Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : posthumanizm

Mediastions Biennale: Viva la Globalisation!

izakow2

 

Ostatnio działo się dużo, najbardziej pochłonęły mnie wystawy. Pomagałam w przygotowaniach do ekspozycji „Gorzki to chleb jest polskość” w BWA Karkonosze w Jeleniej Górze (stawiającej pytania o krytyczny patriotyzm). W Poznaniu organizowałam wystawę „Etnografowie w terenie”, mierząc się z materiałem z archiwum poznańskiego Instytutu Etnografii i Antropologii Kulturowej (odsyłam do recenzji Eweliny Jarosz). Teraz pracuję nad wstawą „Zapisane w ciele”, która odbędzie się w przyszłym roku w Warszawie. W Poznaniu było też kilka awantur, np. o powtórzony na wystawie w Zamku neon z Od-zysku Rafała Jakubowicza (ekspozycję widziałam, co podkreślam, bo niektórzy kazali mi nie wypowiadać się przed jej zobaczeniem, i uważam, że chwyt ten był zneutralizowaniem wywrotowego znaczenia pracy Rafała). Odbyły się też interesujące spotkania, jak choćby gorąca dyskusja w poznańskiej Zemście na temat sztuki krytycznej i książki Karola Sienkiewicza. Odsyłam do recenzji, która już, co poniektórych zdążyła zdenerwować. 

 

A dopiero co, w Art Stations otwarta została wystawa De.Fi.Cien.Cy., w której prace Andrzeja Wróblewskiego zdecydowanie deklasują twórczość Luca Tuymansa i Rene Danielsa (co wynika zresztą nie tylko z siły rażenia prac naszego artysty, ale też z nieprzemyślanej strategii kuratorskiej Ulricha Loocka)

 

Toteż zaskoczyła mnie prośba Maxa Dogina o relację z Mediations Biennale (bo kiedy to było?), ale i uświadomiła mi, jak bardzo zapuściłam blog, na którym zaczęły już nawet wyskakiwać strasznie denerwujące reklamy. Syn wyłączył mi ogląd reklam, więc nie mam już tego problemu, ale nie wiem, jak to wygląda u Was. Niepokojąc się więc o brzydki wygląd mojego blogu, postanowiłam spełnić prośbę Maxa i nadrobić nieco zaległości.

 

Recenzję z Mediations pisałam dla Kwartalnika Rzeźby w Orońsku, dlatego też tu zamieszczę jedynie krótką relację i przegląd najciekawszych prac. Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła od krytyki. Wystawa odbyła się pod hasłem „When Nowhere Becomes Here – Kiedy Nigdzie staje się Tutaj”, dotykając tym samym problematyki związanej z globalizmem, przemieszaniem się kultur, zanikiem znaczenia geograficznych odległości oraz nieograniczonym przepływem informacji. Ale – czy na ten temat można powiedzieć coś nowego i czy rzeczywiście geografia przestała się liczyć w świecie sztuki?

 

W ramach Mediations miało miejsce kilka niekompatybilnych wystaw, w tym trzy główne. Najważniejszą była „Berlin Heist” w Muzeum Narodowym i Bibliotece Raczyńskich, mająca zwracać uwagę na znaczenie nowej stolicy sztuki, jaką stał się Berlin; ekspozycja „Shifting Africa” prezentowana w Galerii u Jezuitów przedstawiała prace wybranych artystów afrykańskich oraz refleksje artystów europejskich na temat tego kontynentu. Natomiast wystawa „The Limits of Globalisation” w Centrum Kultury Zamek prezentowała z kolei 18 młodych polskich artystów wyłonionych z grona 200 twórców w projekcie badawczym Polish Art Tomorrow.

 

 

Ekspozycja dotycząca Berlina, oprócz kilku perełek, była niestety nudną, galeryjną wystawą. Do perełek zaliczyć można:  lustro z blizną Kadera Attii „Repair Analysis” (niestety umieszczona w takim miejscu, że wielu odbiorców do niej nie dotarło).

 

 

Znakomite były filmy i fotografie Juliena Rosefeldta, przywołujące z jednej strony atmosferę Berlina lat 20., a z drugiej – dziedzictwo niemieckiego romantyzmu. W wideo instalacji „My Home is a dark and cloud-hung land” pojawiały się urzekające krajobrazy z Bastei – Saksońskiej Szwajcarii, miejsca ulubionego przez niemieckich romantycznych malarzy, zaś część ujęć w charakterystyczny sposób odwoływała się do obrazów Caspara Davida Friedricha, ukazując pojedyncze sylwetki ludzkie – jednakże jak najbardziej współczesne, odwrócone tyłem do widza i kontemplujące naturę.

 

 

Świetna była feministyczna praca z pocztówkami Mathilde ter Heijne „Women to go” odnosząca się do odzyskiwania kobiecych biografii. Niesamowite wrażenie robiła też instalacja prac zmarłego tuż przed otwarciem Biennale Jana Berdyszaka. Tych kilka niezwykłych prac nie zacierało jednak wrażenia nijakości całej wystawy, zaś Berlin i jego aktualne znaczenia i uwarunkowania znikały.

 

Podobnie było w przypadku wystawy odnoszącej się do Afryki. Jej niespójność, przypadkowe wręcz zestawienia prac, prowadziły do konstatacji Rolfa Biera: „Ceci n‘est pas l’Afrique”. Skromna pocztówka z tym pomarańczowym napisem była chyba najlepszą pracą na tej wystawie, bo czym jest wrzucenie tego ogromnego i jakże różnorodnego kontynentu do jednej przegródki zatytułowanej „Shifting Africa”?

 


 

To zresztą mój największy zarzut do całego tego Biennale zorientowanego rzekomo na krytyczny namysł nad zjawiskiem globalizacji. Wątpliwości budziły już same kryteria doboru tematów głównych wystaw. Przy dwóch dużych ekspozycjach, z których najważniejsza odnosiła się tylko do sztuki jednej metropolii, jakim jest Berlin, druga zaś – do wąsko sprecyzowanej, młodej polskiej twórczości, trzecia ekspozycja umieszczona w dodatku w najmniej atrakcyjnej przestrzeni wystawienniczej, która odnosić się miała do całego kontynentu, taki geograficzny podział zmuszał do postawienia zarzutu powtórnego kolonializmu. Bo czy ktoś dzisiaj odważyłby się na wystawę próbującą w sposób całościowy ukazać Europę, albo chociaż Stany Zjednoczone? To podejście do Afryki potraktowanej ogólnie i całościowo potwierdza bezrefleksyjne potraktowanie przez kuratorów samej globalizacji, która została przywołana chyba tylko na zasadzie modnego hasła. Tym samym znikło z pola widzenia to, co lokalne, a raczej zostało zamienione w nieprawdziwy twór, w towar wystawiony na pokaz i na sprzedaż. Bo przecież „Ceci n‘est pas l’Afrique”!

 

Zdecydowanie najciekawsza była wystawa „The Limits of Globalisation” przygotowana przez Sławomira Sobczaka w Centrum Kultury Zamek, zadająca pytania o przyszły obraz polskiej sztuki.  Jednak również pod jej adresem pojawiły się zarzuty, wskazywano np., że ta ekspozycja wcale nie prorokuje na przyszłość, a jest jedynie potwierdzeniem obecnych zainteresowań pojawiających się we współczesnej sztuce polskiej. Wskazywano też, jak zwykle zresztą, na problemy techniczne. Mnie najbardziej zastanawiał sam tytuł wskazujący na granice globalizacji. Bo czy oznacza to, że tymi granicami jest „naszość” lub „rodzimość”, a więc coś w rodzaju młodej polskiej reprezentacji w sztuce?  Brzmi to dość naiwnie, zwłaszcza, że prezentowana na wystawie twórczość potwierdzała wpływ globalizacji. Choć pojedyncze prace zwracały się w stronę lokalności, większość z nich wpisywała się w uniwersalny język sztuki. Nie jest to zresztą zarzut, bo przeciez odnoszenie się do modnych trendów czy teorii może przynosić bardzo ciekawe rezultaty artystyczne, a sztuka chce uczestniczyć w uniwersalnych dyskuskursach. Ale, choć tytuł wydał mi się dziwny, wystawa była udana, a poza tym było na niej sporo "strasznej sztuki".  

 

Za dominujący trend można uznać posthumanizm, którego wpływ ujawniała np. świetna wideo-instalacja Elvina Flamingo (Jarosława Czarneckiego), śledzącego symbiotyczną naturę tworzenia charakterystyczną dla owadów (m.in. mrówek) budujących też własne struktury społeczne.

 

 

Jakub Jasiukiewicz przedstawił z kolei wizualizację planety zbudowanej z tkanki nowotworowej, która, jeśli o tym nie wiemy, przede wszystkim urzeka swoją estetyczną formą. Autor wskazuje w tej pracy na potencjalnych obcych zamieszkujących nasze ciała.  

 

 

Do relacji z innymi organizmami odwołał się też Artur Malewski w obiekcie pt. „Agnusek”, który ma kształt tradycyjnego wielkanocnego baranka, jakie wykonuje się z masła lub cukru, ale stworzony został z kurzu zebranego przez artystę w kościele, a więc pozostawionego po wiernych.

 


 

Do ludzko-zwierzęcych relacji odwołuje się też Liliana Piskorska w „Autoportrecie z kochanką”, w której przedstawiła pod postacią figur pokrytych futrem siebie i swoją partnerkę. Autorka zwraca tu uwagę na homoseksualne zachowania, które pojawiają się zarówno wśród ludzi, jak i wśród zwierząt, a tym samym są czymś wpisanym w naturę, koniecznym dla przetrwania gatunków. 

 


 

Pytanie o przetrwanie było obecne również w pracy „Białe rośliny” Katarzyny Szeszyckiej, ukazującej kłącza, które rozwijają się mimo braku warunków, ujawniając tym samym niezwykłą „wolę” życia. Na symbiozę z naturą  wskazywał też film wideo Izabeli Chamczyk „Faza fali”, w którym artystka zmaga się z morskimi falami. Z jednej strony odnieść można ten obraz do wzburzenia emocjonalnego, gdyż wideo działa silnie na odbiorców, sprawiając wrażenie, jakby fale miały za chwilę wciągnąć również ich, z drugiej strony obraz Chamczyk odczytać można jako przewrotną interpretację mitu o Wenus, która narodziła się z morskich fal. W kontekście posthumanizmu można odczytać także fotografie Michala Szlagi z serii „Stocznia” 1999 – 2014", zwracające uwagę na życie i śmierć maszyn (tu odsyłam do wcześniejszego wpisu na temat tej pracy).  Inni artyści wskazywali m.in. na stechnologizowane podejście do śmierci (Natalia Wiśniewska), jej fetyszyzowanie (Ewa Axelrad), pamięć i znaczenie fotografii (film Urszuli Pieregończuk), modelowanie rzeczywistości (Kornel Janczyk i Nicolas Grospierre).

 

 

Prezentowana była też instalacja Tomasza Kulki, gdzie przy użyciu miniaturowych figurek została przedstawiona typowa kibolska ustawka. Podczas otwarcia miał miejsce performance Angeliki Fojtuch, która zaprosiła widzów do małego pomieszczenia, w którym prezentowany miał być pełen okrucieństwa film, który autorka nakręciła w Strefie Gazy. Okazał się on jednak mentalną projekcją, z jednej strony nawiązując do słynnego happening 4’33’’ Johna Cage’a (na co zwrócił mi uwagę mój syn), z drugiej zaś – pytając o granice naszej wyobraźni.

 

Świetna ekspozycja nie przysłania jednak podstawowego problemu tej edycji Mediations Biennale, jakim jest brak krytycznego dyskursu na temat globalizacji i jej bolączek, na temat wciąż dominujących centrów (takich, jak Berlin) i powierzchownie, ogólnie traktowanych peryferii. Zabrakło krytycznej analizy na temat znaczenia sztuki współczesnej jako narzędzia globalizacji. Obraz współczesnej sztuki coraz bardziej zależny jest od globalnych mechanizmów, popytu rynkowego oraz zinstytucjonalizowanego świata sztuki budowanego przez centra. W gruncie rzeczy „Mediations Biennale” tę globalizację jedynie potwierdzało.

 

Ecce Animalia w Orońsku

izakow2

Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku to niezwykle urocze miejsce, ale też jedyne w Polsce, jeśli chodzi o wybór medium, jakim jest rzeźba. W czasie moich studiów wizyta w Orońsku była obowiązkowa, potem przez długi czas nie udało mi się tam trafić. Problemem jest nieciekawe położenie Orońska mieszczącego się nieopodal Radomia. Bardzo trudno tam dojechać, zarówno pociągiem, jak i samochodem. Niedługo ma powstać autostrada, ale ta zamiast ułatwić dojazd do Orońska, może niestety jeszcze bardziej odciąć to miejsce od reszty Polski. To mały wtręt na temat geografii artystycznej Polski i postępującej marginalizacji peryferiów.  

 

Niedawno udało mi się znowu trafić do Orońska. Podczas warszawskiej konferencji "Zwierzęta i ich ludzie" zorganizowano wycieczkę na trwającą tam aktualnie wystawę "Ecce Animalia" (do 15.06.2014, kuratorzy: Dorota Łagodzka, Leszek Golec, współpraca: Anna Barcz).

 

Mam niestety obawy, że wiele osób do Orońska nie dojedzie, dlatego też postanowiłam zamieścić tutaj krótką relację.

 

Organizatorzy wystawy zwracają uwagę, że zwierzę występuje w sztuce od zawsze, pojawia się już w słynnych prehistorycznych malowidłach, w czasach późniejszych występowało jako symbol, atrybut, dekoracja krajobrazu. Obecnie natomiast artyści przyglądają się zwierzętom, pytając o ich podmiotowość i indywidualność, a także o relacje między ludźmi a zwierzętami.

 

Na ścianie: Tomasz Tatarczyk, bez tytułu, 2004, rzeźba Antoniego Janusza Pastwy "Pies" z cyklu "Cienie", 2005.

 

Na wystawie "Ecce Animalia" przeplatają się ze sobą prace współczesnych artystów, którzy zostali zaproszeni na wystawę z dziełami rzeźbiarskimi, głównie z przełomu XIX i XX wieku. Współczesna sztuka nie ogranicza się do rzeźby, pojawiają się również fotografie i wideo. Można odnieść wrażenie, że na wystawie dominują psy jako ci najwierniejsi "przyjaciele człowieka".

 

 Andrzej Szarek, "Piesek Pana Boga", 2009 (to przedstawienie ukochanego psa artysty po jego odejściu do psiego nieba).


 

Piotr Kurka, "When you collect every tear, you can bulid a nice pet, if your live is long enough", 1995.

 

Kwestie przyjaźni ludzko-zwierzęcych mogą dotyczyć też takich gatunków, jak koty (jak w filmie Józefa Robakowskiego "Concerto for Head", 2009) czy nawet kury. I tak obok dawnego popiersia kobiety z kurczęciem (1905):

 

 

pojawiają się prace Mary Britton Clouse, jej autoportrety:

 

 

oraz jedno z najbardziej niezwykłych na całej wystawie zdjęć "Hand and Hand" (2008):

 

 

Ale "Ecce Animalia" nie omija też trudnych kwestii, takich, jak śmierć zwierząt jako pożywienia dla ludzi - u Jarosława Modzelewskiego czy w pracy Basi Bańdy zatytułowanej "Obiekt" (2011):

 

 

Zwierzęta przez wieki były też zabijane dla zaspokajania ludzkiej ciekawości czy próżności, konserwowane i wypychane stawały się ozdobą zamków, pałaców czy domów.  Do tych kwestii odnosi się Angela Singer w pracach wykonanych z wtórnie użytych taksodermicznie zakonserwowanych zwierząt:

 

Catch/Caught, 2007

 

 

From the blue of the sky to her, 2013

 

Śmierć zwierzęcia wpisana jest też w nasz krajobraz, do czego odnosi się Steve Baker w przejmujących fotografiach z cyklu "Scapeland", 2013:

 

 

Odniesienie do eksperymentów przeprowadzanych na zwierzętach można znaleźć w pracy Marka Targońskiego bez tytułu z 1995 roku. W tej instalacji, która przeobraża się w trakcie trwania wystawy, można doszukać się również odwołań do mechanicznego przetwarzania zwierząt. To jej fragment:

 

 

Nie zabrakło też na wystawie wskazania na popularność kotów w internecie, a to za sprawą fotografii anonimowego autora znalezionej w sieci:

 

 

Wystawa jest raczej tradycyjna, jej głównymi tematami są sposoby obrazowania zwierząt oraz ludzko-zwierzęce relacje. Wydaje się nieco zbyt ilustracyjna. Ważne jest jednak to, że można odczytać ją jako polemikę z bio-artem (choć w pewnym sensie wyłamują się z tego prace Carter) oraz z tendencjami związanymi z pokazywaniem żywych zwierząt jako obiektów. Chodzi tu bowiem przede wszystkim o dążenie do znalezienia takich sposobów ekspresji, które nie będą inwazyjne czy agresywne wobec zwierząt.

 

Czy takie wystawy dają coś zwierzętom? Czy wpływają na zmianę naszego ich postrzegania? To zależeć będzie od samych widzów. Ciekawostką jest to, że do tych ostatnich mogą należeć również same zwierzęta. Zwiedzający z nami wystawę słodziak był wyraźnie podekscytowany niektórymi pracami...

 

 

Artmix o rzeczach - call for papers

izakow2

 

Zapraszamy do nasyłania propozycji artykułów do kolejnego numeru „Artmixa”:

 

nr 33(23) „Rzeczy”

 

Ukazały się już trzy numery „Artmixa”, których problematyka wiązała się z posthumanizmem – najwcześniejszy skupiał się na antygatunkowizmie, który wpisuje się w nurt animal studies, kolejny numer dotyczył szerszej problematyki posthumanizmu przyrodniczego, późniejszy numer natomiast traktował o cyborgach, a zatem temacie, który można zaliczyć do posthumanizmu technologicznego.

 

Posthumanizm w swych szerokich zainteresowaniach nie-ludzkimi bytami uwzględnia także rzeczy, które, wbrew pozorom, wcale nie są bierne, lecz mają znaczący wpływ na życie ludzi i (innych) zwierząt. Rzeczy, na co wskazują tacy badacze jak Arjun Appadurai, posiadają swoje biografie, które łączą się z biografiami ludzi, uwikłane są też w życie społeczne. Słowo rzecz oznacza przedmiot, coś namacalnego i konkretnego, ale jest też pojęciem ogólnym, abstrakcyjnym oznaczającym po prostu coś, sprawę, ideę, problem.

 

Rzeczą – obiektem zazwyczaj jest też dzieło sztuki, zaś w historii awangardy zwyczajny przedmiot wyniesiony został do rangi dzieła, jak miało to miejsce m.in. w przypadku ready mades. Również współczesna sztuka wykorzystuje rzeczy w bardzo dosłowny sposób, ukazując m.in. ich znaczenie w życiu społecznym. Interesują nas teksty, które wskazują na sprawczość rzeczy oraz odkrywają ich biografię, w szczególności w obszarze sztuki, a także różnorodność funkcji i znaczeń przypisywanych rzeczom w sztukach wizualnych, w tym status gotowego przedmiotu jako dzieła sztuki i dzieła sztuki jako przedmiotu – materialnego obiektu. Zachęcamy także do zastanowienia się nad tradycją martwych natur i współczesnymi wizerunkami rzeczy w sztuce.

 

Proponujemy zastanowienie się na następującymi problemami:

 

Rzeczy w perspektywie posthumanistycznej

Rzeczy jako nie-ludzkie byty

Sprawczość rzeczy

Biografie rzeczy

Znaczenie rzeczy w życiu społecznym

Status rzeczy w sztuce

Ready mades

Rzeczy w martwych naturach

Dawne i współczesnej wizerunki rzeczy

 

Teksty o długości 5-8 stron prosimy nadsyłać na adres artmix_obieg@tlen.pl  lub bezpośrednio do redaktorek do 20 maja 2014.

 


 Praca Elżbiety Jabłońskiej z wystawy "Smakołyki" (Arsenał, Poznań), 2010.

 

Śmierć oraz trwałość życia na zdjęciach Magdy Hueckel

izakow2

 

W poznańskiej galerii Piekary prezentowana jest poruszająca wystawa fotografii Magdy Hueckel pt. „Anima” . Pokazywane są fotografie, które powstały w latach 2003 – 2013 podczas podróży Magdy oraz Tomka Śliwińskiego do Afryki. Zdjęciom towarzyszy reprodukcja dziecięcego rysunku na ścianie.


 


 

Nie są to zdjęcia barwnej Afryki, jakie znamy z „National Geographic”, nie są to piękne krajobrazy ukazujące egzotyczną faunę i florę. To raczej dokumentacja rozkładu, śmierci wpisanej w życie, to również odkrywanie magicznych praktyk, w których śmierć jest nieodłącznie spleciona z życiem. Na zdjęciach pojawiają się więc uschnięte rośliny, martwe zwierzęta znalezione zarówno na otwartych przestrzeniach, jak i na targach z jedzeniem, targach fetyszy oraz w świątyniach. Sfotografowane zostały między innymi totemy, fragmenty świątyń i Domów Przodków, martwe zwierzęta jako akcesoria magiczne służące uzdrowicielom i wróżbitom kontaktującym się z bóstwami.


 


RPA, Durban 2010 

 

 

Benin, Cotonou, Targ fetyszy, 2013

 

 Benin,  Cotonou, Targ fetyszy, 2013

 

Benin, Cotonou, Targ fetyszy 2013 

 

 

Tytuł „Anima” odnosi się więc nie tyle do duszy pojedynczego człowieka, ale do duchów związanych z siłą trwania, duchów łączących ludzi z naturą, do siły życia, którego śmierć jest nieodłącznym elementem, a nie czymś, co znajduje się poza życiem, jak traktujemy ją w naszej kulturze.

 

„Animę” można więc rozumieć jako siłę witalności, popęd życia oraz trwałość.

 

 

Benin, Cotonou, Targ fetyszy, 2013

 


Tanzania, okolice Arushy, 2009

 

 

W podobnym kontekście o trwałości życia pisze Rosi Braidotti wskazując na osadzenie podmiotu w korporalnej materialności. Dla proponowanej przez nią etyki trwałości kluczowe jest pojęcie „życia” jako siły witalnej charakterystycznej zarówno dla bytów ludzkich jak i nieludzkich (takich jak ziemia, zwierzęta i rośliny). To również poszukiwanie więzi i „wchodzenie w relacje z innymi siłami, bytami, istotami, falami intensywności”. Śmierć nie jest tu żadnym końcem, ani wyłomem, jest naturalnym elementem życia. Tyle tylko, że życie nie jest tu traktowane jako coś przypisanego jednostkom, ale jako Zoe – bezosobowa czy raczej aosobowa siła. I dlatego: „Śmierć nie jest porażką czy wyrazem strukturalnej słabości w sercu życia, ale integralną częścią jego produktywnych cykli”. Te cykle świadczą o trwałym witalizmie, o życiu jako czymś, czego jesteśmy tylko częścią. To właśnie tę życiową witalność (można by ją określić właśnie jako Animę) powinniśmy afirmować i mam wrażenie, że taką afirmacją są też fotografie Magdy Hueckel.


 

Algieria, Timimoun, Targ, 2010

 

Benin, Cotonou, Targ fetyszy, 2013

 

Tanzania, okolice Arushy, 2009


 

Te zdjęcia mówią właśnie o trwałości, o przemijaniu i odradzaniu się, o martwej materii, która służy życiu. Niezwykle istotne wydaje się uzmysłowienie sobie, że jesteśmy częścią tej materii. Braidotti powiada: „Rozumienie siebie jako części natury oznacza dla podmiotu postrzeganie siebie jako wiecznego, to znaczy zarazem podatnego na zranienie i ulotnego. Zakłada to jednak również uwzględnienie wymiaru czasowego: to, czym jesteśmy, zależy od rzeczy, które istniały przed nami i od tych, które będą istnieć, gdy nas nie będzie”. Autorka określa tę postawę filozoficznym nomadyzmem, co zresztą też bardzo mocno współgra z podróżniczymi poszukiwaniami siły życia prowadzonymi przez Magdę Hueckel.


 

RPA, Coffee Bay, Pogrzeb konia, 2010

 


Senegal, Dakar, Targ rybny, 2012

 

 

Kiedy oglądałam te zdjęcia, miałam wrażenie, że brakuje na nich obrazów ludzkiej śmierci, dlatego zapytałam Magdę, czy była w Rwandzie i czy zetknęła się z masowymi grobami ofiar konfliktu między Tutsi i Hutu, grobami, w których ciała zmumifikowały się, przez co wyglądają podobnie do niektórych ciał zwierząt uwiecznionych na tych zdjęciach. Magda była oczywiście w Rwandzie, wysłała mi później zdjęcia tych grobów, ale jednak stwierdziła, że jest to już inna historia...

 

Korzystałam z tekstu Rosi Braidotti, „Etyka stawania-się-niewykrywalnym” („Teorie wywrotowe”, Poznań 2012).


Wystawę Magdy Hueckel można oglądać w Galerii Piekary (która od niedawna mieści się na Dziedzińcu Różanym poznańskiego Zamku) do 20 września. Bardzo polecam!


Psy u Agaty Zbylut

izakow2

Agata Zbylut w części swoich prac pokazuje psy.

 

 

Na przykład w fotografii "Jesteśmy milutkie" (2000) artystka i suczka przyjmują podobne pozy – uległości i przymilności. W instalacji z kręcącymi się sukniami komunijnymi "Kwiat paproci" (2007) na zdjęciach ukazane są kundelki.

 

 

W pracy "Łajka" (2011) roku ubrana w kombinezon suczka obserwuje niebo ze spadającymi gwiazdami, nieświadoma losu zgotowanego jej przez ludzi, a więc śmierci w kosmosie, gdy 3 listopada 1957 roku została wysłana na orbitę okołoziemską w radzieckim satelicie.

 


 

W sztuce Agaty pojawiają się też modele psów leżących bądź siedzących na podłodze podczas takich wystaw jak "W sztuce marzenia się spełniają, ale nie wszystkim" (Warszawa 2010) oraz "Nic nie jest takie jak mówią" (Bielsko-Biała, 2012).

Bo choć artystka jest przekonana, że nic nie jest takie jak mówią, to chyba właśnie w figurze psa dostrzega coś prawdziwego i rzeczywistego. Pies symbolizuje wierność i oddanie, ale również słabość i bezbronność (zwłaszcza, że psy u Zbylut to najczęściej suczki, kundelki, niewielkie i niezbyt urodziwe).  

 


 

Monika Bakke pisząc o zażyłości ludzi i psów, wskazuje, że często traktowane są w naszej kulturze jak „włochate dzieci” i podkreśla za Donną Haraway konieczność pamiętania o tym, że psy to nie ludzie. Związek między tymi dwoma gatunkami jest trudny: „jest w nim wiele marnotrawstwa, przemocy, obojętności, ignorancji i straty, ale też radości, inwencji, pracy inteligencji i zabawy”.  Ten związek niesie ze sobą też ryzyko dla psów. „Polega ono przede wszystkim na tym, że jeśli zwierzęta nie wypełniają emocjonalnego oczekiwania, zgodnie z ludzką fantazją o bliskości i oddaniu swojego pupila, mogą zostać porzucone, gdyż to wyłącznie ludzie, a nie psy określają warunki tej relacji”. Chodzi też o to, aby nie myśleć o psach w kategoriach bezwarunkowej miłości, ani też nie koncentrować się na trenowaniu ich, ale szanować ich odrębność i mimo wszystko próbować się z nimi komunikować, co dzieje się w pracach Agaty.

 

 


 

Praca "Martwa natura z zegarem i z owocami" (2005) wydaje się być żeńskim odpowiednikiem fotografii Olega Kulika "Rodzina przyszłości" z 1997 roku.

 

 

Tak, jak tam artysta nawiązuje bliski kontakt ze swoim psem, wspólnie leżą, zaś artysta czyta swojemu psu książkę "Homo Ludens" Johana Huizingi, tak u Agaty, artystka wspólnie ze swoją suczką spędza czas wolny. Leży w łóżku czytając gazetę, a jednocześnie spogląda na swojego psa, możliwe, że opowiadając mu o przeczytanym akurat artykule, zaś na drugiej fotografii – jedząc ciastko, karmi nim siedzącego przy stole pieska. Intymność sytuacji podkreślona zostaje przez nagość ciała, podobnie jak u Olega Kulika. Monika Bakke o pracy Kulika pisze, że „zrywa z dominującą tradycją reprezentowania kobiety (a nie mężczyzny) w seksualnym związku ze zwierzęciem, po drugie – lokuje intergatunkowy związek w społecznym kontekście rodziny, a zatem teoretycznie z dala od zakazanej seksualności i w kręgu pozytywnych relacji emocjonalnych”.  Ponadto autorka książki o sztuce i estetyce posthumanizmu zwraca uwagę na to, że u Kulika pies i mężczyzna wydają się przede wszystkim partnerami, zrywając ze schematem pana i podporządkowanego mu niewolniczo zwierzęcia.

 

Podobnie dzieje się u Zbylut, a jako, że jest to przedstawienie żeńskie, więcej tu ozdób, detali, a także czułości. Jej sztukę można widzieć również w kontekście wyjścia poza antropocentryzm i budowania nowej posthumanistycznej estetyki. W pracach Agaty psy zostają upodmiotowione, a ona sama przygląda się ich przeżyciom oraz relacjom z ludźmi.

 

Więcej na temat sztuki Agaty Zbylut – piszę w najnowszym „Exicie” (1, 2013).

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci