagroda w kategorii Problemy współczesności (reportaż): Carlos Cazalis, Meksyk, Corbis, Bezdomni, São Paulo, Brazylia



Czy ktoś zastanawia się nad prawem do prywatności sfotografowanych osób; nad etyczną stroną przedstawiania martwego ciała; nad kwestią wizualnego kolonizowania poprzez obrazy Innych?



Yuri Kozyrev, Russia, Noor for Time. Rajiha Jihad Jassim with her son Sarhan, Baghdad, Iraq



Carlo Gianferro, Italy, for Postcart. Roma interiors, Romania and Moldova
 

Nie obwiniałabym jednak samych fotografów. Te obrazy powstają, bo ktoś chce je oglądać. Cieszą one nasze „kanibalistyczne oko”, może podbudowują też nasze poczucie bezpieczeństwa, może pozwalają się nam określić wobec Innych. Może też pogłębiają naszą wrażliwość, co prawda niewiele z tego wynika...


Najbardziej zastanawia mnie przymus fotografowania martwych ciał i siły tych obrazów, od których nie sposób się uwolnić.



Lissette Lemus, El Salvador, El Diario de Hoy. Petrona Rivas, victim of gang violence, El Salvador, 15 October



Tu nie ma zapachu martwego ciała, jego zimnej, milczącej obecności, jego grozy, pozostaje jedynie obraz. Louis Vincent Thomas wpisuje tego rodzaju praktyki w strategie negowania śmierci: „Pozbywanie się zmarłego przez wysługiwanie się nim na wszelkie sposoby dla zadowolenia wojeryzmu jest bez wątpienia ostatecznym sposobem negowania śmierci; banalizuje się ją, sprowadzając do kroniki wypadków, których powtarzalność rozładowuje tragizm”.



1. nagroda w kategorii Wydarzenia (zdjęcie pojedyncze): Chen Qinggang, Chiny, Hangzhou Daily, Rescue troops carry earthquake survivor, Beichuan County, China, 14 May



Ciekawym przypadkiem jest mająca właśnie miejsce wystawa WPP na terenie Złotych Tarasów w Warszawie.

 



fotografia z blogu Roberta Danieluka

 

W tej totalitarnej (używam tego określenia ze względu na samowystarczalność tego zamkniętego i sztucznego świata - świata, od którego reguł nie ma odstępstwa) świątyni konsumpcji, można skonsumować wszystko: od ubrań, butów, książek, poprzez jedzenie i picie, a kończąc na konsumpcji obrazów (również obrazów śmierci).

 



 

Symboliczne jest oglądanie tych zdjęć w tej zamkniętej kapsule: w symulacji, jaką jest galeria handlowa oglądamy inną symulację - symulację zewnętrzenego świata, jego konfliktów, życia codziennego, politycznych czy sportowych wydarzeń.


Jest to doskonałe urządzenie konsumpcjonizmu, może trochę przerażające, ogarniające w zasadzie wszystko – wszystko, co można kupić za pieniądze...
I może tutaj leży problem – prywatność zaczęliśmy traktować tak, jak inne towary w kulturze konsumpcyjnej; coś, co można sprzedać/kupić; przerobić w obraz; zamienić w spektakl. I raczej na pewno nie jest to wina artystów...




1. nagroda w kategorii Sztuka i rozrywka (reportaż): Roger Cremers, the Netherlands, Preserving Memory: Visitors at the Memorial and Museum Auschwitz-Birkenau, Poland, 30 April-4 May



To akurat szczególnie ciekawa seria zdjęć, ukazująca turystów-konsumentów Muzeum Auschwitz, niemal wszystkich z aparatami, dzięki którym dokonywali właśnie symbolicznej konsumpcji tego miejsca... Te zdjęcia wydają się komentarzem do świetnej książki Janiny Struk "Holokaust w fotografiach".



Ciekawa była też seria ukazująca sceny wojenne zainscenizowane przy użyciu miniaturowych żołnierzyków (niestety nie mogę tego znaleźć w necie). Było to ciekawe, bo to dość popularny chwyt używany przez artystów w sztuce określanej jako "toy art".

 

Tu z kolei warto podkreślić hybrydyczność naszej kultury, nie tylko sztuka zbliża się do dokumentu, również dokument korzysta w dużej mierze ze współczesnych chwytów artystycznych. Ponadto ta praca świetnie pokazuje, że fotografie dokumentalne są tak naprawdę fotografiami inscenizowanymi.

Kosmetyki z ludzkim tłuszczem i inne praktyki kanibalizmu

izakow2

I znowu zdarzyło się w Gdańsku!


Wspomniana niedawno Jadwiga Charzyńska, dyrektorka CSW Łaźnia, wycofała z wystawy „Dzień Kobiet Awansem” (swoją drogą, dziwny tytuł, prawda?) prace Aliny Żejmodzin, artystki, która wyprodukowała linię kosmetyków wyszczuplających (kremy, balsamy, serum, mydło), których głównym składnikiem jest ludzki tłuszcz.





Prace tej artystki oraz kontrowersje wokół nich opisała dzisiejsza "Gazeta Wyborcza":


„Kosmetyki Alina Żemojdzin przygotowała w domowej kuchni. W aptece zamówiła tylko gotową bazę kremową. Wiedzę czerpała z internetu i od znajomej chemiczki. Wymyśliła też całą strategię reklamową: projekty plakatów, billboardów, spot telewizyjny. Jej praca dyplomowa została oceniona celująco”.
Kosmetyki mają eleganckie opakowania i wyglądają tak samo, jak te, które można kupić w sklepach. Żemojdzin chce tym projektem krytykować kult ciała i powszechne w dzisiejszych czasach dążenie do osiągnięcia piękna za wszelką cenę.


Oczywiście produkcja kosmetyków z ludzkiego tłuszczu budzi negatywne skojarzenia, np. z eksperymentami nazistów, którzy z ludzkiego tłuszczu produkowali mydło.
Artystka mówi tak: „Zdaję sobie sprawę z tych skojarzeń. - Z tego względu zrezygnowałam z pierwszego projektu. Chciałam odlać fragmenty ciała z mydła wyprodukowanego z ludzkiego tłuszczu. Ostatecznie mydła są jedynie uzupełnieniem całej linii kosmetyków - balsamów, kremów i żeli..”.

Ja mam do tego projektu akurat inny zarzut. Według mnie pomysł jest trochę wtórny wobec pracy Joanny Rajkowskiej „Satysfakcja gwarantowana”.





To fragment mojego starego tekstu o Rajkowskiej:


„Artystka sprzedająca w puszkach swoje ciało, ślinę, pot, tak mówi o swoich działaniach: Skoro muszę się sprzedawać, czego nienawidzę, to postanowiłam sprzedać się jak najniżej, jak najtaniej. Po prostu oferować własne ciało na sprzedaż, w formie najbardziej fajnej, czyli napoju w puszkach. (Katalog, IX Festowal Inner Spaces. Ostatnia kobieta, s.16) Rajkowska ukazuje najbardziej drapieżny rys kultury konsumpcyjnej, która zamienia w towar wszystko. Nasuwa się tutaj refleksja, że kultura konsumpcyjna przekształca się z wolna w kulturę kanibalistyczną.  Kanibalizm rozpatrywać można jako akt społeczny, związany z pragnieniem posiadania wciąż więcej, z chęcią skonsumowania wszystkiego, co oferuje nam kultura konsumpcyjna. Konsumpcjonizm podsyca nasz głód, kreuje nasze potrzeby, dlatego wciąż nie jesteśmy usatysfakcjonowani i nie zaspokojeni. Nasz głód (kupowania wciąż nowych produktów, informacji, rozrywki, wiedzy) wciąż wzrasta. I choć narasta ilość oferowanych nam dóbr, nie jest ona nas w stanie zaspokoić. Praktyka ta prowadzi do tego, że zaczynamy konsumować siebie nawzajem, co widać między innymi na przykładzie obrazów kobiet w kulturze popularnej”.


Oczywiście Rajkowska nie ma licencji na „kanibalistyczną sztukę”. Sam pomysł Żejmodzin produkcji kosmetyków z ludzkiego tłuszczu chyba nie tyle został zaczerpnięty z eksperymentów nazistów, ile z kultowego filmu „Fight Club” (David Fincher, Niemcy-USA, 1999, uwielbiam ten film!).

W filmie Tyler Durden grany przez Brada Pitta organizuje wyprawę do kliniki kosmetyki plastycznej, by wykraść odessany ludzki tłuszcz, który zresztą po drodze wylewa się z foliowego worka. Tyler powiada, że ludzki tłuszcz jest najlepszy do produkcji mydła, a Narrator powie potem: „Sprzedawaliśmy bogatym kobietom tłuszcz z ich własnych tyłków”.





Choć temat jest raczej obrzydliwy, nie sposób nie roześmiać się na widok Brata Pitta przeskakującego przez płot z ludzkim tłuszczem w foliowej torbie. Refleksja na temat historycznych odniesień przychodzi dopiero po chwili. Można przywołać tu słowa Louis-Vincenta Thomasa: „Fakty są tak znane, że bezcelowe byłoby ich przypominanie: wykorzystanie tłuszczu do produkcji mydła, włosów do wyrobu filcu, niewypalonych kości jako surowca do fabryk nawozów sztucznych, skóry do produkcji abażurów” (Trup, s. 103).

Ale również współcześnie ludzka śmierć, ludzkie trupy wystawiane są na sprzedaż. Odbywa się to chociażby na czarnym rynku organów do transplantacji (przywożonych przede wszystkim z Chin), ale również w formie wystawiania i sprzedawania obrazów trupów w formie zdjęć dokumentalnych, newsów telewizyjnych itp. Ostatnio w jednym z warszawskich supermarketów pojawiła się wystawa ludzkich trupów odartych ze skóry. Te ciała, podobnie jak i u znanego twórcy plastynatów Gunthera Von Hagensa, prawdopodobnie były ciałami chińskich skazańców... 

Mam wrażenie, że się powtarzam, bo wielokrotnie opisywałam ten wizualny kanibalizm, podobnie jak metafory kanibalizmu w odniesieniu do kultury konsumpcyjnej, w której wszystko, łącznie z materią ludzkiego ciała traktowane jest jako towar, przedmiot konsumpcji, obiekt wymiany. Nasze ciała podlegają wciąż doskonalszym manipulacjom, tym samym coraz bardziej poddane są regułom konsumpcjonizmu.

Wraz z Edytą Zierkiewicz pisałyśmy również o „kobiecie zjadającej siebie”. To między innymi anorektyczka, która trawi własne ciało, ale też w sensie bardziej metaforycznym konsumentka, którą trawi pożądanie podsycane przez pisma kobiece, jest konsumowana przez swój własny apetyt na fabrykowany sentymentalny happy end i na posiadanie ciała odpowiadającego ideałowi.


Ale ten kanibalizm bywa także dosłowny. Pomysł Żemojdzin wcale nie jest tak daleki od rzeczywistości. W przypadku operacji plastycznych, skóra przeszczepiana jest z innych miejsc ciała, najdroższe peruki wyrabiane są z prawdziwych włosów kobiet. Elementy naszych ciał krążą więc i zamieniają się miejscami. Jakiś czas temu czytałam artykuł o najlepszych firmach kosmetycznych, ponoć w najdroższych kosmetykach używane były kiedyś łożyska, wydalane przez kobietę po porodzie, a nawet martwe płody. A znacie, drogie koleżanki, przeszłość założyciela naszych ulubionych kosmetyków L’Oreal?

Temat jest szeroki i ważny, nie wiem, dlaczego prace Żemojdzin nie zostały dopuszczone do ekspozycji. Negatywne skojarzenia z nazistowskimi eksperymentami są raczej tym, co powinno prowokować do myślenia, a nie być przyczyną odwołania prac z wystawy!


Tu zresztą warto przywołać słowa Ewy Charkiewicz o „nekropolityce” z jej artykułu zamieszczonego na stronach „Ekologii i sztuki”:


 „Nekropolityka jest kwintesencją faszyzmu. Zarówno faszyzm państwowy (polityka bezpieczeństwa), jak i jego popularne objawy kwitną w postaci prowadzenia i akceptacji humanitarnych imperialnych wojen, represyjnej polityki wobec uchodźców, dyscyplinowania i segregacji ludzi nieprzydatnych pod względem zdolności do generowania zysków, czy wobec seksualnych odmieńców. Faszyzm (jako amalgamat władzy, śmierci i pożądania) tkwi w naszych głowach i w naszych ciałach. Tak jak przeciętni posłuszni Niemcy Hitlera, także my mamy dzisiaj podobne problemy, na przykład jak rozpoznać i wycofać się ze splotu pokus, kar i dyscyplin, poprzez które jesteśmy uwikłani we wzmacnianiu władzy konserwatywno-neoliberalnego państwa czy we wdrażaniu obecnych form produkcji, konsumpcji i akumulacji kapitału.

Nie można włączyć telefonu komórkowego (koltran, bez którego nie można wyprodukować tych telefonów wiąże nas z wojnami o surowce w Demokratycznej Republice Kongo), wypić szklanki soku pomarańczowego (z mega-plantacji, gdzie głodowe płace, chemizacja i wodo-intensywność produkcji niszczy lokalne podstawy do życia na potrzeby odległych konsumentów; ten model stał się wzorem do produkcji soku jabłkowego w Polsce), czy polecieć samolotem (ropa, wojny surowcowe, ta głośna wojna w Zatoce, czy ta cicha codziennie od kilku już pokoleń tocząca się wojna w Delcie Nigru; w obydwu przypadkach ludziom odebrano istniejące podstawy do życia nie dając im nic w zamian) - żeby nie skazać kogoś innego, w niewidocznej odległości rozciągniętych łańcuchów produkcji i konsumpcji na śmierć czy poniewierkę”.


Charzyńska tym razem powinna dostać czerwoną kartkę!


Czerwona kartka również dla Katedry Historii Sztuki i Kultury w Toruniu. Właśnie się dowiedziałam, że na tamtejszej tablicy informacyjnej nie może wisieć zaproszenie na wystawę Oli Ska w Wozowni.


 

A więc studenci historii sztuki nie mają się dowiadywać o tym, co dzieje się we współczesnej sztuce?! A może najlepiej, gdyby tą sztuka w ogóle się nie interesowali!


Ha, gdzieś tu podskórnie wciąż wychodzą na jaw związki sztuki i medycyny (np. praca Żejmodzin ma coś wspólnego z opisaną jakiś czas temu „Zmianą” Moniki Drożyńskiej ). Zastanawiam się czasami, co by było, gdyby lekarze też zaczęli kierować się ową rzekomą obroną moralności, a więc np. nie patrzeć na pewne części ciała. Przypomina to niektóre zakazy talibów.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci