Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : sztuka-feministyczna

Monika Drożyńska: haft krytyczny

izakow2

 

Linda Nochlin w klasycznym eseju „Dlaczego nie było wielkich kobiet artystek?” proponowała przewartościowania dotyczące tzw. sztuki wysokiej i sztuki niskiej, aby zmienić podejście do rękodzieła jako tradycyjnej domeny kobiet. Choć zniesienie granicy dzielącej te dziedziny postulowali też inni teoretycy, okazuje się, że niezwykle trudno w sposób praktyczny włączyć rękodzieło do dziedziny twórczości artystycznej, traktować je na równi z innego rodzaju sztuką. Sztuki użytkowe znajdują się raczej w domenie zainteresowań etnografów czy antropologów, nie zaś historyków, kuratorów czy krytyków sztuki. Z drugiej strony pojawiają się wciąż artystki (oraz mniej liczni artyści), którzy sięgają do tradycyjnych technik rękodzieła.

 

 


Jedną z nich jest Monika Drożyńska wykorzystująca technikę haftu płaskiego do przepisywania cytatów, fragmentów wypowiedzi, a także napisów na murach, jakie można spotkać w zasadzie w każdym mieście. Tego rodzaju napisy szpecą zwykle nasze otoczenie, zaś Drożyńska haftuje je i umieszcza w typowym hafciarskim tamborku, przez co zyskują estetyczny wyraz. Autorka zderza „męski”, często wulgarny język z „kobiecą” – delikatną estetyką haftu. Niekiedy te przepisane hasła zostają przetworzone np. w formie billboardów i wracają – tym samym – do przestrzeni miejskiej. W ten sposób Drożyńska pokazuje, że forma ma znaczenie, wynosząc haft kojarzący się z tym, co kobiece, prywatne, domowe, uznawane za nieistotne do przestrzeni publicznej, nadając mu tym samym rangę i znaczenie.


 


Miałam niedawno okazję współpracować z Moniką Drożyńską przy jej wystawie w Centrum Sztuki w Staniszowie pod hasłem „Zastąpmy smartfony tamborkami”. Tytuł zwraca uwagę na to, jak bardzo zaniedbaliśmy wspólnotowe działania. Kiedyś uczono młode dziewczęta haftować, aby zyskiwały umiejętność ozdabiania otoczenia. Haftowano dla zabicia czasu, ale też po to, aby ten czas spędzać wspólnie z innymi. Podczas haftowania kobiety przekazywały swą wiedzę młodszym, opowiadały im o tym, jak radzić sobie w życiu. Dzisiaj nie spędzamy już wspólnie czasu przy manualnych czynnościach, nasze ręce najczęściej wędrują po klawiaturach i ekranach smartfonów, coraz rzadziej ze sobą rozmawiamy.

 


Dlatego też przed otwarciem wystawy Monika Drożyńska przeprowadziła warsztaty hafciarskie z kołem Gospodyń Wiejskich, będące edycją szkoły haftu dla pań i panów „Złote rączki”.  Okazało się, że Monika Drożyńska nawiązała znakomity kontakt z paniami. Dołożyły się one do jej pracy „Wyhaftuj się”, wspólnie z nią stworzyły krótki film, a przede wszystkim pokazywały jej rezultaty własnej pracy – haftowane serwety, pocztówki, szydełkowane makatki, figurki, a nawet bieliznę.

 

 

 

 

 

Drożyńska postanowiła włączyć te przedmioty do swojej wystawy, rezygnując też z własnego autorstwa ekspozycji. Tym samym wystawa stała się prezentacją zbiorową z udziałem następujących pań: Marii Pacewicz, Romy Krawętkowskiej, Marii Jurczyk, Wandy Jurczyk, Teresy Paluszczyszyn, Krystyny Wróblewskiej, Iwony Lach Rój, Aliny Sobieraj, Grażyny Barańskiej, Cecylii Kowalskiej i Małgorzaty Cygan. Prace Drożyńskiej znakomicie współgrają z haftowanymi obrusami, serwetkami, tworząc na ścianach galerii coś w rodzaju haftowanego graffiti. A tym samym rękodzieło znalazło się w galerii sztuki.


 


Działania Drożyńskiej są interesujące nie tylko w kontekście pytań o granice między tzw. sztuką wysoką a rękodziełem, ale też ze względu na problem sztuki współpracy. Ostatnio coraz częściej zwraca się uwagę na kwestię partycypacji, skuteczności sztuki, twórczości służącej nawiązywaniu relacji, ale też zauważa się negatywne aspekty tego rodzaju działań, jakimi może być na przykład wykorzystanie pracy innych, potraktowanie ich anonimowo oraz czerpanie przez artystów renty z działań, które włączają do współpracy publiczność.


Jednak w przypadku działań Drożyńskiej, należy podkreślić równościowy charakter współpracy. Panie zostały przedstawione jako współautorki wystawy, zaś w zamian za współpracę artystka podarowała im baner z napisem: „Nie! Dziś Ty zrobisz mi kanapkę”, który zawisł w centrum wsi, na zaniedbanym budynku. Wywołał też dyskusje mieszkańców na temat sztuki oraz tego konkretnego hasła. Nawiązując do wydanej niedawno przez Muzeum Sztuki w Łodzi książki „Skuteczność sztuki” pod redakcją Tomasza Zaluskiego, można więc powiedzieć, że sztuka może być „skuteczna”, zaś metodę obraną przez Monikę Drożyńską można przewrotnie określić haftem krytycznym.

 


 

 

Wystawę Moniki Drożyńskiej i pań z Koła Gospodyń Wiejskich w Staniszowie pod Jelenią Górą można oglądać do 20 maja.


Artmix: marginesy

izakow2

Miło mi poinformować, że własnie pojawił sie nowy numer pisma "Artmix"!

 

Artmix nr 34 (24), "Marginesy"

Daria Grabowska, Z różową podszewką. Na marginesie wystawy "Bez różu" 
Izabela Kowalczyk, Pożegnanie z utraconym dzieckiem w pracach Barbary Wójtowicz-Flądro 
Justyna Ryczek, Włosy - intymność i wielość znaczeń 
Maja Pałuska, Subiektywne marginesy Anny Konik 

Lee Weinberg, Na marginesie pracy Izabeli Maciejewskiej 
Aleksandra Piotrowska, Life in plastic, it's fantastic, czyli żywe lalki

W aktualnym numerze "Artmixa" zadajemy pytanie o marginesy sztuki kobiet, marginesy ciała oraz cielesnych doświadczeń.

Fragment wystawy "O włos"

O ile samo pojęcie "sztuka kobiet" wciąż budzi wątpliwości i prowadzić może do nieporozumień, o czym pisze Daria Grabowska w kontekście wystawy "Bez różu", o tyle w sztuce tworzonej przez współczesne artystki można zauważyć niesłabnące zainteresowanie ciałem oraz tym, jak bardzo cielesne doświadczenia kształtują naszą tożsamość. Wszystko to, czego doświadczamy ma swoje odbicie w naszych ciałach, zaś cielesne przeżycia wpływają na naszą psyche. Nasza podmiotowość jest bowiem somatyczna, jak powiada Richard Schusterman, wskazując też na znaczenie ciała jako paradygmatu innych mediów - "najbardziej podstawowego medium ludzkiego życia".

 

 Barbara Wójtowicz-Flądro, z cyklu: Punkt początkowy, 2014

Tak somatycznie zorientowaną twórczość omawiają w tym numerze: Izabela Kowalczyk w kontekście prac Barbary Wójtowicz-Flądro dotyczących poronienia, wciąż traktowanego jako swoiste tabu; Justyna Ryczek w recenzji wystawy "O włos", ukazując przy okazji, jak ważne miejsce zajmują włosy w kulturowych narracjach o tożsamości oraz Maja Pałuska w artykule na temat pracy Anny Konik, również dotyczącej włosów.

Anna Konik, Moje włosy, 1998

Z kolei Lee Weinberg na marginesie pracy Izabeli Maciejewskiej "Getto XXI" zwraca uwagę na kwestię traumatycznej historii i potrzeby opowiedzenia się przeciwko dyskryminacji, jak robi to Maciejewska ukazując obozowe pasiaki w kolorach tęczowej flagi.

Z kolei Aleksandra Piotrowska porusza w swoim artykule problematykę cielesnych modyfikacji, operacji plastycznych, chęci przekształcenia się niektórych kobiet w żywe lalki. W tym przypadku ciało staje się bezpośrednim medium wypowiedzi i kształtowania własnego "ja", tyle, że to "ja", jak pokazuje autorka, staje się plastikowe.

Izabela Kowalczyk, Dorota Łagodzka

Cielesność według Małgorzaty Kalinowskiej

izakow2

 

Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku już po raz szósty zorganizowała konkurs na najlepszy dyplom artystyczny w Polsce. Główną nagrodę otrzymała Marta Mielcarek z warszawskiej ASP.

 

Moją uwagę przykuła tymczasem praca dyplomowa "Przekleństwa cielesności" Małgorzaty Kalinowskiej z ASP w Gdańsku, która otrzymała wyróżnienie honorowe (jej promotorką była dr hab. Anna Królikiewicz).

 

 

U Kalinowskiej widać wielki szacunek dla prekursorek polskiej sztuki feministycznej: Aliny Szapocznikow i Marii Pinińskiej-Bereś, a jednocześnie autorka nie powtarza schematów zaczerpniętych z ich prac, ale na swój sposób mówi o cielesności, akcentując przede wszystkim ambiwalencje związane z pojmowaniem ciała jako powłoki, ale też stroju będącego metaforą ciała (ten dualizm ujawniał się najczęściej w tradycyjnych obrazach i figurach anatomicznych).

 


Prace Kalinowskiej są opowieścią o chorobie - wydaje się, że chodzi o chorobę nowotworową, bądź może tylko mówią o zagrożeniu czy lęku przed tym, co znajduje się pod powłoką, a może zdominować całe ciało.

 


 

Ten motyw pojawił się już w jej wcześniejszych, studenckich pracach, choćby w tych wykonanych podczas warsztatów twórczych na temat: "Garderoby".

 


 

Można by powiedzieć: że już tyle prac powstało na temat cielesności i wciąż powstają nowe (jeśli chodzi o estetykę i tematy, można dostrzec też bliskość Kalinowskiej m.in. z Magdą Moskwą czy Urszulą Kluz-Knopek). Jednakże subtelna, ale zarazem bardzo dosłowna i abiektualna forma prac Małgorzaty Kalinowskiej, bezpośrednie wskazanie na medykalizację ciała, bardzo ciekawa forma asamblażu będącego zestawieniem materiałów, kobiecej bielizny i obrazu, powodująca, że samo medium staje się niezwykle cielesne - wszystko to zwróciło moją uwagę na prace tej artystki i na pewno z ciekawością będę przyglądać się jej dalszej twórczości.

 


 

Więcej prac na blogu Małgorzaty Kalinowskiej.

Łabędzi śpiew galerii ON

izakow2

 

Pisałam już na blogu o zakończeniu działalności Galerii ON.

 

W miniony weekend w poznańskiej synagodze miała miejsce wystawa "Still-ON - 35. urodziny galerii ON". Była to próba podsumowania działań, które stały się już częścią historii sztuki nowoczesnej w Polsce.

 


Galeria rozpoczęła swoją działalność w 1977 roku pod wodzą nieistniejącego Olgierda Nowaka, stąd nazwa ON. Olgierd Nowak, jak podają informacje, był archetypem "homo sovieticusa", wzorcowego "funkcjonariusza" socjalistycznej władzy. Na otwarciu wystawy w byłej synagodze, Krystyna Piotrowska powiedziała, że Olgierd Nowak to typowy Poznaniak, a stojąca przy niej Izabella Gustowska w ciemnych okularach wydawała się przez chwilę wcieleniem Nowaka (artystka ta podkreśliła wymownie swoją tożsamość powiązaną z galerią znakomitym monogramem ON - on, czyli ona?).

 

 

Powoływanie nieistniejących postaci, a szczególnie nieistniejących artystów stało się jednym z elementów sztuki nowoczesnej – od Rrose Selavy Duchampa, przez wymyślone postacie artystów Piotra Szmitke, artystów takich jak Jacek Hirszenberg, a więc rzekomych współtwórców „Entropy” Davida Cernego czy idealną inną – Justine Frank wykreowaną przez Roee Rosena. Te fikcyjne postacie bardzo często kierują nas w stronę polityki tożsamości, a nawet polityki jako takiej.


Olgierd Nowak jako „Homo sevieticus”, a zarazem postać kierująca galerią to być może wskazanie na podporządkowanie sztuki w tamtym okresie generalnym wytycznym PRL-owskiej władzy, akceptującej taką odmianę awangardy, która tej władzy nie krytykowała. Bardzo dobitnie określiła to Anna Markowska w swojej ostatniej książce pt. „Dwa przełomy”, wskazując, że modernizm stał się w PRL-u sztuką oficjalną i wraz „ze swoim konserwatywnym i reakcyjnym obliczem wspierał władzę i był przyzwyczajeniem zniewolonych umysłów do autorytetów i hierarchii”. Olgierd Nowak pojawiał się już wcześniej w happeningach Wołyńskiego, Müllera i Dymarskiego i warto się zastanowić, na ile wykreowanie tej postaci było rodzajem sprzeciwu przeciwko owemu klinczowi, w którym tkwili wtedy artyści. Dzisiaj Olgierd Nowak powinien stać się „homo economicus”.

 


 

Tym razem jednak Olgierd Nowak został przedstawiony jako Poznaniak, możliwe, że w celu podkreślenia, że chodzi o historię poznańską, o znaczenie galerii ON dla tego środowiska, powiązanie galerii ze szkołą – PWSSP, później ASP, a na końcu Uniwersytetem Artystycznym. Może w tym kontekście warto osadzić akcję Kamila Wnuka ogłaszającego zamknięcie Uniwersytetu Artystycznego.

 



Bo z pewnością, wraz z galerią ON coś się skończyło. Skończyła się wiara, że sztuka może funkcjonować jako obszar niezależny, że może być obszarem ucieczki od rzeczywistości, że nie ma nic wspólnego z obszarem polityki i kapitału. Wnuk słusznie zmusza do zadania pytania, czym w obecnej rynkowej sytuacji mają zajmować się uczelnie artystyczne, jaka jest ich rola i w końcu, czy rynek zabije sztukę (a przynajmniej taką jej formę, jaką wielu z nas uważa za oczywistą, i która staje się już czymś anachronicznym); zabije ją tak, jak zabija galerie takie jak ON lub przynajmniej skazuje je na bezdomność. Szyderczo w tym kontekście brzmiała obietnica „Będzie dobrze” (bądź absurdalne: dodrze) grupy Wunderteam.

 


 

Dlatego wystawa w synagodze była łabędzim śpiewem pewnej formacji artystycznej i pewnych wyobrażeń o sztuce. Na otwarciu przedstawiono historię galerii, a nazwiska występujących w niej twórców zostały odśpiewane przez Marię Szydłowską w formie przypominającej litanię. Śpiew roznosił się po wszystkich pomieszczeniach, potęgując wrażenie niesamowitości.

 

Fragment ściany z nazwiskami wystawiających w galerii artystów.

 

Zimno potęgowało z kolei klimat obcości. Synagoga nie była wcale przyjaznym miejscem dla tej wystawy, a pułapki, takie jak podwyższone przez Macieja Kuraka schody, podkreślały aspekt czającego się niebezpieczeństwa. Sztuka nie jest już bowiem bezpieczna.

 

Za każdym razem prace wystawione w dawnej synagodze narażone są na przytłoczenie przez miejsce, niezwykle silne symbolicznie, przesycone znaczeniami dramatycznej historii. Tak stało się też tym razem, między innymi z pracami wideo, które niestety znikały w tym miejscu. Było jednak kilka prac, które nie dały się przytłoczyć, ale zarazem oddawały swoisty dekadencki klimat i wskazywały na rozpraszanie się granic sztuki.


To miedzy innymi: znakomita praca „Mein Kampf” Tomka Wendlanda ukazująca zaklęte sny o potędze:

 

 

- płonący artysta Dominika Lejmana, kosmiczno-abiektualne wideo Joanny Hoffman, wspomniany monogram Izy Gustowskiej, czule obejmujący się ochroniarze Marcina Berdyszaka:

 



- prace Piotra Kurki:

 

 

- zielony człowiek-marionetka Konrada Kuzyszyna, pop-artowskie tęsknoty Andrzeja Pepłońskiego czy jagodowe obrazy Piotra C. Kowalskiego:

 


 

 

Brakowało mi w tym wszystkim mocniejszego zaakcentowania pewnego ważnego aspektu historii galerii ON, a mianowicie tego, że bez takich wystaw jak „Sztuka kobiet” z 1980 roku, inaczej wyglądałaby polska sztuka feministyczna. Może to właśnie tutaj zaczęła krystalizować się idea sztuki feministycznej, jednocześnie uderzając we wspomniane wyobrażenie o sztuce jako czymś spoza obszaru rzeczywistości. Symboliczny w tym kontekście jest fakt, że ostatnia wystawa, która miała miejsce w galerii to „Zarejestrowane” Anki Leśniak - filmy wideo mówiące o tym, jak bardzo młode polskie artystki rozbijają się właśnie o rzeczywistość. Tę historię tworzenia sztuki feministycznej, jeszcze wtedy określanej po prostu „sztuką kobiet”, przypominały jedynie filmy Joanny Janiak, z silnym głosem Krystyny Piotrowskiej i Izabelli Gustowskiej.

 

Filmy Joanny wyświetlane były w przedziwnej poczekalni stworzonej przez Annę Tyczyńską, przywołującej klimat mieszczańskich wnętrz z paskudnymi dywanami, dziwną lamperią na ścianach i kiczowatymi bibelotami. 

 

 

Ta poczekalnia była przede wszystkim widmowa, przenosząc widzów w czasie – do rzeczywistości, której już nie ma.  Z jednej strony było w niej coś bardzo mieszczańskiego, co zarazem kierowało w stroną wspomnianej już poznańskości. Przecież chodzi o to, aby było nam wygodnie, aby nie wikłać się w wielkie sprawy i stronić od rewolucji. A jednak pojawia się tu niebezpieczeństwo, gdy pogrążywszy się w miękkich fotelach, nie zauważymy, że na zewnątrz nastąpiła całkowita zmiana rzeczywistości i należy się w niej jakoś odnaleźć. Z drugiej strony ta widmowość poczekalni znakomicie współgrała z widmowością dawnej synagogi i zarazem dawnej pływalni – miejsca, które być może niebawem zniknie z mapy Poznania. Tym samym praca Tyczyńskiej, podobnie, jak cała wystawa w dawnej synagodze, zwracała się w stronę historii, jej wymazywania, nieprzystawalności pewnych jej aspektów do neoliberalnej rzeczywistości, a także w stronę tożsamości – tożsamości galerii, ale również miasta.  Praca Anny Tyczynskiej była jednak przede wszystkim poczekalnią, miejscem, w którym na coś się czeka. Tylko na co? Aż będzie lepiej?  

 

Dziękuję za nadesłane zdjęcia Piotrowi C. Kowalskiemu oraz te ukradzione przeze mnie od Sławka Sobczaka i Ani Tyczyńskiej.

 

Artmix o wystawach sztuki kobiet oraz o kiczu

izakow2


Ukazał się nowy numer pisma Artmix!

Artmix, nr 26/27(16/17) Podwójny: Wystawy, Kicz


Spis treści

 

I Wystawy
Aleka Polis, Kobiece rewolucje: "Trzy kobiety", Zachęta (2011)
Aleka Polis, Kobiece rewolucje: "3 kobiety" (1978), "Odbicia VI"
Izabela Kowalczyk, Prekursorki wciąż w izolacji
Ewa Toniak, Zamiast

Natalia Cieślak, W czym mogę pomóc? O wystawie prac Elżbiety Jabłońskiej
Dorota Łagodzka, Straszne bajki Basi Bańdy
Alicja Kusiak-Brownstein, Stare szaty Amerykanki. O modzie, narodzie, emancypacji i pop-kulturze w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku
Alicja Kusiak-Brownstein, tłum. Joanna Billewicz, The American Woman‘s Old Clothes: On Fashion, Nation, Suffrage, and Pop-Culture at the Metropolitan Museum of Art, New York  


II. Kicz
Ewa Sułek, Kicz, magia, religia. Katolicka popkultura w obrazach Julii Curyło
Łukasz Ciemiński, Słodycz dziecięctwa, gorycz pasji, potęga banału - w poszukiwaniu artystycznych i ikonograficznych źródeł kiczu religijnego
Aleksandra Brzozowska, Rola kiczu na przykładzie pamiątek pontyfikatu Jana Pawła II
Anna Kwiatkowska-England, Ta melodia prześladuje mnie, gdy się zadumam - czy to kicz czy to kamp?


Niniejszy numer "Artmixa" poświęcony jest dwóm oddzielnym tematom. Pierwsza część dotyczy wystaw poświęconych sztuce i tożsamości kobiet, druga - związków sztuki i kiczu.


Pierwszą część rozpoczynają "Kobiece rewolucje". Jest to materiał zebrany przez Alekę Polis na temat niedawnej wystawy "Trzy kobiety. Maria Pinińska-Bereś, Natalia Lach-Lachowicz, Ewa Partum" (Zachęta) oraz ekspozycji pod tym samym tytułem, która miała miejsce w Poznaniu w 1978 roku. Na filmach Aleki Polis ukazany jest wernisaż wystawy w Zachęcie oraz rozmowa Ewy Majewskiej z Natalią LL, natomiast na drugim filmie Krystyna Piotrowska wspomina wystawę z 1978 roku.


Polemicznie o wystawie "Trzy kobiety" w Zachęcie pisze Izabela Kowalczyk, zastanawiając się przy okazji, na czym powinny polegać feministyczne praktyki kuratorskie. Kuratorka wystawy, Ewa Toniak w niekonwencjonalnej formie odpowiada na postawione w tekście zarzuty.


Kolejne dwa teksty poświecone są niedawnym wystawom sztuki kobiet w olsztyńskim BWA: "Nadzwyczajnieudanedzieło" Elżbiety Jabłońskiej oraz "Bajka o takim, co wyruszył w świat, żeby nauczyć się bać" Basi Bańdy. O wystawie Jabłońskiej pisze Natalia Cieślak, koncentrując się na rodzajowej analizie zjawiska pomocy, dość często podejmowanego przez artystkę w swojej twórczości. Z kolei Dorota Łagodzka analizuje przedstawienia zwierząt w obrazach Bańdy, zastanawiając się jednocześnie nad zmianami języka jej sztuki i miejscem tej artystki w polskiej sztuce feministycznej. Ostatnim artykułem w tej części "Artmixa" jest tekst Alicji Kusiak-Brownstein (w wersji anglojęzycznej i w tłumaczeniu Joanny Billewicz). Autorka proponuje bardzo ciekawą, pogłębioną analizę dotyczącą procesów kształtowania się tożsamości narodowej Amerykanek. Te procesy znalazły swoje odzwierciedlenie w strojach noszonych przez kobiety. Wystawa "American Woman. Fashioning National Identity" odbyła się w połowie ubiegłego roku w Metropolitan Museum of Art. w Nowym Jorku.


W drugiej części numeru autorki i autor tekstów zastanawiają się nad rolą kiczu we współczesnej kulturze. Przede wszystkim zaś zwracają uwagę na kwestie sztuki religijnej oraz dewocjonaliów, ale pytają również o krytyczną możliwość użycia pojęcia kiczu.

Ewa Sułek pisze o kiczu w sztuce Julii Curyło. Artystka ta przedstawia na swych płótnach głównie warszawskie krajobrazy, ale przysłonięte plastikowymi balonami w formie np. kurek czy kwiatów. Interesuje ją między innymi problem kiczu pojawiającego się w naszej codzienności, również kiczu dewocjonaliów, do których często w swych obrazach nawiązuje. Problematyka dewocjonaliów pojawia się także w tekście Łukasza Ciemińskiego, który pisze o XIX-wiecznych grafikach dewocyjnych przeznaczonych głównie do modlitewników, które produkowane były przez konsorcjum artystyczno-handlowe działające przy paryskim seminarium "Saint-Sulpice". Z kolei współczesne dewocjonalia, a dokładnie pamiątki pontyfikatu Jana Pawła II omówione zostają w tekście Aleksandry Brzozowskiej. Kolejny artykuł, autorstwa Anny Kwiatkowskiej-England, odnosi się do pytania, czy to, co kiczowate, możemy określać jako kamp.



Izabela Kowalczyk, Edyta Zierkiewicz, Dorota Łagodzka

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci